Kamila Kuboth-Schuchardt i Tomasz Schuchardt, czyli taka piękna proza życia
Fot. Zosia Promińska

Kamila Kuboth-Schuchardt i Tomasz Schuchardt, czyli taka piękna proza życia

Poznali się w Szkole Teatralnej, kiedy on grał Zeusa, a ona była przestraszoną studentką pierwszego roku. Próbowali żyć bez siebie, ale bez powodzenia. Ich miłość okazała się silniejsza.

Kamila Kuboth-Schuchardt: „Wszystkiego najlepszego z okazji św. Mikołaja”. Taką karteczkę, przylepioną do szafy, znalazł raz Tomek 6 grudnia. Wiedziałam, że prezent przypadnie mu do gustu. Kiedy pojechał na plan filmowy, poukładałam jego ubrania, które tworzyły chaotyczny zbiór. To był prezent dla nas obojga. Bo w związku przede wszystkim chodzi o uważność na siebie. Nie trzeba zasypywać się dobrami materialnymi. Poświęcenie komuś swojego czasu jest piękniejsze, choć kwiaty od męża bez okazji też lubię…

Jestem bardzo sentymentalna. Mam nasze „pierwsze obrączki” ze sreberka od szampana, wypitego jeszcze na studiach…Uwielbiam celebrować różne święta, okazje. Pewnie gdybym nie powiedziała Tomkowi, że to dla mnie istotne, to on by tego nie robił. Obchodzimy więc urodziny, rocznice naszego poznania oraz ślubu, a nawet walentynki czy Dzień Kobiet. Wtedy zatrzymujemy się na chwilę i przypominamy sobie o tym, że tworzymy związek, który chcemy pielęgnować.

Tomek spodobał mi się od początku. Poznałam go jako szefa „fuksówki” w PWST, na której odgrywał rolę greckiego boga Zeusa. Na głowie nosił wieniec laurowy, który dostał od nas, studentów pierwszego roku. Znał wszystkich w szkole, widziałam, że jest lubiany. Dużo się śmiał. Urzekły mnie jego błękitne oczy. Pamiętam, jak szłam z kolegą z roku po krakowskim rynku, byliśmy przebrani w kolorowe fuksówkowe szaty. Natknęliśmy się na Tomka. Zachowawczo spuściłam wzrok, marząc o tym, bym nie musiała odgrywać scenek w centrum Krakowa: śpiewać, tańczyć, trąbić na niewidzialnym saksofonie… A on podszedł, lekko podniósł rondo mojego kapelusza i rzekł: „Fuksica ma piękne oczy. Niech fuksica ich nie chowa!” (tak wtedy zwracano się do nas w szkole teatralnej). Ależ miałam wtedy miękkie kolana, a serce łomotało mi jak szalone! Niedługo potem razem z koleżanką przeprowadzałyśmy się do innego mieszkania. Poprosiłyśmy o pomoc Tomka i jego przyjaciela. Mieliśmy wreszcie okazję do długiej rozmowy. Tak się to potoczyło naturalnie, choć szybko. Poznaliśmy się w październiku, a w grudniu byliśmy już parą. (śmiech)

Kiedy Tomek skończył studia, dostał etat w łódzkim Teatrze im. Stefana Jaracza. Ja uczyłam się jeszcze w Krakowie. Jeździliśmy do siebie, tęskniliśmy. Pamiętam taką scenę: siedzę w pociągu relacji Łódź – Kraków, a przez okno widzę oddalającą się postać Tomka i mam głębokie przeświadczenie, że ten pociąg jedzie w niewłaściwą stronę. Na szczęście niedługo potem kolejno otrzymaliśmy etaty w teatrach warszawskich. Byłam w siódmym niebie, gdy moją pierwszą rolą w Teatrze Współczesnym okazała się Ofelia w „Hamlecie”. Kiedy Tomek zaczął grać w Ateneum, mogliśmy tutaj zamieszkać razem.

Poza aktorstwem zajmuję się projektowaniem wnętrz. Sztuka jest ulotna, architektury zaś można „dotknąć”, a ja tego potrzebuję. Nasze mieszkanie na Mokotowie urządzałam sama, konsultując ważniejsze rzeczy z Tomkiem. Bardzo lubimy styl skandynawski. Mieszkanie robi się za małe dla naszej trójki i z żalem myślę o tym, że trzeba je będzie kiedyś opuścić.

Przed urodzeniem Tosi nasze życie było tak intensywne, że się go „najedliśmy”. Potem po prostu zaczęliśmy nowy etap i jesteśmy szczęśliwi. Kilka dni temu Tomek wybierał się o świcie na plan zdjęciowy. Zapytał, czy potrzebuję auta, czy on może je dziś wziąć. „Dzięki temu szybciej do was wrócę”, powiedział.

Cieszę się, że mam u boku mężczyznę, który myśli podobnie jak ja. Jeśli podjęliśmy decyzję o wspólnym życiu, to bierzemy za nią pełną odpowiedzialność. Uważamy, że w miłości „my” powinno być przed „ja”. Otwartość wobec drugiej osoby, pewność, że jej system wartości ułożony jest w ten sam sposób, daje niesamowite poczucie bezpieczeństwa. I nie uważam, że takie podejście do związku zniewala. Zostawiamy sobie sporo wolności. Jasne, że zdarzają się nieporozumienia: nasze dyskusje trwają nieraz godzinami. Tomek jest wrażliwy, ale silny. Ja emocjonalna, ale też uparta. Na szczęście oboje jesteśmy wytrwali.

Marzy mi się zawodowe spotkanie z mężem. Tomek jako aktor nie popadł w rutynę, ma wiele pomysłów i entuzjazmu. Z przyjemnością obserwuję go na scenie, bo znakomicie partneruje. Rozmawiamy o swoich rolach, o przeżyciach przynoszonych z prób czy z planu. Jestem krytyczna, ale na szczęście wiele rzeczy w Tomka wykonaniu naprawdę mi się podoba.

Nasz ślub był cudowny. Postanowiliśmy przygotować się do tego dnia przede wszystkim od strony duchowej. Bo jeśli ta sfera jest poukładana, to reszta też. Gośćmi byli ci, których chcieliśmy mieć blisko. Bawiliśmy się do białego rana. Żartuję teraz, że ślub z Tomkiem mogłabym brać co roku. To był jeden z najpiękniejszych i najbardziej radosnych dni w moim życiu. Suknię zaprojektowałam sama. Jej część została zrobiona na szydełku przez moją koleżankę z teatru. Pamiętam, jak po zaręczynach zapytałam Tomka, czy ma jakieś specjalne życzenia. „Chciałbym, aby nasz ślub był taki, jak sobie wymarzyłaś”, twierdził. I taki właśnie był!

Kamila Kuboth-Schuchardt – aktorka, absolwentka PWST w Krakowie. Od 2012 r. w zespole Teatru Współczesnego w Warszawie, gdzie zadebiutowała rolą Ofelii w spektaklu „Hamlet” (reż. Maciej Englert). Tańczy w grupie Super Dorośli Caro Dance, z którą na Mistrzostwach Świata IDO Hip Hop Break Dance i Electric Boogie wywalczyła mistrzostwo świata w kategorii Hip Hop (Kielce, październik 2018 r.). Jest mamą  Antosi.  

Tomasz Schuchardt: Poznaliśmy się prawie 11 lat temu na fuksówce. To impreza dla nowo przyjętych studentów aktorstwa. Byliśmy w krakowskiej Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej – ja zaczynałem trzeci rok studiów, a Kama pierwszy. Zostałem wówczas wybrany przewodniczącym całej zabawy. Pierwszoroczniacy dostawali od nas różne zadania, m.in. grali etiudy aktorskie przez całą noc. Tak się zaczęło, a już po dwóch miesiącach zostaliśmy parą. (śmiech) Prowadziliśmy szalony tryb życia, sporo podróżowaliśmy po Polsce, każde z nas żyło i pracowało w różnych miejscach. Tęskniliśmy za sobą, aż wreszcie zamieszkaliśmy w Warszawie.

Po ośmiu latach wspólnego życia stanęliśmy przed jedną z najważniejszych decyzji: idziemy razem przez życie jako mąż i żona czy każde rusza w swoją stronę? Uznaliśmy, że nie ma trzeciej drogi. Przeprowadziliśmy długą rozmowę i… postanowiliśmy pobyć bez siebie przez chwilę. Nie chodziło o odarcie naszej miłości z romantyzmu, tylko o dojrzałe podejście do sprawy. Oboje pochodzimy z tradycyjnych rodzin, mamy po trójce rodzeństwa. Jesteśmy „stałozwiązkowi”. Nie chcieliśmy podejmować pochopnych decyzji. Kiedy minął może tydzień, okazało się, że musimy razem być. Musimy, bo nie wyobrażamy już sobie życia bez siebie. Ten przymus uznaliśmy za słuszny. On nazywa się miłością?

Nie zawsze jest lekko i przyjemnie. To Kama częściej inicjuje rozmowy na temat związku. Uczymy się akceptować wady i słabości drugiej strony. Tyle że to niekończąca się praca. Wszyscy się zmieniamy. Mnie kiedyś drażniło rozrzucanie ubrań. Choć jestem przekonany, że gdyby zapytać moją żonę, kto częściej tak robi, wskazałaby na mnie. Ja natomiast nie wyobrażam sobie zrobienia kanapki w kuchni, która nie jest posprzątana. Uwielbiam gotować, porządkuję na bieżąco. Irytują mnie niepozmywane naczynia. Ale to są bzdury. O nie sprzeczamy się coraz rzadziej.

Najważniejsze, że mamy pełne porozumienie w sprawach fundamentalnych, jak choćby wychowanie dziecka. Zgadzamy się z tym, że należy dać Antosi wolność i jednocześnie uczyć ją zasad. Ojcostwo jest dla mnie wspaniałym przeżyciem. Kiedy Tosia przyszła na świat, poczułem się jeszcze bardziej odpowiedzialny za rodzinę.

Czasami słyszę, że aktorzy tworzą związki podwyższonego ryzyka. Wcale tak nie myślę. Wszystko zależy od charakteru osoby. Na pewno w tym fachu częściej spotkać można egocentryków, narcyzów. Uważam, że związek polega na tym, by umieć w razie potrzeby zrezygnować z siebie na rzecz drugiej osoby. Żyjemy w czasach, kiedy wciąż słyszymy o tym, by walczyć o własną autonomię. Ale trzeba pamiętać, że jest cienka granica, za którą stoi już tylko egoistyczne patrzenie na własne potrzeby. Tego zawodu nie da się zostawić za drzwiami. Ostatnio rozmawiałem z moją żoną na ten temat. Jak to dobrze, że nie muszę tłumaczyć jej mojej frustracji z powodu gorszego dnia na planie. Doskonale rozumie zmienne nastroje przed premierą; sama też ich doświadcza. Pod tym względem dużo łatwiej być z kobietą, która jest aktorką i to rozumie.

Lubię oglądać Kamę na scenie. Choć gdybym mógł, omijałbym premiery, bo bardzo się przejmuję. Ale kibicuję, wspieram. Kama cieszy się, gdy ktoś bliski siedzi na widowni, mnie to zawsze stresuje. Kama potrafi o swojej pracy rozmawiać, ja bardzo często potrzebuję tylko słuchacza. Zdaję sobie sprawę, że ta biedna dziewczyna nie ma ze mną lekko. (śmiech)

W mojej żonie cenię najbardziej to, co jednocześnie przysparza jej sporo przykrości. Kama jest niezwykle ufną, empatyczną osobą. Nigdy nie zakłada, że ktoś może mieć złe intencje. Wiele osób przed nią się otwiera. Kama wysłuchuje zwierzeń, jest bardzo pomocna i inni to wykorzystują. Potem płacze, wszystko przeżywa. Kiedy mam lepszy dzień, pocieszam ją. Czasem niestety mówię po prostu: „Przecież to było do przewidzenia”…

Moja żona ma oryginalną urodę: ciemna karnacja, mocno osadzone oczy. Przez to najczęściej proponuje się jej role dramatyczne, w których rzeczywiście jest świetna. Zawsze każdą z nich silnie przeżywa. Ubolewam natomiast, że publiczność nie poznała jeszcze talentu komediowego Kamy. Potrafi być szalona, wygłupiać się, o czym póki co najlepiej wie nasza Tośka.

Ostatnio miałem sporo pracy, zagrałem w dwóch filmach (m.in. o marszałku Piłsudskim), poza tym mam próby do Teatru Telewizji. Kiedy jestem na zdjęciach w innym mieście, lubię, gdy Kama wysyła mi ciepłe wiadomości, że tęskni. Bywa, że dostaję kilka SMS-ów dziennie, jak kiedyś.
A potem się zastanawiamy, dlaczego oboje nie piszemy tak do siebie częściej? Niedawno postanowiliśmy „wydzierać” jak najwięcej chwil tylko dla siebie. Uwielbiamy spędzać czas we trójkę, ale chcemy też pójść gdzieś we dwoje, nawet do teatru i kina. (śmiech)  Dostrzegam, jak wiele ważnych słów się zdewaluowało. Z tego powodu trudniej rozmawia się o uczuciach. Na przykład „proza życia”, co to za sformułowanie? Według definicji to zwyczajnie nas nie dotyczy, ale zarówno proza, jak i życie – owszem.

Tomasz Schuchardt – aktor, absolwent PWST w Krakowie. W latach 2010-2014 w zespole Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi, obecnie aktor warszawskiego teatru Ateneum. Laureat nagrody m.in. za główną rolę męską na festiwalu w Gdyni za film „Chrzest” Marcina Wrony). Wcielił się w tytułową rolę w filmie i serialu „Bodo” (reż. Michał Kwieciński i Michał Rosa). Zobaczymy go też m.in. w filmie „Piłsudski” (reż. Michał Rosa) i serialu „Odwróceni 2” (TVN).  

Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 02/2019
Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również