Co za wrażliwość! Monika Stukonis rozmawia z Hanią Rani
Fot. Alfheidur Erle/materiały prasowe

Co za wrażliwość! Monika Stukonis rozmawia z Hanią Rani

Hanna Raniszewska. 30 lat. Pochodzi z Gdańska. Pianistka, kompozytorka, wokalistka. Jej muzyka to 100 procent wrażliwości, piękna i czułości.  Właśnie dostała trzy Fryderyki. Jesteśmy pod jej silnym urokiem!  

Ile godzin dziennie grałaś jako dziecko? 

Zaczęło się od godziny dziennie, potem tych godzin przybywało. Kiedy studiowałam na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina w Warszawie, a potem w Berlinie, potrafiłam spędzać w ćwiczeniówce po 8–10 godzin dziennie, wychodząc tylko na kawę do automatu ustawionego na korytarzu szkoły. Wszyscy żyliśmy w takim rytmie i zatraceniu. Gdyby ktoś mnie zapytał, czy żałuję tych wszystkich chwil, które mi uleciały, gdy byłam zajęta graniem, to z pełnym przekonaniem odpowiem, że nie żałuję ani jednej godziny spędzonej przy fortepianie. Nie żałuję też żadnej godziny spędzonej sama ze sobą. Umiejętność bycia samemu jest bardzo potrzebna w najtrudniejszych momentach naszego życia – w ciężkiej chorobie czy utracie kogoś bliskiego.  W wielu momentach jesteśmy i będziemy sami i nie powinniśmy traktować tego jako coś negatywnego tylko coś co jest naturalnym porządkiem świata. Muzyka to zawsze jest dla mnie wielka radość. I nawet jak ćwiczy się wiele godzin to ten trud przynosi mnóstwo satysfakcji. Odkrywa się nowe lądy widziane oczami innych ludzi - kompozytorów, podobnie jak wtedy kiedy czytamy książki. Nasza wyobraźnia rozszerza się jak guma, a świat wewnętrzny przyjemnie pęcznieje od opowieści i możliwości.

Twój tata jest architektem, mama – lekarką. Skąd ta szkoła muzyczna? Czy od najmłodszych lat przejawiałaś jakiś wyjątkowy talent? Tańczyłaś, śpiewałaś? 

Choć nikt z mojej rodziny nie był zawodowym muzykiem, to dźwięki zawsze były ważne w domu moich rodziców i dziadków. Mama chodziła do muzycznej szkoły podstawowej, tata gra na wielu instrumentach, mimo że nie zna nut. W wieku siedmiu lat wydawało mi się oczywiste, że każde dziecko idzie do podstawówki muzycznej i na czymś gra. (śmiech) A że mnóstwo śpiewałam, mama zapisała mnie do szkoły pierwszego stopnia. Rodzice myśleli, że skończę edukację muzyczną na podstawówce, żeby móc sobie w domu coś zagrać na pianinie. Ale ku ich zdziwieniu zakochałam się w muzyce i tak zostało. Szczerze mówiąc, chyba liczyli, że zostawię moją pasję i wybiorę porządny zawód – miałam dobre wzorce w domu. (śmiech) Ale ja chciałam nadal grać. I jestem wdzięczna rodzicom, że nigdy mi w tym nie przeszkadzali i bardzo mnie wspierali. Rodzice nauczyli mnie też zdrowego stosunku do egzaminów i rywalizacji. Kiedy przychodziłam ze łzami w oczach z niższą oceną, umieli mi wytłumaczyć, że tak naprawdę to nie ma większego znaczenia, że gdzie indziej leży wartość życia i sztuki. Mam wrażenie, że dzięki temu mam kręgosłup z nieco twardszego materiału. 

Po ukończeniu warszawskiego Uniwersytetu Muzycznego decydujesz się na kontynuację studiów w Berlinie. Czego nauczyła cię niemiecka szkoła? 

O tej szkole marzyłam od wielu lat. Uczelnia cieszy się wielkim prestiżem i bardzo wysokim poziomem nauczania, a studenci to ludzie z całego świata, podobnie jak mieszkańcy Berlina. Wykładowcami są często wybitni artyści, co i mnie przyciągnęło do tej uczelni. Co ciekawe, na moim wydziale nie studiował żaden niemiecki pianista. Większość studentów pochodziła z Azji, Rosji… Wielki tygiel kulturowy. Ta berlińska uczelnia otworzyła mi horyzonty – nie tylko dzięki zajęciom, których nie miałam w Warszawie, np. z podstaw akustyki i kontrapunktu, ale przede wszystkim dlatego, że miałam możliwość obcowania z ludźmi o zupełnie innym spojrzeniu na muzykę i świat. 

Jedną z takich osób była Islandka. To jej zawdzięczasz poznanie wielu islandzkich muzyków, wyjazd do Reykjawiku? 

Tak, to była jedna z pierwszych osób, które poznałam w Berlinie, i na początku nawet nie byłam w stanie wymówić jej imienia. Dzięki Alfheidur poznałam fantastyczne grono islandzkich muzyków, między innymi Bergura Porissona, który na co dzień pracuje z Björk i z którym, pracowałam nad pierwszą płytą. Mówiąc szczerze, od zawsze byłam zakochana w Islandii, jej muzyce i kulturze, wodziłam palcem po mapie i zastanawiałam się, jak by się tam kiedyś wybrać. I nagle ta Islandia dzięki Alfheidur i naszej przyjaźni była na wyciągnięcie ręki. Bardzo dużo się tam nauczyłam - nie tylko o tworzeniu muzyki, ale też o współpracy, poszukiwaniu nowych rozwiązań, szacunku dla natury i dostrzeganiu piękna w małych rzeczach. Islandczycy np. fascynują się kwiatami i doskonale znają rośliny, które odradzają się na wiosnę. W tak trudnych warunkach klimatycznych, każdy nowy organizm żywy to cud natury. 

Hania Rani by Monika Orpik1 kopia
Monika Orpik/materiały prasowe

To na zaproszenie Bergura pojechałaś na Islandię nagrywać pierwszą płytę?

Tak. Wiesz, co jest zabawne? Bergur jest młodszy ode mnie, to prawdziwy geniusz. W wieku 16 lat skonstruował mikrofon, na który nagrywa dziś Björk czy Sigur Rós. Teraz, w wieku 26 lat, ma własne studio, zespół i mnóstwo sukcesów na koncie. Producent muzyczny kojarzy się z jakimś panem po pięćdziesiątce, a Bergur jest bardziej kolegą w podobnym wieku. Niezwykle utalentowanym człowiekiem, otwartym na współpracę z innymi artystami. W zeszłym roku spotkałam się muzycznie z multiinstrumentalistą Ólafurem Arnaldsem i on także dał mi ogromne wsparcie. W lutym zdążyłam jeszcze spełnić swoje marzenie i zagrać na Islandii materiał z debiutanckiej płyty, której tytuł „Esja” pochodzi od pasma górskiego nieopodal Reykjaviku. To był dla mnie bardzo ważny moment, podsumowanie pewnego etapu. A potem świat się zatrzymał. 

Powiedziałaś w jednym z wywiadów: „Moje muzyczne playlisty oscylowały w okolicach Chopina, Szostakowicza, Pink Floydów czy Radiohead”. Jak duży wpływ na to, czego słuchasz, mieli rodzice? 

Rzeczywiście w domu słuchało się sporo Pink Floydów, Beatlesów, Roda Stewarta, Cata Stevensa, ale też Marka Grechuty. Myślę, że gdzieś wpływ tamtych artystów czuć w mojej muzyce i zawdzięczam im dużą część mojej muzycznej edukacji. Pamiętam, jak zaczęłam pisać pierwsze swoje piosenki, to słuchałam Beatlesów i uczyłam się konstruować formę utworów na podstawie ich piosenek.  Sądzę, że Beatlesi mieli wielki wpływ na kształt współczesnej muzyki rozrywkowej, do dzisiaj wiele utworów opiera się na wzorcach zaproponowanych przez ten zespół wiele lat temu. 

Rodzice zarazili mnie miłością do muzyki, ale dzielili się też ze mną swoimi pasjami, czyli medycyną i architekturą.  Z tatą można było pojechać na budowę. W bagażniku woził beton, cegły, kask ochronny. Z kolei mamę odwiedzało się w szpitalu, szczególnie w czasie dyżurów np. w wieczór wigilijny czy w Sylwestra, kiedy nie mogliśmy spędzić tego czasu wspólnie w domu.

Mama bardzo mi imponuje. Tym jak bardzo jest zaangażowana w to, co robi, jak wiele czasu poświęca na pracę naukową, z jaką empatią i szacunkiem podchodzi do pacjentów i współpracowników. Czasami mocno przeżywałam te rozłąki, że muszę się mamą dzielić z innymi, że nie jest dla mnie na wyłączność. Ale z czasem zrozumiałam, że ona może komuś w tym momencie uratować komuś życie. Dziś patrzę na swój dom i rodziców z ogromną czułością, nauczyli mnie zasad, które będą we mnie zawsze. 

Czyli miałaś po prostu przeszczęśliwe dzieciństwo?

(śmiech) Na to wygląda. Napisz to, proszę, moi rodzice będą na pewno zachwyceni. 

Wspomniałaś, że masz mnóstwo szczęścia do zawierania nowych muzycznych znajomości, do ludzi, którzy popychają twoją muzyczną wyobraźnię w nieznane kierunki. Na przykład z wiolonczelistką Dobrawą Czocher wspólnie nagrałyście płytę „Biała flaga” jako hołd dla Grzegorza Ciechowskiego. 

To był zupełny przypadek. Z Dobrawą poznałyśmy się jeszcze w szkole muzycznej w Gdańsku i to ona zaprosiła mnie do tego projektu, ponieważ pochodzi z Tczewa, czyli miejsca urodzenia Grzegorza Ciechowskiego. Co roku odbywa się tam poświęcony mu festiwal In Memoriam. To był pierwszy raz, gdy miałyśmy wyjść z własnymi kompozycjami do szerszej publiczności. Piękne wspomnienia, które zaowocowały nagraniem płyty. Pamiętam, jak denerwowałam się przed tym koncertem. Z samego występu zapamiętałam za to niewiele, bo tak wiało, że zrywało nam nuty i trzeba było improwizować, przyczepiając je do pulpitów klamerkami do prania. Dziś myślę, że nie byłabym w tym miejscu, w którym jestem teraz, bez tamtego projektu. 

Które z kolejnych twoich projektów wspominasz z taką samą czułością? 

Sporo jest takich historii. Ważne spotkanie było z Misią Furtak. Niesamowitą przygodą okazała się też praca z Christianem Löfflerem czy z producentem Hiorem Chronikiem, który mieszka w Berlinie. Jest moim przyjacielem. Bardzo ważny był projekt Tęskno. Ale też na pewno punktem zwrotnym był mój powrót do zainteresowania z dzieciństwa – architektury. Czyli wyjazd w Bieszczady, gdzie zostałam zaproszona przez architekta Łukasza Pałczyńskiego, abyśmy razem z Dobrawą zagrały na wernisażu jego instalacji przestrzennej w starej cerkwi w Baligrodzie. Poznałam wtedy nowe grono ludzi i inne spojrzenie na świat. 

Hania Rani by Monika Orpik22 (1) kopia
Monika Orpik/materiały prasowe

Twoja pierwsza płyta – „Esja” – była tak wielkim sukcesem, że dostałaś propozycję zagrania ogromnej trasy koncertowej na całym świecie. Czy udało ci się zagrać w Japonii, o której marzyłaś? 

Japonia rzeczywiście była niesamowitą przygodą. Chce się w niej być i do niej wracać. Ja byłam przede wszystkim zszokowana, jak ciepło zostałam tam przyjęta. Jak oni potrafią docenić drugiego człowieka. Odzwierciedleniem tego jest ich wnikliwy sposób słuchania muzyki, chęć poznawania rzeczy nowych lub pozornie niełatwych, mnogość muzyków-amatorów, którzy ćwiczą się w grze na instrumencie hobbystycznie. Często muzyka rozbrzmiewa w niewielkich  barach, gdzie właściciele puszczają wieczorami muzykę z winyli. W porównaniu z wielkimi europejskimi salami koncertowymi czy klubami, w Japonii jest bardzo skrócony dystans między muzykiem i słuchaczem. I w czasie i po koncercie można nawiązać prawdziwą relację. Występowałam w sali dla 1200 osób podczas festiwalu poświęconego grze na fortepianie, a  organizatorzy dbali o mnie na każdym kroku. Zaraz po koncercie chcą cię bliżej poznać, zapraszają na kolację, pytają o wszystko. W Europie po koncercie wszyscy szybko rozchodzą się po swoich hotelach, świat muzyczny jest dość chłodny i zdystansowany. Ciekawe, bo jadąc do Japonii myślałam o Japończykach, że są bez kontaktu, zamknięci w swoich skorupkach. A spotkałam ludzi wręcz łaknących kontaktu z innymi kulturami.

Twoja najnowsza płyta, wydana w lipcu,  to historia o szczęściu i tęsknocie. Powrót do domu, do dzieciństwa, korzeni. Płytę w dużej mierze przygotowywałaś w Gdańsku, swoim rodzinnym mieście. Przypadek?

„Home” to płyta podróż. Chciałam przyjrzeć się symbolice domu, jako miejscu schronienia, jednak z perspektywy kogoś, kto tego domu szuka, tak w sobie, jak i na zewnątrz. Bohater opuszcza swój dom i wyrusza w wędrówkę, podobnie jak bohaterzy literaccy opisani przez Homera czy Tolkiena. Po długiej podróży wraca do opuszczonego domu, lecz ten różni się od miejsca, które zostawił w pamięci. Jestem zafascynowana siłą ludzkiej wyobraźni i jej mocy kreowania nowych rzeczy. Zbudowanie prawdziwych fundamentów domu zaczyna się bowiem od szkicu, czy to na kartce czy też tylko w głowie. Odnalezienie bezpiecznego miejsca to nie zawsze ukrycie się za realnym murem, czasami to odkrycie tego schronienia po prostu w sobie, a to za to daje poczucie prawdziwej wolności.

Co będzie po pandemii? Masz już jakieś pierwsze przemyślenia? Zmienisz coś w sobie, wokół siebie?

Chciałabym spontanicznie odpowiedzieć, że przestanę podróżować i zamknę się w małej chatce ze stadem kóz, piekąc chleb i robiąc na drutach. Ale pewnie tak nie będzie, bo ta podróżnicza część mojego życia jest mi bardzo bliska, mogę jednak kontynuować tą podróż w sposób bardziej zrównoważony, nie szkodząc środowisku. Mogę z czegoś zrezygnować.

Wierzę, że każde trudne przeżycie coś w nas porusza. Zazwyczaj jest tak, że człowiek, który przeżył jakąś traumę zyskuję też dodatkową mądrość. Może spojrzymy na siebie z większą uważnością i empatią. Dziś okazuje się, że najważniejsi ludzie to lekarze pielęgniarki, kurierzy, pani w sklepie...Nie celebryci, nie politycy. Tęsknimy raczej za wyjściem do lasu, niż do hipermarketu.

Marzymy o wolności i bezpieczeństwie, nie o wzbogacaniu się. Może przestaniemy żyć w takim pędzie jak dotychczas? Może to wszystko jest po coś? A może zupełnie nie.

Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również