Pani Kapitan zaprasza na rejs po Bałtyku
Kapitan Jane Bothe na pokładzie "Białej Wydmy", jej stuletniego żaglowca.
Fot. Grażyna Saniuk

Pani Kapitan zaprasza na rejs po Bałtyku

Siła marzeń? Potężna! Jane Bothe trenowała żeglarstwo. Kiedyś zobaczyła zabytkowy jacht, a za jego sterem piękną dojrzałą kobietę. Też tak chcę – pomyślała. Dzisiaj jest właścicielką stuletniego szkunera Biała Wydma. Mąż i syn mówią do niej „pani kapitan”. Odbyliśmy z Jane rejs po Bałtyku. Zapraszamy na pokład.

Południowo-zachodnia część wyspy Uznam jest odludna i dzika. Turystyczny ruch skupia się w Neppermin – sennej wiosce z jedną tawerną serwującą bułki ze śledziem. Nie ma tu nawet mariny. Jest za to atrakcja, która przyciąga kilka tysięcy osób rocznie: statek Weiße Düne (Biała Wydma) należący do Jane Bothe – jedynej w Europie kobiety będącej kapitanem i właścicielką zabytkowego żaglowca. Stąd dwumasztowiec wypływa w rejsy po zatoce Achterwasser. Za chwilę i ja nim popłynę. Okrętuję się i wraz z pasażerami wypatruję kapitan Jane. Na statek wchodzi szczupła blondynka w sportowej bluzie. – To ona! – szturcha mnie łokciem tłumaczka. Biegniemy się przedstawić. 50-latka ma dziewczęce rysy, promienny uśmiech i świetną figurę. Znika na kilka minut, a kiedy wraca w śnieżnobiałym mundurze, wydaje się już inną Jane. Posągową i poważną. – Nie przepadam za uniformami – tłumaczy się – ale gdybym go nie włożyła, pasażerowie byliby rozczarowani – śmieje się Niemka. Jak zostaje się kapitanem żaglowego statku? – Marzenie z dzieciństwa. Trenowałam żeglarstwo pod Berlinem. Zrobiłam patent sternika.

Raz zobaczyłam zabytkowy jacht, za sterem stała niemłoda już kobieta w kolorowych rajstopach i sukience. Pomyślałam: jeśli taka „babcia” jest kapitanem, to ja też bym mogła!

Właścicielka Białej Wydmy na początku zamiast studiów morskich wybrała artystyczne. – Chciałam uczyć plastyki – wspomina. – Miałam świetny kontakt z dzieciakami. Moje lekcje były niekonwencjonalne. Aż za bardzo, bo okazało się, że nie wpisuję się w standardy państwowej podstawówki – żartuje. Po nieudanym debiucie zawodowym pojechała do Holandii zaciągnąć się jako „chłopiec okrętowy”. Po 10 latach zdała do elitarnej szkoły żeglarskiej w Enkhuizen kształcącej kapitanów historycznych jednostek. Po holendersku studiowała budowę silników Diesla, prawo morskie, nawigację. Była już wtedy matką, więc zdobycie wymarzonego patentu zabrało kolejne cztery lata. Tu opowieść będzie miała przerwę, bo pod pokład zagląda Detlef, mąż Jane. – Pani kapitan, czas witać gości – przypomina. – Zaraz dowiecie się reszty – obiecuje Jane.

Żeglowanie to sztuka

– Witam na pokładzie Białej Wydmy – zwraca się do pasażerów kapitan Bothe. – Opowiem o naszej łodzi. Weiße Düne to szkuner, dwumasztowy żaglowiec. Ma 45 metrów długości, maszty są 30-metrowe – fachowo opisuje statek. Pasażerowie są w nią zapatrzeni. – Nasz dwumasztowiec powstał w 1909 roku w Holandii. Przez lata pływał po wodach Morza Wattowego. W latach 40. przerobiono go na frachtowiec, potem na pływający hotel i znów na żaglowiec. W 2006 roku zostałam jego kapitanem. A kiedy właściciel postanowił statek sprzedać, powiedziałam: teraz albo nigdy. Od 2011 roku Weiße Düne należy do mnie. Moją misją jest uczyć tradycyjnego rzemiosła żeglarskiego. – podkreśla. – Dziś popłyniemy do Wolgast. Wody są tu płytkie, ale nasz szkuner ma małe zanurzenie, jest więc idealny na takie akweny. Kiedyś organizowaliśmy rejsy po Bałtyku, ale bujało i choroby morskiej dostawał nawet kucharz! Przenieśliśmy się na spokojniejsze wody. Dość już gadania, postawmy żagle i szukajmy wiatru. Wypływamy. Kapitan Jane wyprowadza Białą Wydmę z zatoki. Przy kołowrotach do wciągania żagli poruszenie. Większość panów chce pokręcić wielką hałaśliwą korbą. Kapitan Jane skupia się na manewrach. Dopiero gdy żagle zostają wciągnięte, mogę wrócić do pytań. – Czy kobiety dowodzą inaczej niż mężczyźni? – ciekawi mnie. – Chyba są ostrożniejsze... Ale to nie oznacza lęku. Może się wydawać, że pływam po wewnętrznych wodach, bo to łatwiejsze. Nie, wybrałam trasę śródlądową, bo ocean mnie nudzi. Statek morski pływa z punktu A do B. Do portu wprowadza go holownik. A w żegludze śródlądowej liczą się umiejętności nawigacyjne. Dla mnie największą frajdą są manewry na żaglach bez silnika. To jest sztuka!

Wszystkie ręce na pokład

Częścią rejsu są zajęcia edukacyjne. W roli wykładowcy oczywiście Jane Bothe. W ruch idą mapy i przyrządy nawigacyjne. Choć siąpi deszcz, wszyscy słuchają. Z dzieciakami pani kapitan ćwiczy wiązanie węzłów. Jest w swoim żywiole. – Śmiało, zajrzyj tu! – zaprasza któregoś z maluchów do nadbudówki naszpikowanej elektronicznymi urządzeniami. – Dzieci są spontaniczne, zadają fajne pytania – mówi. Sama ma troje. Wychowywała je, jednocześnie zdobywając patent kapitański. – Joshua miał dwa lata, Josina pięć, a Merlin 12 – wymienia Jane. – Gdy były małe, zostałam na wychowawczym. Nie wiedziały, co to żłobki. Dlatego gdy zaczęłam szkolenia, było mi ciężko się z nimi rozstawać. A jeszcze ciężej było mi znosić docinki, że jestem wyrodną matką, bo je zostawiam na kilka tygodni, by zajmować się „jakimiś bzdurami”. Nikt nie chciał dostrzec w nas rodziny, która ma plan na życie i go konsekwentnie realizuje. Jane przyznaje, że jej kariera nie byłaby możliwa, gdyby nie poświęcenie męża, z wykształcenia pedagoga specjalnego. – Kiedy dzieci były małe, było ciężko. Musieliśmy przenieść się do Holandii, bo tam miałam szkołę. Żyliśmy skromnie. Mąż poświęcił pracę pedagogiczną, zatrudniał się dorywczo. Bez rodziny nigdy nie osiągnęłabym tego, co mam – przyznaje pani kapitan.

Kiedy mama staje się panią kapitan

Dziś dorosłe już dzieci Jane często można zobaczyć na statku. Najstarszy Merlin bywa sternikiem. – Jak się do pani zwracają: mamo, cała naprzód? – pytam. – Ależ skąd! – śmieje się w głos Jane Bothe. – Na statku obowiązuje wyłącznie „pani kapitan”! Jeśli mówią o mnie przy załodze albo pasażerach, muszą używać trzeciej osoby: „pani kapitan powiedziała”. No i bezwzględnie wykonywać moje polecenia. Na statku nie ma „mamo, ale przecież...”. Jest tylko „tak” lub „nie”. To wymaga samodyscypliny, ale nie może być inaczej. Decyzje kapitana nie podlegają krytyce. Nawet tej rodzinnej. Jeśli coś poszło nie tak, rozmawiam z załogą, analizujemy błędy, ale dopiero po rejsie – wyjaśnia moja rozmówczyni. – Na wszelki wypadek, żeby uniknąć konfliktów, odbyliśmy rodzinne szkolenie z team buildingu. Najtrudniejszym zadaniem dla mnie było opanowanie emocji. Jestem kapitanem, ale też... żoną, matką i babcią. I często nie mogę w tych rolach występować jednocześnie. Dopiero w domu mąż może powiedzieć: „Kochanie, zrób mi kawę”, a ja mogę czule go objąć. Ustaliliśmy: ja jestem kapitanem statku, on – szefem firmy. Ten podział się sprawdza. Ja zajmuję się żeglugą, on sprawami organizacyjnymi i strategią. Nasz najnowszy projekt to szkoła żeglarska, w której byłoby miejsce dla kobiet.

Pod wiatr

Zauważam, że choć Jane Bothe stara się ani na chwilę nie wyjść z roli kapitana, w momencie, kiedy zbliżamy się do trudniejszego odcinka, zachowuje się jak odpowiedzialna „mamuśka”. Jest najbardziej zabieganą osobą na pokładzie. Kiedy za sterem stoi 19-letni pomocnik, czuwa tuż za nim i z surową miną kontroluje kurs oraz sytuację przed dziobem. Pytam, czy nie ma zaufania do załogi. – Mam, ale jeśli facet kapitan popełni błąd, jakoś mu to jest wybaczane. Gdy błąd zrobi kobieta, komentarze są zawsze takie same: „Wiadomo, baba!”. Na początku pływania na Białej Wydmie miałam przygodę – wspomina. – Była mgła. Wyznaczyłam sternikowi kurs. On z niego zszedł i wplątaliśmy się w sieci. Musiałam włożyć piankę neoprenową i nurkować w zimnej wodzie, by nas z tych sieci wydostać. Okazało się, że sternik zapomniał okularów, ale wstydził się o tym powiedzieć. Byłam wściekła. Żeby zatrzeć złe wrażenie, zaproponowałam pasażerom, że mogą zamówić w barze, co chcą.

Zakaz podpowiadania mechanikowi

Pasażerowie, zwłaszcza panowie, bez przerwy zadają Jane pytania o: takielunek, olinowane, omasztowanie, nawigację, mapy, pławy, boje, spotkania z mieliznami i z innymi jednostkami. Jakby testowali jej wiedzę. Na wszystkie, nawet najdziwniejsze, odpowiada wyczerpująco. Nikt nie zagnie jej na zagadnieniach technicznych czy nawigacyjnych. – Żeglarstwo to męski świat. Niestety wciąż muszę udowadniać, że jestem dobra w tym, co robię – mówi. – Muszę znać statek lepiej niż inni kapitanowie, żeby nikt mnie nie traktował jak amatorki. Kiedy oddaję Diunę do warsztatu, z reguły wiem lepiej od mechaników, w czym jest problem. Faceci nie chcą, żebym była przy naprawie i patrzyła im na ręce albo – nie daj Boże – coś sugerowała, zwracała uwagę! – mówi. – A co z przesądem, że kobieta na statku to nieszczęście? – pytam w końcu. – Ach, wszyscy pasażerowie o to pytają – śmieje się pani kapitan. – Oczywiście, że jest prawdziwy – mruga do mnie okiem. – Mieliśmy raz praktykantkę z Holandii, atrakcyjną dziewczynę, która na niczym się nie znała, ale wszyscy chcieli jej pomagać i ją wyręczać. Każda czynność trwała wtedy dwa razy dłużej niż powinna! Na szczęście dość szybko zrezygnowała.

Przełamując fale

Płyniemy między gigantycznymi przęsłami zwodzonego mostu Peene Brücke łączącego wyspę Uznam ze stałym lądem. Tu znów widzę na twarzy naszej kapitan stres i napięcie. Fotografuję ją przez teleobiektyw, by jej nie rozpraszać. Jest niesamowicie przejęta. Mąż obejmuje ją ramieniem i czule całuje panią kapitan w policzek. Co za moment dla fotografa! Ciekawe, co na taką poufałość z kapitanem mówi regulamin morski? – zastanawiam się. Dopływamy do portu. To znów zadanie dla szefowej. Wiem, że Jane Bothe nie pozwoliłaby się nikomu wyręczyć. Parkuje 45-metrową łajbę między dwiema innymi jednostkami z niezwykłą lekkością i gracją. Pasażerowie biją brawo. Namawiam panią kapitan na minisesję fotograficzną. – O nie, tylko nie to! – wzbrania się, choć przekonuję ją, że jest fotogeniczna. – Muszę przestawić łódź – oznajmia po dwóch minutach i ucieka z planu. Wróci po chwili, by się ze mną serdecznie pożegnać. – Zapraszamy ponownie – mówi, trzymając się z mężem za ręce. Naprawdę mam ochotę tu wrócić. Przede wszystkim dla niej.

Tekst ukazał się w magazynie Twój STYL nr 08/2019
Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również