Tilda Swinton: "Miałam po prostu wyjść za mąż za jakiegoś hrabiego"
Fot. AKPA

Tilda Swinton: "Miałam po prostu wyjść za mąż za jakiegoś hrabiego"

Tilda Swinton mogła wyjść za majętnego hrabiego i pewnie skończyłaby pod szklanym kloszem jak księżna Diana. Sztuka dała jej odwagę, by żyć naprawdę: była poetką, performerką, spała na wystawie w szklanej gablocie, zmieniała na scenie płeć. Skończyła już 60 lat, jest równie skromna i nieśmiała jak wtedy, gdy wysłano ją do szkoły z internatem. Ale gdy gra, robi to bezczelnie jak nikt.

Cztery spaniele biegną po pustej plaży. Chlapią się w falach, gonią morską pianę i własne ogony. Podbiegają do kamery w zwolnionym tempie, żeby w podskokach, w doskonałej chwili psiej radości, w ostatnim momencie odbić w bok. Hasają... w rytm muzyki Händla. Za kamerą stoi ich właścicielka Tilda Swinton, a ten kilkuminutowy teledysk to jej wkład w projekt Opery Filadelfijskiej – instalacji operowej z muzyką Jerzego Fryderyka Händla i Philipa Glassa. Swinton nigdy nie miała zamiaru zostać aktorką. „Miałam po prostu wyjść za mąż za jakiegoś hrabiego” – żartowała w wywiadach. Wychowana w zamożnej rodzinie, której szlacheckie, angielsko-szkockie korzenie sięgają XI wieku (drzewo genealogiczne ma 36 pokoleń wstecz!), córka generała brytyjskiej armii część dzieciństwa spędziła w prywatnej szkole z internatem, której nienawidziła. Nic dziwnego, że właśnie tej gwiazdy zabrakło w ośmiu filmach o Harrym Potterze, który dał zatrudnienie chyba wszystkim angielskim aktorom. – W moich szkołach średnich, West Heath i w szkockim Fettes College, dzieci były samotne i izolowane od świata. To okrutne miejsca do dorastania, uważam, że nie ma korzyści z takiej edukacji – powiedziała w wywiadzie dla „Scots Magazine”. – Dzieci potrzebują rodziców i ich miłości, dlatego nie znoszę filmów, które przedstawiają szkoły z internatem w wyidealizowanym świetle. Najgorsze były rozstania. Zamknięcie pokoju w rodzinnym domu, udawanie, że wszystko jest w porządku, pożegnanie na dworcu. Tilda wiedziała, dlaczego musi chodzić do tej szkoły – wszystkie dzieci znajomych jej rodziców uczyły się poza domem. Jej koleżanki z internatu, między nimi hrabianka Diana Spencer, która później została żoną następcy tronu, pochodziły z takich rodzin jak ona. Status społeczny wymagał, aby unieszczęśliwiać swoje dzieci. Siedząc w przedziale pociągu wiozącego ją na kolejne dwa miesiące oddalenia od rodziców, zastanawiała się, czy widać po niej, jak bardzo się stara, aby powstrzymać łzy. – Wtedy dotarło do mnie, że inni nie mają pojęcia, co się dzieje w mojej głowie. I że chciałabym się przekonać, jak to jest być kimś innym.

Artystka mimo woli

Generał major Swinton sam był zdziwiony, że nie dostał zawału. „Tato, to moja legitymacja”, oświadczyła Tilda, rzucając na stół tekturkę z logo partii komunistycznej. – Był to pierwszy i ostatni raz, kiedy dałam sobie przypiąć ideologiczną łatkę – wspominała po latach z rozbawieniem. John Swinton, zamiast rwać włosy z głowy, znalazł z córką grunt do dyskusji oparty na wspólnej niechęci do premier Margaret Thatcher. Rodzice nie protestowali też, gdy oświadczyła, że po dyplomie z literatury angielskiej na Uniwersytecie Cambridge spróbuje pracy jako aktorka. Nadzieję na to, że zrobi karierę na londyńskich salonach jako urocza panna z towarzystwa, porzucili dawno. – Na studia dostałam się dzięki moim wierszom. Uważałam się za poetkę. Po pierwszym semestrze zaczęłam występować na scenie – opowiadała kilka lat temu w wywiadzie dla „The Independent”. – Rodzice pozwolili mi szukać własnej drogi, bylebym była szczęśliwa. A może liczyli na to, że w razie niepowodzenia znajdzie się jednak jakiś hrabia! Dołączenie z marszu do Royal Shakespeare Company to marzenie każdego aktora. Swinton jednak doszła do wniosku, że popełniła błąd. Po pierwsze jest leniwa, a codzienna gra w spektaklu to wyczerpujące zajęcie. Po drugie tradycyjny teatr ją nudził. Ona chciała eksperymentować, łączyć gatunki, wypowiadanie co wieczór kwestii napisanych kilkaset lat temu doprowadzało ją do frustracji. Co innego kino. „Oczywiście, że zagram w filmie o Caravaggiu! Jeżeli oczywiście chcesz mnie w nim obsadzić”, poprawiła się, odpowiadając na propozycję reżysera Dereka Jarmana. – Spotkanie Dereka i przyjaźń z nim wyznaczyły moją dalszą drogę zawodową – mówiła Swinton. Gdyby nawet zaproponował mi zrobienie filmu o kanapie, zgodziłabym się bez namysłu. Pierwsze sukcesy nie przewróciły jej w głowie. Na festiwalu w Wenecji, gdzie w 1991 roku dostała nagrodę za rolę w Edwardzie II w reżyserii Jarmana, pozwoliła sobie na pokorę i szczerość. – Nie mam wykształcenia aktorskiego i zawsze na planie wydaje mi się, że moja maskarada zostanie odkryta – wyznała. Granie w filmach to zresztą tylko część tego, czym Swinton zajmuje się na co dzień. Sztuka to zbyt pojemne pojęcie, żeby ograniczyć je do taśmy filmowej.


Nie mam wykształcenia aktorskiego i zawsze na planie wydaje mi się, że moja maskarada zostanie odkryta.

Zadawać pytania

Przed drzwiami londyńskiej galerii Serpentine chętnych do obejrzenia instalacji performatywnej Joanny Scanlan The Maybe było tylu, że sprzedawano bilety z wyznaczoną godziną wejścia
i wyjścia. W szklanej gablocie leżała Tilda Swinton. Instalacja powstała niedługo po śmierci Dereka Jarmana na AIDS. Dlaczego takie same tłumy pojawiły się rok później w Muzeum Barracco w Rzymie i osiem lat później w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Nowym Jorku? – Jeśli czujesz, że dzieło sztuki zadaje ci pytanie albo wywołuje w tobie emocje, to znaczy, że spełniło swoje zadanie – powiedziała Swinton w magazynie „AnOther”. Co pomyśleli widzowie na pokazie mody duetu Viktor & Rolf, gdy na wybieg wychodziły po kolei modelki ucharakteryzowane na Tildę i tylko baczny obserwator mógł dojrzeć, że jedna z nich była rzeczywiście nią? Swinton regularnie pojawia się na listach najlepiej ubranych kobiet świata. – To miłe, ale nie ma w tym ani grama mojej zasługi – mówiła na festiwalu w Cannes, gdzie zasiadała w jury. – Na co dzień chodzę w byle czym. Ale mam przyjaciół w świecie mody, którzy proponują mi stroje, kiedy wybieram się na galę. Ufam im bezgranicznie i po prostu wkładam to, co mi pożyczają. Jestem nieśmiała i publiczne okazje mnie stresują, ale wiem, że jeśli mam na sobie wygodną, piękną suknię czy garnitur, to jest to zbroja, która doda mi odwagi. Na czerwonym dywanie na londyńskim Leicester Square wiodącym na galę rozdania nagród BAFTA pewność siebie przydała jej się bardziej niż kiedykolwiek. Na szczęście przed wejściem mało kto się nią interesował, więc przemknęła ze swoim towarzyszem prawie niezauważona przez fotografów. Gdy jednak statuetka dla najlepszej aktorki za rolę w filmie Michael Clayton trafiła w jej ręce, Tilda po raz pierwszy od 20 lat w show-biznesie poczuła, czym jest popularność. I na czym polega walka o prywatność. W miasteczku Nairn na północy Szkocji, gdzie mieszka, nie jest gwiazdą. Znają ją wszyscy rodzice steinerowskiej podstawówki, którą zakładała z nimi dla lokalnych dzieci. Wiedzą, że piecze świetne ciastka na szkolne festyny, a przyjaciele jej bliźniąt, Honor i Xaviera, nie boją się nakruszyć nimi w jej oblepionym psią sierścią range roverze. Zanim akademia nagród BAFTA zdecydowała się wreszcie ją docenić, mało kto wiedział, że jej mężem był szkocki dramaturg John Byrne, na którego Tilda mówi pieszczotliwie... John Byrne. Nikogo nie obchodził też fakt, że mąż od kilku lat nigdzie się z nią nie pojawiał, a zamiast niego towarzyszył jej przystojny i młodszy od niej o 17 lat niemiecki malarz Sandro Kopp. Pytania o to, czy żyje w otwartym związku lub w trójkącie, zbywała coraz bardziej nerwowym śmiechem. Jednak gdy dwa miesiące później dostała Oscara, prawdy nie dało się ukryć – wybuchła medialna wrzawa. Tilda skrzyknęła znajomych kinomanów i przez dwa miesiące jeździli ciężarówką z przenośną salką kinową po górskich miejscowościach, do których – po cięciach budżetowych – nie zagląda nawet biblioteczny autobus.

Żeby wreszcie dorosnąć

– Nie pamiętam, co powiedziałam, odbierając statuetkę. Do dzisiaj nie wiem, bo tego później nie oglądałam. Pamiętam, że zadzwoniłam potem do Johna Byrne’a, bo zdaje się, że ludzie tak właśnie robią, kiedy dostają Oscary. Nigdy wcześniej nie widziałam tej gali w telewizji. Myślałam, że będzie więcej ludzi albo większa sala – opowiadała z rozbawieniem dziennikarzowi „The Independent”. Nagroda i zainteresowanie mediów jej osobą przełożyły się na role w filmie braci Cohenów Tajne przez poufne czy w Ciekawym przypadku Benjamina Buttona z Bradem Pittem, ale tabloidy wciąż były żądne tylko jednej informacji: czy sypia jednocześnie z mężem i z kochankiem? – Prawda jest nudna. Nie jesteśmy z Johnem Byrne’em małżeństwem od 2003 roku, ale się przyjaźnimy i wychowujemy razem dzieci. Mieszkamy niedaleko. John ma swój drugi dom po drugiej stronie ulicy. Sandro jest moim partnerem od kilku lat i przyjacielem rodziny. Czasem mieszkamy wszyscy razem – wyznała w jednym z wywiadów. Jej szkockich sąsiadów bardziej od życia prywatnego pani Swinton interesuje to, czy zorganizuje znów w Nairn festiwal filmowy. „A pani przyniosła ciasto na seans? Proszę państwa, placek cytrynowy od pani McCloud jest wybitny, proszę się częstować!”, zachęcała aktorka zebranych. Lokalna filmowa extravaganza, która trwała osiem i pół dnia – na cześć filmu Felliniego – ściągnęła ludzi z całej okolicy, a nawet z Edynburga. Bilety były za symboliczną cenę, ale kto mógł, przynosił wypieki, którymi dzielił się z innymi widzami. Rok później Tilda skrzyknęła znajomych kinomanów i przez dwa miesiące jeździli ciężarówką z przenośną salką kinową po górskich miejscowościach, do których – po cięciach budżetowych – nie zagląda nawet biblioteczny autobus. Kiedy wiele młodszych od niej aktorek otwarcie mówi, że role dla kobiet po czterdziestce to towar prawie niedostępny, ona – o 20 lat od nich starsza, ma kalendarz wypełniony po brzegi. Mówi się, że zacznie pracę nad serialem The Parasite opartym na oscarowym koreańskim filmie i przy nowym projekcie Pedra Almodóvara. W listopadzie zaplanowano premierę The French Dispatch Wesa Andersona. Reżyser twierdzi, że The French Dispatch to „list miłosny do dziennikarzy” i że jest przekonany, że będzie przebojem. A Tilda Swinton? Spokojnie podsumowuje: – Przez całą młodość nie mogłam się doczekać czterdziestki – wyznała w wywiadzie dla „Guardiana”. – Na początku przez co najmniej dziesięć lat starałam się nie być zbyt widoczna. Nie mam typowej urody, nie nadawałam się do komedii romantycznych ani na amantki. Myślałam: niech tylko przetrwam, niech ktoś da mi jakąś pracę. Potem będzie łatwiej. I jest! Po czterdziestce wiesz już, czego chcesz, a na co nie powinnaś się zgadzać. Mam dzieci, a to daje dodatkowy bagaż doświadczeń. Nie przejmujesz się bzdurami, masz dystans. Czterdziestka jest świetna, ale po pięćdziesiątce robi się jeszcze lepiej. Skazany na wieczną młodość Orlando, którego Tilda zagrała w filmie Sally Potter, powiedziałby: „Ta sama osoba, ale w innym stuleciu”.

Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również