Anthony Hopkins: "W miłości możemy próbować przewidzieć najbliższe dwie minuty, nie więcej"
Anthony Hopkins
Fot. AKPA

Anthony Hopkins: "W miłości możemy próbować przewidzieć najbliższe dwie minuty, nie więcej"

Dwadzieścia pięć lat temu zagrał Hannibala Lectera. Ta rola przyniosła mu pierwszego Oscara i miejsce w historii kina. W 2021 roku otrzymał drugą statuetkę: za rolę w filmie Ojciec. Choć Anthony Hopkins przekroczył osiemdziesiątkę, nigdy nie grał tyle co teraz. "Nie jestem już młodzieniaszkiem, ale umarłbym, gdybym przeszedł na emeryturę", mówił w 2016 roku w wywiadzie dla PANI.

Kilka lat temu po 13 latach wrócił na mały ekran – aktor wystąpił w serialu HBO „Westworld”. Produkcja jest połączeniem science fiction i westernu, a Hopkins wciela się we właściciela parku rozrywki oferującego podróże w czasie, w którym pracują same roboty. Pewnego dnia, przez awarię komputera, maszyny postanawiają… zabić wszystkich odwiedzających.

Sir Anthony Hopkins w telewizji! Długo opierał się Pan urokowi tego medium i końcu zdecydował się na udział w serialu?

Anthony Hopkins: Dzisiaj seriale to inna bajka. Postanowiłem zaryzykować. Przeczytałem scenariusz „Westworldu”, spotkałem się z Jonathanem Nolanem (scenarzysta i reżyser – red.) i spodobała mi się jego wizja. Poza tym ja po prostu lubię pracować. To sprawia mi przyjemność, choć zdaję sobie sprawę, że nie jestem już młodzieniaszkiem. Moja żona przez lata próbowała mnie namówić, żebym zwolnił, ale wreszcie zrezygnowała, gdy zrozumiała, że jej się to jednak nie uda.

Plotki o Pana śmierci są zatem mocno przesadzone.

Tak, coś mi o nich mówili młodsi koledzy, ale ja nie korzystam z internetu, więc takie rzeczy do mnie nie docierają. Jak widać – żyję. Umarłbym, gdybym przestał pracować i przeszedł na emeryturę.

Czy możemy trochę cofnąć się w czasie? Jedną z największych rewolucji w Pana życiu było rozpoczęcie pracy w Stanach po sukcesie „Milczenia owiec” Jonathana Demme’a.

Wszystko zmieniło się wtedy o 180 stopni. Pracowałem w tamtym czasie w Anglii, miałem bardzo dużo zleceń, zacząłem grać w National Theatre. Dla aktora to ogromna nobilitacja, zatem z zewnątrz moja kariera wyglądała fantastycznie. Tymczasem ja czułem, że tonę. Praca na scenie nie dawała mi satysfakcji. Jestem albo bardzo leniwy, albo prawdziwy ze mnie buntownik, ale nie sprawdzam się jako gracz zespołowy.

I wtedy mój agent przysłał mi scenariusz do filmu, który miał nosić tytuł „Milczenie owiec”. Sądziłem, że chodzi o produkcję dla dzieci…

Małe nieporozumienie…

No tak, to te owce mnie zmyliły! Ale po pierwszej stronie było już dla mnie jasne, że żadne dziecko nie powinno tego oglądać, a po piętnastu zadzwoniłem do agenta z pytaniem, czy mogę już więcej nie czytać. „Dlaczego?”, zapytał. Myślał, że chcę odrzucić tę propozycję. „Bo to tak doskonała rola, że nie potrzebuję wiedzieć więcej. Muszę ją mieć!”, odpowiedziałem. Wciąż uważam, że Hannibal Lecter to genialnie napisana postać. Mój agent wziął się do roboty i dwie godziny później byłem już umówiony z reżyserem Jonathanem Demme’em. Okazało się, że Jodie Foster jest już zaklepana do roli Starling, a Jonathanowi naprawdę zależy, bym to właśnie ja był Lecterem. Powiedział, że zwróciłem jego uwagę w „Człowieku słoniu” Davida Lyncha, gdzie wcielałem się w doktora Trevesa, i to właśnie ta rola natchnęła go, by zaproponować mi udział w „Milczeniu…”. Zdziwiłem się, bo Trevesa uważałem za dobrego człowieka. „No właśnie – tłumaczył mi Demme. – Ja też uważam Lectera za dobrego człowieka, tylko uwięzionego w szalonym umyśle”. Wydało mi się to bardzo ciekawe. Kilka tygodni później przybyłem do Nowego Jorku i spotkałem się w biurze Orion na Piątej Alei z Jodie i producentami na pierwsze czytanie scenariusza.

Denerwował się Pan?

Nie miałem pojęcia, co sobie pomyślą, ale w mojej głowie Lecter już żył, był konkretną osobą z określonym charakterem. W jednej z początkowych scen filmu Jodie idzie na spotkanie z nim. Zatem moje pierwsze słowa na próbie to było: „Dzień dobry”. Wypowiedziałem je już „w roli” i wszystkim zaświeciły się oczy. Jonathan Demme wymamrotał tylko: „Wow!”, a producent z uznaniem zaklął pod nosem. Powiedzieli, że jest idealnie i żebym niczego nie zmieniał.

Była gęsia skórka?

Tak, to było bardzo przerażające „dzień dobry”. Nie wiem skąd, ale zawsze wiedziałem, co przeraża ludzi. Jako młody chłopak straszyłem koleżanki z kokardami na warkoczach wymyślonymi opowieściami o hrabim Drakuli. Udawałem nawet, jak chłepczę krew (prezentuje). Robiłem całą masę takich głupot. Strach to doskonałe narzędzie kontroli. W życiu prywatnym jestem całkiem inny, w ogóle niestraszny.

Pana postać w „Westworldzie”, doktor Ford, to z kolei demiurg, który kontroluje umysły innych.

Choć, podobnie jak w przypadku Lectera, wiem, jak zagrać kogoś takiego, nie podzielam władczych zapędów mojego bohatera. Nie czuję najmniejszej potrzeby kontrolowania otaczającej mnie rzeczywistości.

Miał Pan mistrza, od którego się uczył, jak w nieoczywisty, ale sugestywny sposób grać czarne charaktery?

Lata temu poznałem na Broadwayu Elię Kazana i poszliśmy na kolację do Charlie’s, restauracji naprzeciwko teatru, w którym pracował. Byłem pod ogromnym wrażeniem spotkania z tak cenionym pisarzem i reżyserem. Kazan miał wtedy próby do sztuki, w której grał mafijnego bossa, choć wcale nie był aktorem. Brakowało mu też fizycznej tężyzny, by wzbudzać szacunek posturą. Mówiąc wprost: był nieprzekonywający. Wreszcie ktoś zaproponował Elii, by spotkał się z jednym z ludzi Ala Capone, Tonym Morello, który mógłby mu udzielić jakichś wskazówek. Dziś nikt nie wpadłby na taki pomysł, ale w tamtych czasach nie było to ekscentryczne. No więc tenże Tony przyszedł na próbę, usiadł z tyłu widowni i obserwował. Kazan się napinał, krzyczał. W przerwie Morello go przywołał (tu Hopkins zmienia głos i akcent na „włoską chrypkę”): „Chodź tu, młody! Grasz bossa gangu, prawda? Takiego jak Al Capone? Dam ci jedną radę: nie musisz tak wrzeszczeć. Wszyscy wiedzą, kim jesteś”. To była rada, dzięki której Kazan świetnie wypadł w sztuce, i najlepsza podpowiedź, jaką ja sam otrzymałem w swojej karierze. Jeśli gra się potwora, lepiej być cichym i spokojnym.

Kręciliście „Westworld” w bardzo specyficzny sposób…

Twórcy zadbali o to, byśmy sami nie do końca wiedzieli, kim są nasze postaci. O tym, co dzieje się w następnym odcinku, byliśmy informowani na bieżąco. Nigdy nie wiedziałem, co nas czeka.

Isabelle Huppert twierdzi, że im trudniejsza rola, tym łatwiej się ją gra. Zgadza się Pan?

Jak najbardziej. W ogóle nie trzeba wtedy grać. Spójrzmy na Isabelle: ona jest wspaniałą aktorką, która wciela się w różnorodne, wyraziste postaci. Ale gra bardzo subtelnie, po prostu jest obecna, jest sobą, to widz dopisuje znaczenia. Marlon Brando – oto doskonały przykład, jak świetnie potrafi działać strategia wycofania, a nie „przegrywania” roli. Po prostu bądź! To tak jak z miłością – nie można jej z siebie wycisnąć. Nie warto szukać pewności, definicji, bo w miłości wszystko jest zmienne. Możemy z pewną dokładnością przewidzieć, co się wydarzy za dwie minuty. I tyle.

Tej pewności szukamy nie tylko w miłości, ale w życiu w ogóle. Niepewność nas przeraża.

Szukamy jej na oślep, bo pragniemy uciec przed śmiertelnością. Chcemy się jakoś zabezpieczyć, ale to niemożliwe. Historia XX w. dowodzi, że zbytnia potrzeba kontrolowania rzeczywistości nie doprowadziła do niczego dobrego. Dwanaście lat po zdobyciu fotela kanclerza taki jeden gość rozwalił sobie głowę w bunkrze w gruzach Berlina, pośród popiołów zniszczonej Europy. Zrobił to, bo nie wiedział, co będzie dalej, i nie potrafił tego znieść. Wujek Stalin – ten sam przypadek. Zabił 33 miliony ludzi dla utopii… Ta lista nazwisk jest długa, a odpowiedzi na ludzkie bolączki wciąż brak. Dlatego ja od lat nie oglądam wiadomości. Ci ludzie rzucają tylko wyborcom masę obietnic, a potem ich nie realizują.

Wyobraża Pan sobie świat, w którym maszyny wchodzą w równoprawne interakcje z ludźmi?

Byłem niedawno na wakacjach i podczas lunchu spotkałem młodego mężczyznę zapatrzonego w swój komputer. Okazało się, że pracuje w MIT (Massachusetts Institute of Technology, politechnika uznawana za najlepszą na świecie – red.) i specjalizuje się właśnie w sztucznej inteligencji. Skojarzył, że zagrałem w „Westworldzie”, więc zaczęliśmy rozmawiać. Zgodziliśmy się, że technologia, choć czyni nieco zła, przede wszystkim ratuje wiele istnień. Nauka to przyszłość, bez dwóch zdań. Jednocześnie powiedział mi, że stworzenie w laboratorium ludzkiej komórki uważa za niezwykle mało prawdopodobne. A gdyby do tego doszło, byłby to początek końca nas jako gatunku.

Myśli Pan, że prace nad sztuczną inteligencją, w pewnym sensie, wynikają z potrzeby odpowiedzi na te same pytania, które nurtowały wspomnianych przez pana tyranów?

Czytałem takie opowiadanie, gdzie najpierw Holokaust, a potem broń atomowa zmiotły z powierzchni ziemi większość obywateli. Grupa naukowców, filozofów i innych myślicieli zbiera się w bunkrze na pustyni i pracuje w pocie czoła, by w końcu wynaleźć komputer, który znajdzie rozwiązanie tej sytuacji. „Wlewają” w to wiedzę wszystkich wielkich intelektualistów z rozmaitych systemów oraz epok. Wreszcie wciskają guzik i zadają pytanie: „Czy Bóg istnieje?”. I wtedy zabija ich piorun. Patrząc na ich zwęglone ciała, komputer odpowiada: „Teraz już tak!”.

Wybrałby się Pan do Westworldu, gdyby taki park naprawdę istniał?

Byłem raz w Disneylandzie, to było bardzo dawno temu, w 1968 roku. Oprowadzała mnie młoda kobieta o imieniu Connie. Powiedziała mi wtedy, że Disney kazał się zamrozić po śmierci. Myślę, że jedna taka wizyta mi wystarczy.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Anthony Hopkins (@anthonyhopkins)

 

Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 11/2016
Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również