Daniel Rycharski: "Jestem totalnie samotny". To o jego życiu opowiada film "Wszystkie moje strachy"
Daniel Rycharski na premierze filmu "Wszystkie nasze strachy".
Fot. Akpa

Daniel Rycharski: "Jestem totalnie samotny". To o jego życiu opowiada film "Wszystkie moje strachy"

To o jego życiu opowiada nagrodzony "Złotymi Lwami" w Gdyni film "Wszystkie nasze strachy" Łukasza Rodundy i Łukasza Gutta z Dawidem Ogrodnikiem w roli głównej. Piękna opowieść o miłości, wybaczeniu i nadziei. - Jeśli ten film paru osobom otworzy serca, to było warto - mówi artysta Daniel Rycharski.

PANI: W filmie wątek samobójstwa jest przeniesiony do twojego rodzinnego Kurówka. Nie obawiałeś się, że mieszkańcy wsi mogą to odebrać bardzo osobiście, że to oskarżenie wobec ich społeczności?

Daniel Rycharski: Nie, bo ja z moją rodziną i sąsiadami rozmawiałem o tym od dawna. Uprzedziłem, że w filmie jest taka historia, że wiele wątków jest tylko filmową fikcją. Na Facebooka wrzucam wszystkie linki, wywiady na temat filmu. Oni wszystko wiedzą i na bieżąco śledzą losy filmu. Połowa wsi jest ze mną spokrewniona. Wujkowie, ciocie, kuzyni... Wszyscy wszystko o sobie wiedzą. Czy obawiałem się, że mieszkańcy Kurówka uznają, że oskarżam ich o homofobię? Trochę się tego obawiałem, jednak pierwsze pokazy rozwiały moje wątpliwości. Dostaliśmy owacje na stojąco.

Kiedy film zobaczyłeś pierwszy raz?

Jeszcze przed festiwalem w Gdyni. Na zamkniętym pokazie w Warszawie oglądaliśmy z moją matką wersję, tzw. szmatę, która trochę różni się od ostatecznej wersji filmu. Chciałem przetestować odbiór z bliską mi osobą. Czułem niepokój o kilka wątków w tym filmie, ale one na szczęście nie weszły. Mama też jechała podenerwowana. Chciała przejść na wcześniejszą emeryturę i bała się, co ludzie w pracy powiedzą. Ale jak obejrzała, powiedziała "superpozytywny film", jakby kamień jej spadł z serca.

Film niesie piękne chrześcijańskie przesłanie o wybaczeniu. Nawet przez chwilę nie nawołuje do odwetu czy rozliczenia. Wy w nim budujecie pomost porozumienia. Ty też przed laty zacząłeś od odbudowywania wspólnoty społeczności wiejskiej w Kurówku. Najpierw rozkochałeś w sobie lokalną społeczność, byli dumni, że mają w swojej wsi artystę, a potem wyszedłeś do nich z trudniejszym przekazem swojej tożsamości osoby LGBT.

Cała moja sztuka jest utkana z relacji. One są podstawą. W przypadku Kurówka to było odbudowywanie wspólnoty, która przestała istnieć pod wpływem różnych cywilizacyjnych zmian, które są nieubłagane i nie da się ich zatrzymać. To się wiązało najpierw z przemianami ustrojowymi w 1989 roku, a potem zmianami związanymi z wejściem Polski do UE. Część rolników przeszła transformację i została właścicielami wielkich przedsiębiorstw rolniczych, część została wykluczona. Wieś nie jest monolitem, jest totalnie różnorodna. I nie jest czarno-biała. Są na wsi ludzie, którzy są rzeczywiście niezwykle konserwatywni, są też liberalni, postępowi o lewicowych poglądach. Są osoby prawicowe, które wspierają osoby LGBT. Kombinacji jest nieskończenie wiele. I to pokazujemy w filmie. W moim rodzinnym Kurówku nie skupiamy się z sąsiadami na tym, co nas różni, tylko na tym, co nas łączy. To daje bliskość.

Przeszedłeś w swoim życiu długą drogę od katolicyzmu do bezreligijnego chrześcijaństwa. Ludzie na wsi są żarliwie religijni, a ty postanowiłeś iść inną drogą. Drogą czynienia dobra, tak jak to robił Chrystus. Religijność wsi i twoje postrzeganie chrześcijaństwa nie powinny się wykluczać.

To jest bardzo mylne wrażenie, które buduje sobie miasto na temat wsi, że wieś jest głęboko wierząca. To mit. Wieś nie jest głęboko wierząca, tylko głęboko rytualna. Na wsi po prostu odtwarza się rytuały chrztu, bierzmowania, ślubów, pogrzebów, mszy świętej. Ale nie ma tam głębokiej duchowości. Wiara jest niesłychanie powierzchowna. Niczym niezgłębiona, nieteologiczna. Ja z wiarą zetknąłem się dopiero w grupie wierzących osób homoseksualnych "Wiara i tęcza". Poczułem wtedy, że naprawdę wierzę. Zrozumiałem, że jako osoba LGBT mogę być osobą wierzącą, że jedno drugiego nie wyklucza. W Krakowie, gdzie studiowałem, środowisko artystyczne krakowskie było bardzo lewicowe i hermetyczne, wręcz antyklerykalne. Dlatego wypierałem swą wiarę, ukrywałem, że jestem katolikiem. Przestałem chodzić do kościoła. O wierze nie rozmawiałem z kolegami ze studiów. Kilka lat później trafiłem na prace ewangelickiego teologa i duchownego Dietricha Bonhoeffera, który był przeciwnikiem Hitlera i działaczem antynazistowskim. Zrozumiałem, że już nie mieszczę się w teologii katolickiej. Że nigdy nie będę w tej wspólnocie mile widziany. Ale katolikiem czuję się nadal. I nigdy nie chciałem rozstać się z chrześcijaństwem. Ale w wersji niereligijnej. Kościół stracił jakikolwiek mandat zaufania. Całkowicie się skompromitował. Homofobią, nacjonalizmem, pedofilią i antysemityzmem. Nie jest dla wielu ludzi żadnym autorytetem. Co nie oznacza, że nie przestałem być chrześcijaninem, który wierzy jak Bonhoeffer w chrześcijaństwo wspólnoty, a nie podziałów i wykluczenia.

W Krakowie czułeś się wyobcowany?

Tak, ale nie z powodu orientacji seksualnej. Kraków w tamtych latach był otwarty i bardzo gay friendly, nawet bardziej niż Warszawa. Chodziło raczej o to, że w Krakowie byłem bez rodziny. Na wsi u nas żyło się bardzo rodzinnie i blisko siebie. I to nie chodziło tylko o najbliższych. W Kurówku żyje się blisko sąsiadów, dalszej rodziny. Istnieje coś takiego jak samopomoc chłopska, każdy chce każdemu wyjść naprzeciw. Jest jakaś pierwotna prawda, wymiana energii między ludźmi. W Krakowie tego nie miałem, w Warszawie tym bardziej nie. Kontakty z ludźmi są naskórkowe, niesłychanie powierzchowne i ulotne. Po 5–6 latach mieszkania w Krakowie zacząłem wracać coraz częściej do Kurówka. A po 10 latach wróciłem na stałe. Bo tu chciałem tworzyć i być wśród rodziny.

Gdzie czujesz się naprawdę szczęśliwy?

Na wsi. W Kurówku, w Sierpcu, Gorzewie. Tam się czuję po pierwsze – najbezpieczniej, po drugie – najszczęśliwiej. Oczywiście to jest takie ambiwalentne uczucie, bo jednocześnie, i to jest pokazane w filmie, jestem totalnie samotny. Przez to, że jestem w dwóch światach: świecie wiejskim, a drugą nogą w świecie wielkomiejskim, a przez to w żadnym z nich do końca. Bo dla ludzi z Warszawy jestem zbyt małomiasteczkowy, a dla ludzi z Sierpca, Kurówka czy Gorzewa jestem czasami zbyt miastowy, czyli zbyt otwarty, zbyt liberalny. W Sierpcu mam tylko jednego bliskiego kolegę Wojtka Witkowskiego, który jest strażakiem w Państwowej Straży Pożarnej. Jest też malarzem, więc może ta bliskość wynika ze wspólnoty zainteresowania sztuką. Ostatnio ludzie ze wsi trochę się do mnie zbliżyli, próbują mi okazać, że nie jestem tam sam. Zapraszają mnie na ogniska, na które kiedyś nie byłem zapraszany, dostaję zaproszenia na jakieś imprezy okolicznościowe. Ale ciągle jestem tam bardzo samotny.

Kurówek też się tobą chwali.

Ludzie są dumni, że na ich wsi mieszka artysta, który ma wystawy w Warszawie, za granicą. Na pewno są dumni. Czytali o mnie artykuł w "Poradniku rolniczym", który napisał o mojej twórczości. Widzieli w "Dzień dobry TVN" felieton o mnie. Już się przyzwyczaili do widoku we wsi kamer telewizyjnych. Ale też tego specjalnie nie lubią, bo to zakłóca im spokój. Chwalą się mną i to jest bardzo miłe. Matka mi ostatnio powtórzyła, że szef straży pożarnej przeszedł się po chałupach i zapytał o nastroje po filmie. I okazało się, że "wszyscy się cieszą, ale też martwią, że nie będę miał dzieci". (uśmiech)

Cały wywiad przeczytasz w nowym, grudniowym wydaniu magazynu PANI.

PANI teaser

Więcej na twojstyl.pl

Zobacz również