Posiadam także duszę! Wywiad z aktorem Andrzejem Konopką
Andrzej Konopka, aktor teatralny i filmowy, znany m.in. z serialu "Znaki" i "Wataha".
Fot. akpa

Posiadam także duszę! Wywiad z aktorem Andrzejem Konopką

Specjalista od ról twardzieli zdradził nam, że w środku skrywa "małe pudełeczko wyściełane aksamitem". I bardzo chciałby pokazać, że prawdziwy mężczyzna to nie macho, opresyjny wobec kobiet ani dziaders, ferujący wyroki.

Błyskawicznie zgodził się pan na wywiad i błyskawicznie wyznaczył termin. Zawsze tak szybko podejmuje pan decyzje?

Zależy czego dotyczą. Jeśli chodzi o wywiady, to raczej nie mam wątpliwości, z kim chcę, a z kim nie chcę rozmawiać. A jeśli chodzi o scenariusze i propozycje filmowe, muszę poczekać  „aż się odleżą”. Po kilku dniach i zapoznaniu się z materiałami, historią, bohaterem, zwykle wiem, czy w to wejść, czy nie. Wzrusza mnie postawa ludzi niezwiązanych z show-biznesem, którzy wyobrażają sobie, że aktor budzi się, robi kawę (albo mu ją podają), odpala komputer i jest zasypywany propozycjami. I tylko przesuwa je palcem w prawo, w lewo – odrzucając albo przyjmując. Tak nie jest! A tak serio, role staram się dobierać starannie, zgodnie ze swoim artystycznym profilem.

Więc jest pan człowiekiem zdecydowanym. Chyba także wytrwałym – do szkoły aktorskiej zdawał pan kilka razy. Zanim trafił na deski teatru, wykonywał różne prace, m.in. uczył wuefu w szkole…

Tak, jak się prześledzi moją drogę, można odnieść wrażenie, że jestem wytrwały. Ale jednocześnie łatwo się zniechęcam. Moja determinacja, by zostać aktorem, była poparta tym, że miałem zawód - nauczyciela wuefu (nie żebym miał coś do zawodu nauczyciela, który bardzo szanuję) - którego nie chciałem wykonywać. Szybko zrozumiałem, że jeśli tej pracy nie rzucę, to zwariuję albo popadnę w alkoholizm. I właśnie z tego wynikała moja determinacja. 

Twardy, silny facet – taki jest pan najczęściej na ekranie. Lubią pana obsadzać w rolach komendantów czy komisarzy.

Tak, jestem obsadzany trochę po warunkach. Czasem śmieję się, że jestem uosobieniem zła w polskim kinie - palę, gwałcę, zdradzam.

Muszę uważać, by nie dać się zaszufladkować. Ale pod szorstką powierzchownością posiadam przecież wrażliwą duszę. Jak to ładnie kiedyś ujął mój kolega - w środku małe pudełeczko wyściełane aksamitem. Niektórzy je zauważają…Jakiś czas temu miałem przyjemność zagrać w filmie Anki i Wilhelma Sasnalów pod roboczym tytułem „Podróż” człowieka zajmującego się literaturą, pogrążonego w głębokiej depresji.

W związku z tym marzy się panu rola romantyka lub wrażliwca z problemami?

Ostatnio obserwuję to, co się dzieje dookoła, m.in. strajk kobiet i dużo czytam. I mam marzenie, by pokazać, że prawdziwy mężczyzna to nie macho opresyjny wobec kobiet, ani „dziaders” ferujący wyroki. I dlatego m.in. pracujemy teraz z Michałem Walczakiem nad projektem, związanym z postacią księdza Marka z „Pożaru w Burdelu” (tzw. duszpasterz hipsterów, przyp. red). Chodzi o wydarzenie teatralno-uliczne, może miniserial w internecie o potyczkach księdza Marka z episkopatem(śmiech),z rzeczywistością. 

… z rzeczywistością w tych trudnych czasach. Czy pandemia bardzo pokrzyżowała panu plany?

Pandemia zmiotła teatr, z którym jestem bardzo związany. On niby przenosi się do online’u, były streamingi przedstawień, ale to jednak nie to samo. Spektakl polega na kontakcie z żywą widownią i online tego nie zastąpi. Przez pandemię odwołane zostały spektakle u Krystyny Jandy, w których miałem wziąć udział. Miałem też kończyć zdjęcia do dużego, świetnie się zapowiadającego serialu, ale firma producencka straciła płynność i musi poszukać nowych środków. Zyskałem więc trochę wolnego czasu.

I na co go pan przeznaczył?

Będę mało oryginalny: na cieszenie się rodziną. Zarówno wiosenny, jak i jesienny lockdown spędziliśmy w domu na wsi pod Warszawą. Jak to ładnie nazwano „nauczanie zostało odmiejscowione”, więc mogliśmy się tam przenieść z córkami. Choć myślę, że dla dzieci to już nie było takie fajne. Bardzo brakowało im rówieśniczych kontaktów, więc dużo czasu spędzałem na dowożeniu i odwożeniu koleżanek i kuzynek moich córek.

W domu jest pan chyba damskim królem?

Faktycznie, jestem otoczony kobietami – w domu są 3, a mieliśmy jeszcze kotki – ale staram się być raczej partnerem niż królem (śmiech).

Wraz z żoną, utalentowaną reżyserką Agnieszką Smoczyńską, tworzycie artystyczny duet. Przenosicie pracę do domu? Dziewczynki chcą iść w wasze ślady?

Tematy artystyczne są oczywiście podejmowane w domu, także atmosfera pewnie się udziela. Dziewczynki jeżdżą też z nami na plany filmowe, poznają ludzi, trochę statystują, także nasiąkają tym klimatem. Ale nie chciałbym o nich za dużo mówić…

Z żoną rzadko pracujecie razem. Chyba nie zabiega pan o role?

Zabiegam cały czas, ale jak widać z marnym skutkiem… Żartuję oczywiście. To, że moja żona jest reżyserką, nie oznacza, że musimy razem pracować cały czas. Dwa razy robiliśmy coś wspólnie: „Córki dancingu”, film w reżyserii Agnieszki, który odniósł spory sukces za granicą i otworzył jej pewne możliwości, i spektakl „Świętą Kluskę”, wystawiany prze Komunę Warszawa. Agnieszka jest zresztą teraz zajęta projektami zagranicznymi.

A z kim pan lubi pracować?

Na pewno z przyjaciółmi: Michałem Walczakiem, Maksem Łubieńskim- twórcami kabaretu Pożar w Burdelu, Łukaszem Kosem, Remikiem Brzykiem - reżyserami z którymi spotykam się od szkoły teatralnej, Olgą Chajdas, Kasią Adamik, Sasnalami... A także z setką innych, wrażliwych, mądrych ludzi. których spotkałem na swej zawodowej drodze. Nie chciałbym kogoś ważnego pominąć…

Ostatnio miał pan chyba sporo pracy - w samym 2020 roku mogliśmy zobaczyć pana w 3 serialach i 4 filmach. Nie marzył pan czasem, by rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady?  

W tym zawodzie rytm pracy jest różny. Czasem siedzę w domu, zajmuję się dziećmi i czytam książki. I gdy już tak trochę posiedzę, wpadam w panikę, czy zarobię pieniądze… A tak serio: wiem, że po okresie wolniejszym przyjdzie czas, kiedy trzeba będzie wyjechać na plan zdjęciowy, np. na miesiąc, dwa…

Tyle mniej więcej spędziliście we wspomnianych Bieszczadach, kręcąc „Watahę”… Podpytam: będzie czwarty sezon?

Rozmawialiśmy o tym któregoś razu z Leszkiem Lichotą, odtwórcą głównej roli - nieźle sterani i zmęczeni wyczerpującym dniem zdjęciowym. „Lechu, a jakby była propozycja kolejnego sezonu?”, pytam. „Wiesz, że jestem przekupny”, odpowiedział. I nie chodzi tu o pieniądze czy popularność, po prostu jest chęć kontynuowania, jeśli wykona się dużą pracę, włoży dużo wysiłku (a Lech i Ola Popławska tego dokonali) i wychodzi z tego coś wartościowego. Nie rozumiem takiego zjawiska, że drugi sezon jest często słabiej dofinansowany i w efekcie słabszy.

W przypadku „Watahy” tak nie było.

To prawda, być może nawet trzeci sezon był najlepszy. To w ogóle była fantastyczna 3-miesięczna przygoda spędzona w Bieszczadach, także dzięki ludziom tam mieszkającym, których poznaliśmy i którzy pracowali z nami przy kręceniu serialu.

Przyjaźnie z planów filmowych mają szanse przetrwać?

To są jednak sytuacje zawodowe. Fajnie jest, jeśli spędza się razem miesiąc-dwa, powstaje pewna zażyłość. Spotykamy się, wymieniamy telefonami i nasze drogi gdzieś tam potem się przecinają przy następnych projektach. A propos comebacków - niedawno zaliczyłem jeden. Gdy pracowałem jako nauczyciel wuefu, uczyłem w szkole przy ulicy Emilii Plater. Ona nie przetrwała, ale budynek, w którym była został przekazany teatrowi Komuna Warszawa. Biorąc udział w ich spektaklu, grałem w sali gimnastycznej, w której kiedyś uczyłem… 

Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również