"Los dawkuje mi doznania różnej temperatury". Przypominamy głośny wywiad z Kamilem Durczokiem.
Fot. Akpa

"Los dawkuje mi doznania różnej temperatury". Przypominamy głośny wywiad z Kamilem Durczokiem.

Przypominamy wywiad Małgorzaty Domagalik z przeprowadzony z Kamilem Durczokiem w 2006 roku w ramach cyklu "Mistrz i Małgorzata" w magazynie PANI.

Małgorzata Domagalik: Mały Kamil Durczok, Pana syn, właśnie kończy dziesięć szczęśliwych lat?

Kamil Durczok: Daję mojemu dziecku, pewnie jako rekompensatę ciągłej nieobecności, aż za dużo tej miłości. Wyrzucam sobie, że nie potrafię być wobec niego odpowiednio twardy, zwłaszcza gdy powinienem. Ale za to rośnie chłopak o bardzo dobrym sercu. Jeżeli się czegoś boję w przyszłości, to tego, że jego serce będzie za duże, za ufne, zbyt otwarte na wszystkich.

Zwłaszcza że zabraknie ojcowskiego klosza.

Są sytuacje, przed którymi nigdy go nie ustrzegę, może też nie będę chciał, bo wiem, że pstryk w nos od życia, to też jakaś lekcja.

Nawet dla ukochanego syna?

Wolę, żeby był słaby szlachetną naiwnością, niż miał problemy ze sobą, bo był za mało kochany.

Ale nie budzi już Pana o 6 rano z okrzykiem na ustach: "Tato, wstawaj. Jesteśmy strażakami i jedziemy na akcję!"?

Nie. Teraz to często ja wstaję przed nim i zatrzymuję się przy jego sypialni, patrząc, jak śpi. Zrobił się trochę śpioch, a obowiązki szkolne wyzwalają w nim pewien rodzaj buntu.

Zawsze wzruszał mnie widok mężczyzny, który nie ukrywa miłości do swego dziecka.

10 lat minęło błyskawicznie... Za chwilę będzie na studiach. Wkroczy w dorosłe życie. Czas nabiera zupełnie innego wymiaru i tempa przy dziecku. Pewnie wszyscy rodzice to zauważają, ale też na tym polega cud życia. Każdy odkrywa coś dawno odkrytego, ale robi to na nowo i po swojemu. Patrzę więc na niego i tak sobie myślę, że za 10 lat będzie już ukształtowanym facetem.

 

Czego nie powinien powtórzy z Pana biografii?

Zbyt dużego zaufania do świata? Nie powiem, żebym zapłacił za to jakąś straszną cenę, ale parę razy zabolało.

Bo wydawało się, że ten potraktował Pana niesprawiedliwie?

Nie, bo wydawało się, że ludzie z gruntu są dobrzy i trzeba było dwóch albo trzech lekcji, by okazało się, że nie wszyscy myślą tymi samymi kategoriami. Tego chciałbym mu oszczędzić. Poza tym, gdyby miał tyle samo szczęścia, co ja miałem, to byłoby fajnie. To jest właśnie taka życzeniowa próba zaoszczędzenia dziecku tego, co złe.

Ale tak naprawdę, to się nie da.

Jego życie nie będzie takie samo. Wyrasta w innych czasach, będzie innym facetem.

Chociaż jak kobieta rzuca, to każdego mężczyznę boli tak samo.

Wolałbym, aby to on dochodził do wniosku, że to niewłaściwe partnerki, niż żeby one go rzucały. Ale przez to też trzeba przejść. W liceum przeholowałem i ktoś doszedł do wniosku, że nie jestem odpowiedni.

To nie była jeszcze przyszła żona?

Nie, żonę spotkałem dużo później.

Odchorował Pan tego kosza?

Strasznie, bo ja to byłem taki trochę chłopak ze wsi. Tam, gdzie wówczas mieszkałem, teraz są najdroższe grunty w Katowicach, ale wtedy była wieś. Patrzyłem tęsknie w okno i myślałem, że nawet nie mogę wyskoczyć do kina, bo taka wyprawa autobusowa trwała 45 minut w jedną stronę. Na dodatek ten w niedzielę jeździł co 1,5 godziny. Moi koledzy mieszkali w Brynowie i dojeżdżali tramwajem do centrum. To była wtedy istotna różnica, kto dojeżdża tramwajem, a kto autobusem.

Dlatego Pana nie chciała?

Proszę pani, jeżeli ma się kolegę z klasy, który nawet nie ma prawa jazdy, i kolegę rok wyżej, który podjeżdża oplem wykradanym rodzicom... A zresztą, może to była materialistka.

Pewnie teraz żałuje.

Nigdy się już nie spotkaliśmy.

Znany artysta opowiadał mi, że kiedy został porzucony przez koleżankę z klasy, to chciał się powiesić przed domem ukochanej. Przytargał pod jej okno skrzynkę, stanął na niej, a przez konar drzewa przerzucił sznur. W tym momencie uznał, że jest idiotą.

To moja rozpacz była jednak o wiele mniejsza.

Tak czy inaczej dochodzi wreszcie do ślubu i odtąd małżeńskie kłótnie zdarzają się każdej parze. Słyszałam, że i Pan z walizkami był już na dole, aby za chwilę wnosić je z powrotem na górę. Namęczył się Pan...

Po pierwsze, to było jeszcze za czasów narzeczeństwa, a po drugie, skorzystałem wtedy z dobrodziejstwa telefonu komórkowego.

I gdy już był Pan z bagażami na dole, to ona dzwoniła?

Tak, wypowiadała dokładnie dwa słowa: "Słuchaj, wracaj".

Czekał Pan na nie?

Od poprzedniego wieczoru, bo czas zawsze mijał szybciej niż mojej żonie. Ja już dwie minuty po awanturze jestem w stanie przepraszać. 

I wtedy walizki stawały się lekkie jak piórko?

W ogóle nie ważyły. Myślałem tylko, by je rzucić w cholerę, pojechać do telewizji i ją pocałować.

Rozumiem, że nie jest Pan w stanie dobrze funkcjonować w tak zwanych cichych dniach?

Na ciche dni szkoda życia. Od pewnego czasu wiemy to już oboje. Marianna ma twardszy charakter niż ja. Zdecydowanie. Jesteśmy dla siebie, tylko trzeba to sobie czasem przypominać. Nawet żona przyznaje, że na dziesięć awantur to dziewięć razy klucz w drzwiach przekręcałem ja.

Kiedy poznał Pan żonę, trzeba ją było pokazać mamie i tacie. Czyja opinia była ważniejsza?

Ani mamy, ani taty. Poza tym wiedziałem, że się im spodoba. W domu czasem pojawiały się różne sympatie, koleżanki z klasy.

Gdy spotkał Pan żonę, ona była już znana, a Pan anonimowy.

Tak, to ja zdobywałem gwiazdę.

Jak?

Musiałem walczyć z facetem, z którym Marianna wtedy była. Trochę to trwało i doprowadzało mnie do białej gorączki, zwłaszcza że mieszkałem dalej, a jej narzeczony w bloku obok. Razem wyprowadzali psy na spacery. A potem pamiętam, był jakiś przypieczętowujący wyjazd w góry.

Mam wrażenie, że jest Pan w dobrym momencie swojego życia. Fajna żona, fajne dziecko, zawodowo też fala wznosząca.

Potrafię sobie wynajdywać problemy. Nie jest tak, że mam w sobie spokój absolutny. Kłopoty sobie stopniuję, ale jak naprawdę zaczyna być niespokojnie, to one w większości znikają.

Niepotrzebny terapeuta?

To powinien ocenić psychiatra. Od jakichś szesnastu lat los mi dawkuje doznania różnej temperatury, żebym nie oszalał. Abym nie zachwycił się sam sobą, to mnie kopnie od czasu do czasu. Tego nie widać na zewnątrz, ale niech mi pani wierzy, z pewną regularnością to się zdarza. Ktoś na górze czuwa, żebym był normalnym facetem.

Kopie w jakiej sprawie?

Z różnych powodów - bycie dziennikarzem politycznym powoduje, że wielu różnym ludziom się narażam. Poza tym mężczyzna do pewnego momentu ściga się, aby osiągnąć wynik, a potem zdobyta pozycja pozwala mu samodzielnie wyznaczać cele. To daje nieprawdopodobny komfort i spokój. Chociaż jak się już wyznaczy szczyty, to potem naprawdę dużo energii się poświęca, żeby je osiągnąć.

Siła spokoju.

Cierpliwość jest pożądaną cechą.

Widz Pana lubi. To jest coś, czego nie można kupić za żadne pieniądze. 

Bo ja lubię widza. 

Nasz zawód to zaborcza kochanka.

Tak, to bardzo trudna miłość. Dlatego tak wielu z nas inne sprawy poza zawodem się nie układają. Ale ta fascynacja, pasja i siła na rozpoczęcie dnia są niesamowite.

Czy jest Pan już na takim etapie, że kiedy rozmawia się z dziennikarzami, to musi uważać na to, co mówi?

Nie, ale nawet podczas tej rozmowy pani pewnie zauważyła, że jest kilka momentów, kiedy nie patrzę pani w oczy i zastanawiam się trochę dłużej, niż by to wynikało z prostej chęci udzielenia odpowiedzi na proste pytania.

Tak?

Nie wtedy, gdy pyta pani o rzeczy, które wynikają z pewnej hierarchii, świata wartości, które wyznaję, bądź odtwarzania wydarzeń, które były. Jeśli jednak zaczęlibyśmy rozmawiać o tym, czym będą Fakty za siedem lat albo co będzie robił Kamil Durczok z żoną za 12 lat, to pewnie bym się zastanawiał nad tym, co mam odpowiedzieć.

Tak?

Tak. Chociaż jeśli chodzi o dom, to u mnie będzie to oznaczało pewnie większą liczbę godzin w nim spędzonych.

Pewnego dnia syn także przyprowadzi dziewczynę na całe życie. Potem zamkniecie się z żoną w sąsiednim pokoju i zaczniecie się zastanawiać: "Czy aby ona jest dla niego odpowiednia"?

Z moim tatą nie był to aż tak kumpelski układ.

Nie było rozmowy o nogach przyszłej żony?

Nie.

A z mamą?

Też nie.

To rzeczywiście musiał Pan liczyć na własny gust.

Ale z Kamilem będzie inaczej. Chyba mamy bardziej kumpelskie relacje.

Co musi wydarzyć się w życiu mężczyzny, żeby sam siebie uznał za dorosłego?

Nie wiem.

Jest Pan dorosły?

Są chwile, kiedy sam siebie zdumiewam dojrzałością, a są momenty, kiedy zachowuję się jak kompletny gówniarz. 

I wtedy?

Liczyła pani, że odpowiem?

Pomogę. Na przykład jeździ Pan za szybko?

Nierozsądnie wydaję pieniądze.

To bardzo miła cecha w oczach kobiety.

W oczach mojego dziecka też.

Panuje Pan nad swoim życiem?

Pewnie panuję, ale ten margines niepewności z wiekiem się poszerza. Ciągle odkrywamy różne ciemne sprawki, które wokół zdarzyły się albo mogą się zdarzyć, bardziej myślimy o dziecku i jego wychowaniu niż o sobie. Każde takie doświadczenie wzmacnia.

Co cię nie zabije, uczyni cię silnym.

To nawet nie jest kwestia wiary, ja to wiem. 

Rozmawiałam niedawno z Romą Ligocką, która uważa, że cierpienie wcale nie uszlachetnia.

Choroba wyposażyła mnie w zestaw cech, które sobie u siebie cenię. Z jednej strony uwrażliwiła, a z drugiej strony nauczyła nie biadolić, chociaż zdarzały się trudne momenty. Stałem się bliski ludziom, którzy przechodzili przez to samo. Spotykam się z dzieciakami, z dorosłymi. Pierwsza wizyta w szpitalu dziecięcym kosztowała mnie przebeczane 15 minut. Druga pozwoliła całkiem inaczej tę wizytę zaplanować. Tak, aby dzieciaki nie czuły, że przyszedł pan z telewizji, który udaje, że się nimi przejmuje, ale żeby zapomniały o szpitalnej rzeczywistości. Mnie życie bardzo szybko i brutalnie ściągnęło na ziemię.

Wyobrażał Pan sobie, w ilu domach chorzy ludzie przed telewizorami na Pana widok wyszeptali: "Boże, to wspaniałe, on się «nie wstydzi» choroby. Choć to złe słowo.

Ono nie jest złe. Jest powszechniejsze, niż nam się wydaje. Wie pani, kiedy sobie uświadomiłem, jak wstydliwą sprawą w Polsce jest chorowanie na raka? Kiedy zacząłem mówił o tym, że się przyznałem do choroby. Słowo "przyznałem" zawiera w sobie element wstydu. Przyznajemy się do czegoś, co chcielibyśmy ukryć. 

Boimy się, że ludzie uznają nas za trędowatych.

Albo zaraz wywalą nas z roboty, bo po co komuś facet, który pół roku leży na chemii i trzeba za niego płacić składki ZUS-owskie.

Moment, w którym stanął Pan przed lustrem i zdecydował: "Nie będę już niczego ukrywał".

To nie był moment, to była dłuższa chwila i rozmowy w instytucie w Gliwicach, co z tym zrobić, czy się pokazywać, czy nie. Marianna dużo szybciej niż ja domyśliła się, jakie to może mieć znaczenie. Dla mnie i dla innych. Ja sobie tego nie uświadamiałem do momentu, w którym o tym powiedziałem w sobotę w Wiadomościach.

Szlachetna odwaga.

Trzy dni po wlewce nie ma co udawać odwagi.

Jeszcze Pan o tym myśli?

Zasypiam wcześnie, około 21.15, wstaję 5.30. A po drugie odchudzam się, więc chodzi o to, aby jak najszybciej zasnąć. Stan wieczornego pobudzenia prowadzi do zamówienia sushi lub pizzy i dlatego wolę się położyć i zasnąć. Nie myśleć.

Lubi Pan jeść?

Jakbym zrzucał 3 tysiące kalorii jak górnicy pracujący na dole, to obiady, które gotuje moja mama, na pewno by mi nie szkodziły.

A z wątpliwościami jak Pan sobie radzi?

Lubię pytać ludzi o zdanie, a zwłaszcza gdy mam wątpliwości. Chociaż podobno wtedy jestem nie do zniesienia.

Apodyktyczny?

Bywam nieznośny i pewnie dlatego cieszę się opinią gbura. Zresztą w tym zawodzie, w którym wszyscy jesteśmy mądralami, trudno żebyśmy nie byli apodyktyczni. Fakty mają 25 minut, pani magazyn ma 200 stron, a świat jest trochę bardziej skomplikowany, niż można to zapisać nawet na 200 stronach. Uproszczenie wiąże się z pewną arogancją. Przemądrzalstwem.

Długo jest Pan dziennikarzem?

17 lat.

Ile lat jest Pan takim dziennikarzem, którym chciał Pan być?

Niewiele krócej.

I pomyśleć, że chciał Pan być księdzem.

To za sprawą wujka.

Był księdzem?

Tak, przyrodni brat mojego taty. Był proboszczem we wsi, do której sobie obiecuję, że kiedyś wrócę. Tam jest smak dzieciństwa. To było kilkanaście kilometrów pod Jasieniem, Jasień pod Lupskiem, Lupsko pod Żarami, a Żary pod Zieloną Górą. Wiocha z piaszczystą drogą, z wijącą się rzeką, z grzybami, jeśli się odpowiednio wcześnie wstało. I filmowy kościół na wzgórzu.

Był Pan chłopcem?

Miałem sześć lat. Ksiądz to była figura. Mogłem wejść bez problemu do kościoła, zobaczyć, jak wyglądają organy, jak się wchodzi na dzwonnicę i co można stamtąd zobaczyć. To nieprawdopodobne. Dzisiaj ksiądz to jest panisko, a wtedy wujek miał pod opieką sześć wsi, w każdej kościół, w każdym w niedzielę musiał mszę odprawić. To był ciężki kawałek chleba.

Nie zrażało to małego Kamila...

Jak się ma sześć lat, to się mało myśli, a bardziej odbiera to, co dookoła. Rodzina musiała się stawiać na msze, które odprawiałem i tyle.

Zachowywali powagę?

Zostaliby skarceni, gdyby było inaczej?

Co jest grzechem dla Pana?

W strasznie niebezpieczne rejony wchodzimy.

Bo kobieta i mężczyzna?

Nie. Bo uważam, że mamy w Polsce nadmiar specjalistów od grzechów, grzeszenia oraz bogobojnego życia.

Ale jest jeszcze coś takiego jak grzech zaniechania. Kiedy boimy się zrobić coś ze swoim życiem, bo nie wypada, bo się innym nie spodoba. Bo nie ma wiary, że może się udać.

Tutaj akurat nie mam sobie dużo do zarzucenia.

Zwłaszcza że zaraz potem chciał Pan być lekarzem?

A to pod wpływem przyjaciela rodziny, który nas leczy od 30 lat co najmniej. Kiedy z kolei nastąpił pierwszy etap mojej fascynacji dziennikarstwem, to jego uosobieniem był serialowy redaktor Maj. Wszyscy w klasie byliśmy wtedy redaktorami Majami.

Komplementy?

Pochwały działają na mnie otwierająco.

Kobietom potrzebnych jest kilka cech, by uznały, że mężczyzna jest wart grzechu, a jak to wygląda u Pana, jeśli chodzi o kobiety?

To oczywiste, że jesteśmy wzrokowcami. Nie jest tak, że znana mi większość facetów czeka, aż się kobieta odezwie. Oceny dokonują wtedy, kiedy na nią patrzą. Na jej dłonie, włosy.

Kiedyś usłyszałam, że kiedy do pokoju wchodzi mężczyzna, to wszyscy wiedzą, że wszedł mężczyzna. Gdy otwierają się drzwi i pojawia się w nich kobieta, to ta musi jeszcze udowodnić, kim jest.

A czy to spostrzeżenie pociąga za sobą jakiś rodzaj dyskryminacji kobiet?

A nie?

Nie patrzę na kobiety pod tym kątem, dlatego że kiedyś niekoniecznie świadomie, ale zlekceważyłem osobę, która uczestniczyła w ważnym spotkaniu. Do momentu, do którego ta dziewczyna się odezwała. I nagle okazało się, że to zawodnik o żelaznej konsekwencji, analitycznym spojrzeniu i ogromnej wiedzy. Musiałem natychmiast wycofać się ze wszystkiego, co wcześniej lekceważąco z tyłu głowy sobie na jej temat układałem.

Jakie cechy trzeba mieć, aby być Pana przyjacielem?

Wysługę lat i absolutną lojalność. Zbliżone abstrakcyjne poczucie humoru, które bywa zabójcze dla osób trzecich, ten rodzaj porozumienia, kiedy zaczyna się zdanie i wiadomo, że nie trzeba go kończyć. Dobre serce, brak zawiści.

Klnie się też tak samo?

W dwóch miejscach: za kierownicą i czasami w pracy.

Nosi Pan na ręce bransoletkę live strong...

Założyłem ją rok temu. Nie zdjąłem do tej pory.

I Fakty też w niej Pan prowadzi?

Tak. Myślę, że to jest coś, co mi pozwala pamiętać.

I zasnąć?

Nie cierpię na bezsenność z powodu strachu przed powrotem tego, co było.

Rozdział zamknięty.

Tak.

Więcej na twojstyl.pl

Zobacz również