Recenzja filmu "Cząstki kobiety" na Netflix. Poruszające dzieło czy przegadany kicz?
W 'Cząstkach kobiety' w rolach głównych zagrali Shia LaBeouf i Vanessą Kirby. Aktorstwo to jedna z silniejszych stron filmu. Niewiele więcej ich jest.
Fot. mat. prasowe/netflix

Recenzja filmu "Cząstki kobiety" na Netflix. Poruszające dzieło czy przegadany kicz?

Film "Cząstki kobiety" z Vanessą Kirby i Shia LaBeouf ma w sobie coś urzekającego. Ale jego reżyser Kornél Mundruczó nie potrafi tego wykorzystać. Przykuwa uwagę widza odważną sceną otwierającą, ale potem pozwala, aby pretensje wzięły górę nad jego ambicjami.

W jednej ze scen jeden z bohaterów imieniem Chris dzieli się sentencją zasłyszaną od pastora, z pełną powagą stwierdzając, że czas leczy rany. W przenikliwości tego zdania, godnej cytatów z książek Paula Coelho, kryje się cała głębia najnowszego filmu Kornéla Mundruczó.

Fabuła filmu "Cząstki kobiety" - bez taryfy ulgowej

Węgierski reżyser tym razem przytępia swoje artystyczne ambicje, rezygnując z zabaw konwencją, i serwuje opowieść z klasyczną formą narracyjną. Zamiast czynić psa jednym z głównych bohaterów, jak miało to miejsce w "Białym Bogu", czy przedstawić historię w formie arii operowej (jak w "Joannie"), w wyjątkowo przystępny (jak na siebie) sposób prezentuje losy Marthy (Vanessa Kirby) i Marthy (Shia LaBeouf), mierzących się z traumą po stracie dziecka. Pozostaje jednak znany z jego poprzednich produkcji protekcjonalny ton i nieznośne natężenie niepopartych niczym pretensji. Z jednej strony jest to film bardzo cielesny. W słynnej już długiej, zaprezentowanej bez cięć montażowych scenie porodu kamera przekracza kilka granic fizjologicznego tabu. Zatrzymuje się na krwi, która unosi się na wodzie, kiedy Sean i towarzysząca parze położna Eva (Molly Parker) pomagają Marcie wyjść z wanny, a nawet przez krótki moment pozwala nam zobaczyć główkę przychodzącej na świat dziewczynki. Cud narodzin miesza się tu z odpychającymi wizualnie aspektami tego aktu, a potem czeka na nas chociażby scena przypadkowej laktacji czy zbliżenia seksualnego pozbawionego romantycznej i dystansującej otoczki.

Pieces_of_a_Woman_00_20_19_23
Za rolę Marthy Vanessa Kirby została nominowana do Oscara oraz Złotego Globu.
mat. prasowe/netflix

Kiczowate tezy i garść komunałów. Co jeszcze przeszkadza w filmie?

Mundruczó z pasją godną domorosłego metafizyka zadaje jednak pytania, czy pod tą całą fizycznością kryje się coś więcej. Zastanawia się, jak wypełnić pozostałą po stracie dziecka pustkę, jak kobieta w takiej sytuacji może odnaleźć samą siebie i jak to wpływa na towarzyszącego jej mężczyznę. Tematów jest tu sporo, bo reżyser zabiera nas w różne zakątki psychiki obydwojga rodziców, ale nie potrafi wyjść poza kiczowate tezy i komunały. Mundruczó z uporem maniaka próbuje zniuansować swój film metaforami, jednocześnie starając się, aby były one jak najbardziej czytelne. Z tego powodu atakuje nas ujęciami budowanego przy udziale Seana mostu, symbolizującego zasklepianie wewnętrznej pustki, czy każe Marcie wypełnić potrzebę opieki nad dzieckiem dbaniem o kiełki jabłek.

W "Między światami" John Cameron Mitchell nie potrzebował takich tanich quasi-arthouse’owych chwytów, aby podkreślić różnice w podejściu rodziców do radzenia sobie z traumą po stracie dziecka. Rozgrywał ich emocje na niskich tonach, efektywnie oddając stan ich psychiki. W "Cząstkach kobiety" reżyser prowadzi swoją opowieść ciężką ręką, próbując przysłonić fakt, że nie ma nic do powiedzenia. Pływa po podejmowanych tematach, zadaje ciekawe pytania, ale banalne w rzeczywistości odpowiedzi podaje niczym prawdy objawione. Wrażenie iluzorycznej głębi potęguje bowiem dłużyznami i licznymi elipsami.

Pieces_of_a_Woman_00_12_09_11
Reżyser filmu kilkukrotnie przekracza granice fizjologicznego tabu. Czy to wystarczy aby porwać widzów? Niestety nie.
MAT. PRASOWE/NETFLIX

Plus za zdjęcie i grę aktorską. Ale to wciąż za mało

Film "Cząstki kobiety" to rozpisane na osi czasu epizody z życia bohaterów, będące rekonstrukcją rozpadu związku i oddalania się od siebie. I chociaż Mundruczó próbuje jak najbardziej filmowymi środkami opowiedzieć swoją historię, nie udaje mu się odciąć od teatralnych korzeni produkcji, – sztuki, którą napisał wraz z Katą Wéber. Narracja oparta jest na dialogach, niejednokrotnie wprost mających nam przekazać sens danej sceny. Widzowie traktowani są protekcjonalnie, a gdyby nie ładne zdjęcia, sprawny warsztat reżyserski i gra aktorska nagrodzonej podczas zeszłorocznego festiwalu w Wenecji Vanessy Kirby, wytrzymanie przed ekranem ponad dwóch godzin mogłoby graniczyć z cudem. Zdecydowanie jest tu na czym oko zawiesić, ale potencjał na dzieło transgresyjne i odważne, zapowiadane sceną porodu, niknie w pseudointelektualnej retoryce i bełkocie. Bez charakterystycznych dla jego twórczości ekscesów narracyjnych Mundruczó eksploruje temat traumy po utracie dziecka, robiąc wszystko, aby pustka drążąca jego bohaterów biła również z samego filmu. 

Więcej na twojstyl.pl

Zobacz również