Nazywam się Jones. Grace Jones
Fot. East News

Nazywam się Jones. Grace Jones

Zawsze nieprzewidywalna. Amazonka z kosmosu, ikona, muza, pantera… Grace Jones miała zagrać w najnowszym filmie o przygodach Jamesa Bonda, ale po paru minutach zeszła z planu.

Wywiady z Grace Jones mają zwykle podobny scenariusz. Zacznijmy od miejsca. Musi to być restauracja słynąca z owoców morza. Pora: późny wieczór. Gwiazda rytualnie spóźnia się dwie godziny. Jej wejście stawia do pionu całą obsługę. Kelnerzy w pośpiechu przynoszą zamówienie. Ulubionym daniem Grace są ostrygi, napojem - płonąca sambuca z ziarenkami kawy (zawsze musi być ich nieparzysta liczba). Dziennikarz jest początkowo przytłoczony obecnością Grace. Piosenkarka nazywana „gwiezdną panterą” czy "androgynicznym wieżowcem”  ma sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, śmiech słyszalny w promieniu stu metrów i żąda niepodzielnej uwagi. Wszyscy wciąż pamiętają, że w 1981 roku spoliczkowała prowadzącego program telewizyjny Russela Harty'a, gdy ten zwrócił się do innego gościa. Szybko okazuje się, że Grace wcale nie potrzebuje pytań, bo sama snuje opowieść pełną konfabulacji i niemniej niewiarygodnych faktów.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Grace Jones (@gracejonesofficial)

 

Wielka przemiana

Urodziła się na Jamajce. Najprawdopodobniej ma ponad siedemdziesiąt lat, ale twierdzi, że w rzeczywistości jest dużo młodsza („Wierzcie mi, w tych sprawach jestem bardzo skrupulatna!”). Wychowywała się w niezwykle surowym, religijnym domu. Ojciec pastor zmuszał ją by sama zrywała gałązki, które najlepiej nadają się na rózgę. Jedyną jej rozrywką był kościelny chór. Jako nastolatka przeprowadziła się wraz z rodzicami do Syracuse w stanie New York. Planowała ucieczkę. Raz opowiada, że przyłączyła się do gangu motocyklowego, innym razem, że uzbierała na autobus. Dla rodziny była stracona. Na szczęście, jej młodszy brat został telewizyjnym kaznodzieją. Grace wypłynęła w Nowym Jorku. Została wziętą modelką, czego ukoronowaniem była okładka "Vogue'a". Szybko się jednak tym znudziła. 

Pod koniec lat 70. na świat przyszła nowa Grace. Stało się to za sprawą jej ówczesnego chłopaka, francuskiego fotografa i grafika Jean-Paula Goude'a. Jego zdjęcia przekształciły Grace w bohaterkę komiksów: super kobietę, Amazonkę z kosmosu. Poszły za tym kultowe role filmowe: Zula w „Conanie Niszczycielu” (1982) i May Day w bondowskim „View to a Kill”, czyli „Zabójczym widoku” (1985). Grace została muzą Andy'ego Warhola, amerykańska artystka Keith Haring malowała jej ciało, fotografowali ją Helmut Newton i Robert Mapplethorpe. Jej koncerty stały się opisywanymi w pracach naukowych performance'ami.

Grace żyła między Nowym Jorkiem a Europą. Szalała w Studio 54 i przychodziła ubrana jedynie w naszyjnik z kłów na paryskie przyjęcia.

Grace ma głos

W tym wszystkim można by przeoczyć, że stała się gwiazdą muzyki pop. „Nightclubbing”, „Slave to the Rhythm”, „Pull up to the Bumper”... listę przebojów można ciągnąć długo. Jej najlepsze nagrania łączą karaibskie reggae z klubowymi rytmami Nowego Jorku. Najważniejszy jest jednak głos Grace: niesamowity, zmysłowy, hipnotyzujący, groźny. Wyjątkowa była też jej technika wokalna. Jako pierwsza połączyła śpiew z rodzajem melodyjnej deklamacji. Do uwielbienia dla Grace przyznaje się do dziś wiele wokalistek, wśród nich Roisin Murphy czy Santogold. Piosenki Jones to najlepsze co pozostało z elektronicznego nurtu w muzyce lat 80. W 2008 roku po dwudziestoletniej przerwie nagrała nową, udaną płytę „Hurricane” i o mało nie wyszła za mąż za jej producenta, wicehrabiego Ivora Guesta. 

Według doniesień brytyjskich bulwarówek jednym z ostatnich osiągnięć Grace Jones było jej pojawienie się na planie 25. filmu o przygodach Jamesa Bonda zatytułowanego „Nie czas umierać”. Jej wizyta była jednak bardzo krótka. Po tym, kiedy okazało, że jej kwestia jest mniejsza niż ta, którą ma wypowiedzieć grający Bonda Daniel Craig aktorka po burzliwej wymianie znań opuściła zdjęcia. Do domu nie miała na szczęście daleko, bo rzecz działa się na jej rodzinnej Jamajce…

Pora jednak kończyć opowieść, bo jest już środek nocy. Pijana piosenkarka zapala papierosa tłumacząc obsłudze, że to rodzaj kadzidełka. Na pożegnanie całuje równie pijanego dziennikarza w usta. Prosi by wpisać do komórki jej numer pod hasłem „Rrrrrrrr”. Nigdy nie odbiera telefonu. 

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Grace Jones (@gracejonesofficial)

 

Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również