Seks, kłamstwa i zdjęcia z Instagrama: jak rozwodzą się Polacy?
Fot. iStock

Seks, kłamstwa i zdjęcia z Instagrama: jak rozwodzą się Polacy?

Walka do upadłego, manipulowanie dzieckiem, preparowanie dowodów czy rozstanie w przyjaźni? Jak rozwodzą się dziś Polacy? Rozmawiamy z Magdaleną Czernicką-Baszuk, adwokat specjalizującą się w prawie rodzinnym.

 Z jakich powodów rozwodzą się Polacy?
Coraz częściej rozwodzą się, bo są nieszczęśliwi. Ich drogi się rozchodzą, mają inne wizje związku, np. jedno jest zamknięte w sobie, drugie towarzyskie. Wcale nie musi dochodzić do takich dramatycznych sytuacji, jak zdrady, przemoc czy alkoholizm. Co ciekawe, łatwiej decyzję o rozstaniu podejmują kobiety. I nie muszą mieć nowego partnera, by chcieć rozwodu. Wystarczy, że czują się niespełnione w związku. Mężczyźni dla odmiany wnoszą o rozwód, gdy narozrabiali, np. zostali przyłapani na skoku w bok, albo zakochali się i chcą sobie ułożyć życie od nowa. Albo wtedy, gdy narozrabiała żona.

Jeszcze nigdy nie przyszedł do mnie mężczyzna, który chciał odejść od żony, bo był nieszczęśliwy w małżeństwie.

Czy to prawda, że upieramy się przy rozwodzie z orzekaniem o winie, nawet jeśli nic na tym nie zyskujemy?
Tak się zdarza, kiedy współmałżonek ma poczucie krzywdy i oczekuje, że sąd mu to wynagrodzi, orzekając o winie drugiego. Chociaż racjonalnie rzecz ujmując, bardzo niewielki procent potrzebuje rozwodu z orzeczeniem o winie.

Kiedy on ma sens?
Na przykład wtedy, gdy jedno z małżonków pracowało i utrzymywało całą rodzinę na wysokim poziomie, a drugie skupiło się na prowadzeniu domu i to pierwsze nagle postanawia odejść. W takiej sytuacji rozwód z orzekaniem o winie może doprowadzić do tego, że drugie z małżonków dostanie alimenty odpowiednio wysokie, by utrzymać poziom życia, do którego było przyzwyczajone. Czyli jeśli jedna osoba zarabiała 50 tys. zł, a druga nic, to teraz nawet gdy ta dotąd bezrobotna pójdzie do pracy i zarobi np. 5 tys. zł, nadal ma prawo do alimentów na siebie, bo 5 tys. zł nie pozwoli jej funkcjonować tak jak wcześniej. Podkreślmy: to nie są alimenty dla dzieci, to są alimenty dla byłego małżonka.


Bywa, że żona lub mąż, którzy utrzymywali dom, zaczynają wtedy oponować: „Ale nikt jej/jemu nie bronił iść do pracy”?
Oczywiście, że tak. Pojawia się znany w psychologii mechanizm racjonalizowania. Małżonek, który zawinił, najpierw ma wyrzuty sumienia i próbuje wynagrodzić drugiemu tę sytuację, ale potem zaczyna myśleć: „Nic nie dzieje się bez przyczyny, gdyby u mnie w domu było dobrze, nie chciałbym odejść”. Zaczyna budować historie, które potem próbuje przedstawić przed sądem, jak to ten niezarabiający małżonek doprowadził do rozpadu związku, bo np. nie robił kanapek do pracy albo kazał wyrzucać śmieci. Wtedy zaczyna się korowód z przesłuchiwaniem świadków, zgłaszaniem dowodów. Często zupełnie niepotrzebna i niszcząca walka. Czasami też, aby uniknąć alimentów wiążących na lata, można wynegocjować korzystniejszy podział majątku.


Czy ktoś, kto postanowił odejść, zwłaszcza do nowego partnera, może nie zostać uznany za winnego rozpadu małżeństwa?
W małżeństwie są trzy więzi: psychiczna, fizyczna (współżycie) i gospodarcza (wspólne prowadzenie domu). Wszystkie muszą istnieć, by związek funkcjonował. W pewnym momencie pojawia się zdarzenie, które powoduje, że te więzi zostają zerwane. Jeżeli sąd uzna, że tym wydarzeniem była zdrada, osoba, która się jej dopuściła, zostanie uznana za winną rozpadu małżeństwa. Ale zanim do tego dojdzie, trzeba udowodnić nie tylko, że doszło do zdrady, ale też to, że w czasie ją poprzedzającym małżonkowie mieli dobre relacje – spędzali wspólnie czas, okazywali sobie uczucia. Zdarza się, że żona mówi: „To jest wina męża, on mnie zdradził 5 listopada 2019 roku. Oto dowody”. A mąż mówi: „Owszem, zdradziłem, ale od stycznia 2019 roku nie współżyliśmy, nie wyjeżdżaliśmy razem, kłóciliśmy się, a żona za moimi plecami inwestowała pieniądze w majątki rodziców, więc rozkład pożycia nastąpił znacznie wcześniej”. Wtedy sąd prawdopodobnie uzna, że oboje małżonkowie ponoszą winę za rozpad małżeństwa.


Co ludzie dziś robią, by dowieść winy małżonka?
Wykorzystują rozwiniętą technologię. Nagrania, podsłuchy, wiadomości z Messengera, posty z Facebooka i Instagrama.


I to wszystko są dowody dla sądu?
Tak, nawet jeśli zostały pozyskane nielegalnie. Teoretycznie nie można kogoś podsłuchiwać – bo już nagrać wspólną rozmowę owszem – ale jeżeli żona zostawia podsłuch czy GPS we wspólnym samochodzie, to jako jego współwłaścicielka ma do tego prawo. W domu też przecież może pani zainstalować kamerę, nie dlatego, że chciała przyłapać męża na zdradzie, ale w obawie przed złodziejami, którzy mogliby wynieść precjoza, prawda?


Nikt nie jest dziś bezpieczny.
Nikt. Chyba że ma czyste sumienie. Chociaż i ci, którzy je mają, mogą napotkać problemy, gdy trafią na nieuczciwego partnera.

Bywa, że rozwodzący się małżonkowie podkładają sobie świnie. Potrafią przynieść do domu kilka butelek z alkoholem, opróżnić je i zrobić zdjęcie, które ma dowodzić, że mąż/żona pije. Albo fotografują  śpiącego partnera, a potem mówią w sądzie, że przyszedł kompletnie pijany do domu i zasnął.

Znam też przypadek mężczyzny, który fotografował swoją żonę nago, gdy byli jeszcze w dobrych relacjach, a potem, gdy się pogorszyły, wysyłał te zdjęcia do rodziny i znajomych, a wreszcie pokazał sądowi, „dowodząc”, że jest rozwiązła.


Wygląda na to, że dziś wyjątkowo łatwo można kogoś pogrążyć.
Na szczęście nie do końca, bo przed sądem ludzie nie mają takiej swobody kłamania. Świadkowie czasem koloryzują, dramatyzują, ale niechętnie kłamią wprost, bo grozi za to do ośmiu lat pozbawienia wolności. Nawet dla najlepszej przyjaciółki nie bardzo chce się mówić zmyślone historie. Poza tym sąd często widzi, czy ludzie kłamią, czy świadkowie są „przygotowywani” do sprawy. Jeśli czworo świadków z 20 lat pożycia małżeńskiego zapamiętało dokładnie te same historie, wiadomo, że coś jest nie tak, bo każdy z nas widzi inaczej – przez pryzmat swoich doświadczeń, przez różne filtry, które sami nakładamy. 


Jakie sytuacje najbardziej panią wstrząsnęły?
Zawsze najbardziej mnie boli granie dziećmi, a to niestety częste. Utrudnianie sobie nawzajem kontaktów, nastawianie dzieci przeciwko rodzicom, zmuszanie ich do mówienia nieprawdy, przekupywanie w rodzaju: „Dostaniesz laptopa, jeśli powiesz, że mama cię zaniedbuje”.

Czy często pojawia się zarzut molestowania seksualnego przez jedno z rodziców?
Pojawiają się takie zarzuty, ale ostatnio znacznie rzadziej są to zarzuty sfingowane. Sądy są na to uwrażliwione – jeżeli okazuje się, że zarzut o molestowanie jest wymyślony, na rodzica, który wyciąga taki argument, sądy patrzą bardzo nieprzychylnie. I niechętnie przyznają mu opiekę. Mnie się zdarzyło zresztą kilka razy wypowiedzieć klientom pełnomocnictwo, gdy mówili mi nieprawdę.

Rozwód zawsze kończy się ustaleniem, co z dzieckiem?
To obligatoryjny punkt rozwodu: sąd musi rozstrzygnąć, komu będzie przysługiwać władza rodzicielska, gdzie będzie mieszkać dziecko, i ustalić alimenty.

Zdarza się, że mężczyźni walczą o częstsze kontakty z dzieckiem i zgadzają się oddać żonie większą część majątku?
Spotkałam ojców walczących o dzieci, ale takich, którzy chcieliby oddać majątek w zamian za większe kontakty – nie. Po żadnej ze stron nie było takich pomysłów. Próba ograniczenia kontaktów z dzieckiem często wynika z chęci zrobienia na złość. Bo np. zdradził, więc go ukarzemy i teraz zobaczy, co to znaczy stracić rodzinę. W takiej sytuacji żaden majątek nie jest w stanie zmienić nastawienia kobiety, bo tu jest głęboko zakorzeniona potrzeba zemsty. Bywa też, że jedno z małżonków ma przekonanie, że drugie krzywdzi dziecko. Chce zapewnić mu bezpieczeństwo, „uwiązując” je do siebie. Wtedy też argument finansowy nie gra roli. A kiedy może ją grać? Jeśli ktoś myśli tak: gdy dzieci zostaną przy mnie, będę dostawać alimenty. Albo wtedy, gdy drugi rodzic zarabia mało, a my dużo, więc zrobimy wszystko, by dzieci zostały 
z nami, żeby nie płacić. Znaczną rolę przy ustalaniu opieki odgrywają też stereotypy.

Dlaczego?

Kobiety boją się zgodzić na opiekę na
przemienną, czyli układ, w którym dziecko mieszka raz z nimi, a raz z ojcem – np. 
w parzyste tygodnie u matki, w nieparzyste u ojca. Nawet jeśli im to odpowiada, bo – dajmy na to – dużo pracują i chciałyby móc odpocząć, często nie godzą się, ponieważ kto to widział, żeby dziecko nie było przy matce!

Co by sobie pomyślała rodzina, znajomi? No przecież uznaliby ją za wyrodną matkę. Proszę zwrócić uwagę, że kiedy mężczyzna wyprowadza się do innego miasta i tam zakłada rodzinę, nikogo nie oburza, że zobaczy się z dzieckiem z pierwszego związku tylko raz w miesiącu. Kobieta spotkałaby się z potężną krytyką.


Dziś na rynku działają kancelarie ukierunkowane na pomoc rozwodzącym się kobietom i takie, które wspierają tylko mężczyzn. To dobre rozwiązanie?
Dla mnie ma cechy sekciarstwa. Owszem, w przestrzeni publicznej są potrzebne organizacje reprezentujące interesy wybranych grup społecznych, niemniej ludzie skupiający się na pomocy tylko mężczyznom lub tylko kobietom, niejako specjalizują się w niszczeniu przeciwnika. Stowarzyszenia praw ojców często głoszą pogląd, że generalnie kobiety są złe, i kiedy wejdzie się na fora związanych z nimi mężczyzn, widać wyraźne zagrzewanie do walki. A kiedy ludzie się rozwodzą, to ostatnie, czego potrzebują.


Aby walce zapobiec, pewnie przydałyby się mediacje. Na jakim etapie do nich dochodzi?
Sąd może skierować parę na mediacje, czasem odbywają się przed rozpoczęciem sprawy sądowej, by wypracować wstępne porozumienie. Sądy dzisiaj zachęcają do tej praktyki, jest też projekt zmiany w prawie, która spowodowałaby, że dla par z dziećmi mediacje byłyby obowiązkowe. To akurat nie jest dobre rozwiązanie, bo mediacje mają sens tylko wtedy, gdy są dobrowolne, przy założeniu równości stron. Zatem np. gdy mamy sprawcę i ofiarę przemocy, nie są wskazane.

Bywa, że na skutek mediacji ludzie rezygnują z rozwodu?
Tak. Bywa też, że pomimo mediacji decydują się na rozwód, a w trakcie sprawy z niego rezygnują. A czasem schodzą się po rozwodzie.

Na koniec palący problem – wspólny kredyt.
Sąd nie rozstrzygnie, co z kredytem, bo nie dzieli długów. Dzieli aktywa, nie pasywa. A jak radzą sobie małżonkowie? Bywa, że jedno przejmuje nieruchomość i dług, ale rzadko kiedy ktoś w pojedynkę ma taką zdolność kredytową. Zazwyczaj płacić muszą oboje, również po rozwodzie. Często wynajmują mieszkanie i z najmu spłacają kredyt, a gdy spłacą, to sprzedają i dzielą się pieniędzmi lub zostawiają mieszkanie dzieciom. Najbezpieczniejsza opcja to sprzedaż nieruchomości od razu po rozstaniu, spłacenie kredytu i podzielenie się „górką”, jeśli taka istnieje. Zdarza się, że kredyt przewyższa wartość nieruchomości. Nie da się ukryć, że wspólny kredyt i rozwód po prostu nie wyglądają dobrze.

Magdalena Czernicka-Baszuk - partner w Baszuk Czernicka Baszuk Adwokacka Spółka Partnerska. Prawem rodzinnym zajmuje się od 1997 roku. Współpracowała m.in. z Centrum Praw Kobiet, Towarzystwem Pomocy Młodzieży oraz Stowarzyszeniem Rodzina i Trzeźwość.

Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 03/2020
Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również