Wywiad

Katarzyna Bosacka nauczy nas jeść dobrze, zdrowo i pogodnie. Oto, co sprawdza się w jej domu!

Katarzyna Bosacka nauczy nas jeść dobrze, zdrowo i pogodnie. Oto, co sprawdza się w jej domu!
Fot. AKPA

Katarzyna Bosacka uważa, że większość przyjemności życia doświadczamy przy stole. Ma misję, żebyśmy jedli dobrze, zdrowo i pogodnie. Kuchnia propagowana przez autorkę wydanej niedawno książki "Cuda w kuchni" to radosny rodzinny rytuał. Także dzięki niej w czasie epidemii powstał trend – jemy sezonowo i praktycznie, bo wykorzystujemy każdy produkt. „Z garści ziemniaków pozostałych po obiedzie można stworzyć wykwintne gnocchi szpinakowe” – przekonuje. Warto spróbować. Dla zasady i dla zabawy.

Uważa, że w domu najważniejsze są łóżko i stół. Wierzy, że gotowanie to teatr pełen magii. Z mężem Marcinem Bosackim, dziennikarzem i dyplomatą – dziś senatorem – mieszkała w Stanach i w Kanadzie, gdzie polską kuchnią uwodziła ambasadorów, ministrów i polityków. Teraz w autorskim programie telewizyjnym Wiem, co jem uświadamia Polakom, że mogą jeść lepiej, że warto czytać etykiety ze składem produktów, odchudzić domowe menu i dodać do niego warzyw. Przez ostatni rok wymyślała nowe potrawy, którymi karmiła rodzinę. Przepisy ukazały się w książce Cuda w kuchni. Tych cudów jest… 120! Nam mówi: „W pandemii nauczyliśmy się oszczędzać i nie grymasić przy stole. Dziś na obiad jest to, co jest dziś na obiad”.

W połowie XVIII wieku filozof Ludwig Feuerbach napisał: „Człowiek jest tym, co zje”. Zapytam przewrotnie: „czym” pani jest?

Katarzyna Bosacka: Jako ktoś zawodowo zajmujący się jedzeniem składam się ze wszystkiego z wyjątkiem produktów przetworzonych. Nie istnieją w moim jadłospisie. Lubię warzywa sezonowe. W najbliższym czasie moje dania będą się składać niemal wyłącznie ze szparagów przyrządzanych na wiele sposobów. Może nie wyglądam jak szparag, ale pachnę szparagami, które królują w moim domu w różnych odmianach i kolorach. Kocham je i jadam w ilościach nieograniczonych. Mam męża poznaniaka, a Wielkopolska jest zagłębiem szparagowym zaopatrującym całą Polskę.

Mąż i czwórka dzieci podzielają pani warzywny entuzjazm?

Mamy w rodzinie różne frakcje. Wegetariańską – to nasze dwie córki, które jedzą tylko trochę produktów odzwierzęcych, przy czym Maria nie je ryb, a Zosia tak. Jest frakcja mięsożerców – to nasi synowie. Janek ma 23 lata, jada wszystko, ale mówi, że „obiad bez mięsa to nie jest obiad”. Jego siedmioletni brat Franek myśli podobnie. My z mężem plasujemy się pomiędzy. Nie jestem mięsolubna, ale uważam, że dieta fleksitariańska, czyli oparta na dużej ilości warzyw, owoców, kasz, produktów pełnoziarnistych i raz na jakiś czas dobrej jakości steku lub tatarze, jest najbardziej zbilansowana.

Wegetarianizm staje się w Polsce popularnym trendem nie tylko wśród młodych.

Cieszę się z tego. To korzystne dla nas i dla planety. Mamy już wegetariańskie kabanosy, parówki, hamburgery, tylko trzeba wiedzieć, jak te produkty wybierać.

Ostatnio wzięłam na warsztat parówki wegańskie znanej firmy. Byłam przerażona. Mają 20 składników, a większość z nich to zagęstniki i wypełniacze: błonnik grochowy, pszenny, fosforany i glutaminian sodu. Żadnych wartości odżywczych!

Propagujemy pozytywny trend wegański czy wegetariański, ale jemy byle co kiepskiej jakości. Nie godzę się na to!

Teraz rozumiem, dlaczego koledzy nazywają panią „matką Teresą polskiego spożywczaka”. Pani ma misję!

Mam misję, żeby zmieniać świadomość i otwierać ludziom oczy na to, co mają na talerzu. W 2008 roku zaczęłam pisać pierwszy poradnik Wiem, co jem. Od tamtego czasu zrobiliśmy postępy, odżywiamy się lepiej. Teraz pora czytać etykiety. Dziś skład produktów można przeanalizować w domu na ekranie komputera, i to… zanim pójdziemy na zakupy. Można też ściągnąć na telefon aplikację zakupową. To powinien być nawyk, który dzieci wynoszą z domu. Statystyki nie pozostawiają złudzeń: dzieci rodziców palących papierosy palą, nadużywających alkoholu piją. Z jedzeniem jest tak samo. Jeśli rodzice piją słodkie napoje gazowane, jedzą byle co, byle jak i byle gdzie, dziecko ma niewielkie szanse, żeby stać się świadomym konsumentem i zdrowo się odżywiać. Ze zdumieniem stwierdziłam, że wiele osób nie ma… stołu! Robert Makłowicz świetnie to ujął: „W domu najważniejsze są łóżko i stół. W łóżku człowiek w bólach się rodzi, potem przeżywa trochę miłych chwil i w łóżku umiera. Pozostałe przyjemne rzeczy dzieją się przy stole”. Ja się z nim zgadzam.

Jedzenie jest elementem kultury, nie tylko biologiczną czynnością. Trzy lata spędziła pani z rodziną w Stanach, kolejne trzy w Kanadzie. Czego się pani tam nauczyła?

Oba wyjazdy uświadomiły mi, jak dużo przetworzonego jedzenia znajduje się w supermarketach. W Stanach na Halloween pojawiają się pomarańczowe i czarne ciastka, a na gwiazdkę zielono-czerwono-białe. Zrobione z najtańszych, sztucznych i obrzydliwych barwników. Amerykańskie dzieci je uwielbiają, Europejczycy nie są w stanie tego zjeść, bo to nawet nie wygląda jak jedzenie, tylko jak dziecięce wyroby z plasteliny. Chleb tostowy jest zrobiony z najgorszych składników, jajka kupuje się w proszku, a bazylię w tubce. Połowę lodówek wypełnia gotowe mrożone jedzenie, ponieważ 60 procent społeczeństwa w ogóle nie gotuje. Carrie Bradshaw, bohaterka Seksu w wielkim mieście, w mieszkaniu na Manhattanie w piekarniku trzyma… szpilki Manolo Blahnika. Pamiętam reklamę banku: piękna kobieta stoi na tle nowoczesnej kuchni. Drzwi szafek są otwarte, szuflady wysunięte, a w środku… bluzeczki, skarpetki, biustonosze i buty. Ona uśmiecha się i wyznaje: „Nie gotuję, więc zmieniłam moją kuchnię w garderobę”. Dla mnie to był szok. Sprawił mi przykrość.

Dlaczego?

Bo w gotowaniu, w jedzeniu jest wszystko: miłość, przyjaźń, troska, ciepło, czułość, zainteresowanie, a nawet seks. Jedzenie potrafi być seksowne, potrafi być wstępem do pięknej historii. Japońscy psycholodzy odkryli związek pomiędzy niejedzeniem śniadań w domu przez nastolatków, a wcześniejszą inicjacją seksualną. Ktoś mógłby powiedzieć: „Zaraz, gdzie Rzym, gdzie Krym?”. Chodzi o to, że jeśli w domu nie ma ciepła, nie ma uczucia, nie ma śniadanka, które przygotuje mama albo tata, nie ma kluseczek leniwych czy placuszków babci Irenki, to dziecko szuka miłości poza domem. Pandemia wszystko nam przedefiniowała. Zostaliśmy zamknięci w domach, martwiliśmy się o siebie i najbliższych. Mój siedmioletni Franek bardzo to przeżywał, pytał: „Mamusiu, czy ja umrę? Tatusiu, czy wy umrzecie?”. A my mu odpowiadaliśmy: „Kochanie, zjedz szarlotkę według przepisu babci Marysi. Jest pyszna, a poza tym, jakby co, nie umrzesz głodny”. Zaczynał się śmiać, zapominał o strachu, a stres się ulatniał.

Dalszy ciąg wywiadu w lipcowym wydaniu magazynu Twój Styl.

Więcej na twojstyl.pl

Zobacz również