Apetytem na przygodę może obdzielić kilka osób. Nuda? Nie ma jej w słowniku Ewy Wachowicz. Nawet gdy chodzi o… dziesiąty wywiad. Wystarczy na to samo popatrzeć pogodnie. Nagrała 540. odcinek programu kulinarnego, a chwilę wcześniej weszła na Mount Sidley i jest pierwszą Polką, która zdobyła koronę wulkanów Ziemi. Odpoczynek? Ma w planie tydzień na plażowanie. Może się uda. Chyba że znowu coś wymyśli.
W1992 roku została Miss Polonią. Zanim przyszła moda na chłopskie pochodzenie, opowiadała, że pochodzi ze wsi Klęczany. W 1993 wygrała World Miss University, a potem została sekretarzem prasowym premiera Waldemara Pawlaka. Odeszła z rządu po 472 dniach do telewizji, wprowadzała program Roberta Makłowicza. Aż zadebiutowała sama w Ewa gotuje. W 2013 została jurorką w Top Chefie, w 2017 otworzyła w Krakowie restaurację Zalipianki i wydała ósmą książkę kulinarną Obiady. W 2011 roku wdrapała się na Mount Kenya/Point Lenana (4985 m n.p.m.) i uznała, że to ciekawe. W tym roku dołączyła ostatni „klejnot” do wulkanicznej korony Ziemi, 14 stycznia o 23.59 dnia arktycznego postawiła stopy na Mount Sidley. Flagi nie wbiła, piekielnie wiało. Na naszej sesji zdjęciowej uśmiechnięta pozowała od 10 do 17, bez marudzenia. Grała? Nie sądzę. Czy ktoś pamięta reklamę baterii z pędzącym królikiem? Ewa mogłaby go zastąpić.
Twój STYL: Fascynuje mnie twoja energia. Rozmawiamy po nagraniu Ewa gotuje, a ty jesteś uśmiechnięta, pełna sił…
Ewa Wachowicz: Lubię nowe. Interesuje mnie, kim jesteś, jak będzie nam się rozmawiać. Nie ma nic gorszego, niż dopuścić do siebie nudę, złe nastawienie. Jak pozwolisz, by weszły do twojego życia, będą tobą rządzić i zaczniesz marudzić: to mi się nie podoba, to za trudne, to za łatwe. Ja mam inaczej. Gdy wczoraj zaczęliśmy sesję, pomyślałam: ciekawy pomysł z tym czarnym tłem. Zobaczmy, co z tego wyjdzie, nigdy nie miałam takich zdjęć.
Jak długo codziennie pracujesz?
Budzę się o 5.55, bo potrzebuję godziny na swoje rytuały. Weszłam w okres przekwitania, muszę dbać o ciało, słuchać go: piję ciepłą wodę ze szczyptą soli, żeby rozruszać organizm, robię masaż twarzy, żeby nie było opuchlizny, później ćwiczenia, świadome oddychanie, makijaż i mogę ruszać. A pracuję, aż... skończę. Staram się to zmienić. Mam wsparcie, mąż, Sławek Kowalewski, przypomina, że mogę zaplanować dzień tak, by kończyć pracę o 18, a nie o 21. Ale kiedy w Warszawie nagrywam Halo tu Polsat, plan nie działa. W Krakowie moje ostatnie zadanie to wizyta w restauracji Zalipianki o 17. Jem lekki obiad, godzinę później idę ze Sławkiem na spacer. Od tego momentu to już czas prywatny. O 20 wyłączam telefon, nawet Ola, córka, wie, że nie odbiorę.
Higieniczny tryb życia to zdobycz ostatnich lat?
Bezcenna zdobycz. Jestem z pokolenia, dla którego praca kończy się, gdy wykonasz zadanie. Ale młodzi ludzie, których zatrudniam w swoich firmach, są inni. Mają pracować do 17. No i tak robią, a później wyłączają telefon. To zdrowsze. Byłam zdziwiona, że tak można. Teraz wypracowuję nowy tryb, staram się pilnować, żeby nie doprowadzić do wyczerpania organizmu.
Uroda ułatwia karierę?
Nie okłamujmy się, że jest inaczej. Protestuję przeciwko uprzedmiotawianiu kobiet, sama go doświadczyłam. Musiałam powalczyć, udowodnić, że mam coś do zaoferowania poza ładną buzią: jestem pomysłowa, pracowita, inteligentna. Ale uroda, pozytywne nastawienie przydają się w różnych sytuacjach. Nawet ostatnio, gdy wracałam z Antarktydy, miałyśmy z przyjaciółką mało czasu na przesiadkę na kolejny samolot. Podeszłam do nieznajomych w kolejce, poprosiłam i przepuścili nas. Nic o mnie nie wiedząc, bo w Polsce mam papiery na to, że jestem ładna.
Gdy zostałaś miss, posypały się kontrakty reklamowe?
Dopiero kiedy skończyłam pięćdziesiątkę, zwróciła się do mnie firma Oceanic, żebym reklamowała kosmetyki AA przeznaczone dla dojrzałych kobiet. Robię to do dziś. Traktuję kontrakt jako nagrodę za to, że jestem w życiu konsekwentna. Dbam o siebie od dziecka. Mama nauczyła, że trzeba. Nie ma kosmetyków? Można przemyć twarz mlekiem. Na szczęście dziś są kremy.
Pokazujesz się bez makijażu?
To dla mnie żaden problem. Lubię zmarszczki, nawet jestem z nich dumna. Opowiadają moją historię, np. zdradzają, że często się uśmiecham. Nie zgadzam się na wygładzanie twarzy w Photoshopie. I martwią mnie młode dziewczyny, które nadmiernie poprawiają sobie urodę. Co będzie po pięćdziesiątce?
Sprawiasz wrażenie osoby bez kompleksów.
Akceptuję to, jaka jestem. No, może gdyby głęboko pokopać, coś by się znalazło.
Co przyniosła dojrzałość?
Czas nauczył mnie swobody. Zrozumiałam, że nic już nie muszę, ale dużo mogę i chcę. Lepiej panuję nad życiem i staram się wybierać to, co dla mnie dobre. Żeby do tego dojść, musiałam się parę razy sparzyć. Wzięłam złego wspólnika do spółki i zbankrutowałam, otworzyłam się przed kimś, kogo uznałam za przyjaciela, a on to wykorzystał. Na szczęście mam też przyjaciółki, niektóre od podstawówki, inne od czasów wyborów miss. A z Klaudią Cierniak-Kożuch spotkałyśmy się podczas wspinaczki i razem zdobyłyśmy koronę wulkanów Ziemi.
Dlaczego dojrzała, spełniona kobieta jedzie na drugi koniec świata, żeby wdrapywać się w ekstremalnych warunkach na szczyt wulkanu?
Bo chce i może! W liceum chodziłam po naszych górach, marząc o pięciotysięczniku. Odgrzebałam to marzenie w 2011 roku. Przyjaciele powiedzieli, że szykują kilkutygodniową wyprawę na Mount Kenyę. To cudownie położona góra. Powiedziałam: nie dam rady na tak długo, dziecko mam za małe, ale przylecę na wspinaczkę. Tak zrobiłam. Później było Kilimandżaro, już z Klaudią, która uznała, że naszemu wspinaniu trzeba nadać nadrzędny cel. I powstał plan, by wspiąć się na najwyższe wulkany na siedmiu kontynentach. W tym roku został zrealizowany, zaliczyłyśmy ostatni wulkan w koronie – Mount Sidley.
Co córka i mąż sądzili o twoich wyprawach w góry?
Nie byli zachwyceni. Sławek przed Antarktydą strzelił focha. A Ola bardzo się bała, gdy już tam byłam, bo na jakiś czas straciliśmy łączność.
Jaki jest mężczyzna, którego kocha Ewa Wachowicz?
To samiec alfa, bardzo męski. Co we współczesnym świecie nie jest oczywiste. Ale mój facet nie mógłby mieć słabego charakteru, bo jak mówi Sławek: „Ewa jest prezeską”
Królowe lubią rządzić.
Pewnie tak, ale w związku dyktatura nie działa. Lepiej sprawdza się partnerstwo.
Co rozumiesz przez męskość? Chodzi o to, żeby facet umiał rozpalić ognisko bez użycia zapałek?
Też! Ale przede wszystkim powinien dawać mi poczucie bezpieczeństwa. Nie chodzi o pieniądze. Muszę wiedzieć, że mogę być przy nim słaba. Ze mnie jest twarda zawodniczka, przy Sławku trochę sobie odpuszczam.
Pobraliście się niecałe dwa lata temu.
Jesteśmy ze sobą 12. Ważny był dla nas ślub kościelny, czekaliśmy, aż będziemy mogli go wziąć.
Było warto?
Tak. Sławek to mężczyzna mojego życia.
Rozwiodłaś się z pierwszym mężem, dziennikarzem Przemysławem Osuchowskim.
Przemek jest o dekadę starszy, miałam 23 lata, gdy się poznaliśmy, mało o życiu wiedziałam, do takiego dojrzałego związku nie byłam gotowa.
Miałaś poczucie porażki?
Na początku. Z perspektywy widzę to inaczej. Z tego małżeństwa mamy Olę, najukochańszą córkę.
Starałaś się, żeby rozwód jej nie dotknął?
To było najważniejsze. Miała siedem lat, chciałam dać jej poczucie, że tata i mama kochają ją tak samo mocno, jak gdy byli razem. Kiedy dorośli się rozstają, to ze sobą. Nie powinni rozstawać się z dziećmi. Ola ostatnio powiedziała: „Mamuś, jestem dorosła i rozumiem twoją decyzję”. Wiem, że cień naszego rozstania ciągle w niej jest. Tata Oli mieszka w Kanadzie, w ubiegłym roku przyjechał do Polski, spotkali się u mnie w restauracji. Podeszłam, spytałam, co słychać. Ola, gdy zobaczyła, że siedzimy we dwoje, pobiegła do cukierni obok kupić kremówki. Pamiętała, że jedliśmy je razem.
Córka ma 24 lata, co najcenniejszego jej dałaś?
Poczucie własnej wartości. Wie, że jest kochana, wierzę, że wszystko może. Studiuje budownictwo na politechnice. Jest bardzo pracowita i boję się, żeby to nie przeszło w pracoholizm.
Cały wywiad do przeczytania w najnowszym numerze magazynu "Twój STYL".