Łukasz Simlat: "Tęsknię za prostym, analogowym światem"
Fot. Akpa

Łukasz Simlat: "Tęsknię za prostym, analogowym światem"

Łukasz Simlat mógł być górnikiem w rodzinnym Sosnowcu, a został aktorem. Chadza swoimi ścieżkami. Mówi: "Życie jest tylko chwilą, warto korzystać z niego świadomie". Z rozmysłem używa słów "chcę" i "nie chcę". Odważnie mówi, co myśli, i uczy się tego, że zamiast zatracać się w kolejnych postaciach, trzeba czasem usiąść na ławce, poobserwować ludzi, dotknąć konkretu, zmienić rytm.

Chłopak z Sosnowca, który nigdy nie pokochał rytmu wielkiego miasta, szumu show-biznesu. Spędził 26 lat w Warszawie, zapracował na opinię wybitnego aktora i pracoholika, ale przyznaje, że chce zmienić perspektywę: "Łapię się na tym, że brak mi czasu na własne przemyślenia, dojście do ładu ze sobą, bo ciągle żyję życiem moich bohaterów". Tęskni za analogowym światem, w którym ludzie rozmawiali, patrząc sobie w oczy. Czuje się zmęczony rytmem stolicy "za szybkim, chaotycznym, rozedrganym". Dlatego wsiada do samochodu i jedzie na Mazury, zatrzymuje się w jakimś miasteczku, siada przy rynku, patrzy przed siebie, łapie kontakt z rzeczywistością. "W dzieciństwie, w Sosnowcu, patrzyłem na zwykłych ludzi. Oni mnie kształtowali" – mówi. Może dlatego jego postacie są autentyczne, wgryzają się w pamięć. Ostatnie filmy: "Sonata", "Rojst ’97", "Broad Peak" i "Śniegu już nigdy nie będzie", to cztery wielkie aktorskie triumfy.

Co pana trzyma w pionie, kiedy dochodzi pan do granicy wytrzymałości?

ŁUKASZ SIMLAT: Dom trzyma mnie w pionie, powroty do rodzinnego Sosnowca. Sytuacja w Polsce, festiwal głupoty, którego jesteśmy świadkami, bo ja się tym policzkuję. Mówię głośno to, co myślę. Czasami miałbym ochotę potrząsnąć paroma decydentami, powiedzieć: "Obudźcie się! Patrzcie, co zrobiliście z tym krajem, z tym narodem!". Takie rzeczy mnie pionizują, aczkolwiek patrzę na to z przerażeniem. Poza tym praca, ucieczka na Mazury, nad jeziora, w ciszę. Mam dosyć miasta. Warszawa to nie moja bajka. Po 26 latach, które tu spędziłem, nie mogę znaleźć swojego miejsca. Rytm stolicy jest dla mnie za szybki, za chaotyczny, zbyt rozedrgany. Do szewskiej pasji doprowadza mnie czas, który tracę w korkach. Oboje z żoną przeszliśmy koronawirusa. Po czterech trudnych tygodniach, kiedy schudłem sześć kilogramów, miałem nogi jak z waty, zadychę i stale podwyższoną temperaturę, zaczął nam chorować pies Franuś i w końcu zdechł. Po pół roku zdecydowaliśmy: "Bierzemy psa". Z zaskoczeniem odkryłem, jak dużo psów zostało kupionych czy też adoptowanych w czasie lockdownu! Teraz, gdy wracam z pracy, gdzie na planie otacza mnie 50 osób, zastanawiam się, gdzie uciec, żeby choć przez chwilę pobyć sam na sam ze swoim psem. Myślę, że nie tylko ja tak mam. To symboliczna opowieść, uświadamiająca, w jakim punkcie jesteśmy, dokąd zmierzamy, gdzie stawiamy sobie i światu granice.

Niedługo kończy pan 44 lata. Dobry moment na bilans zysków i strat.

Nie lubię urodzin. Kolejny odhaczony rok, który udowadnia, że życie jest mgnieniem. Pandemia i ostatnie 18 miesięcy spowodowały, że żyję z dnia na dzień. Skupiam się na rzeczach zawodowych, nie zastanawiam nad tym, co będzie jutro. A symbolika liczby 44 ciągle mnie prześladowała. Noszę rozmiar buta 44. Pod moje mieszkanie podjeżdżał tramwaj 44, dostałem legitymację ZASP-u z końcówką 44, a na dyplomie grałem księdza Piotra, który wypowiada słynne zdanie: "A imię jego czterdzieści i cztery". Trochę boję się tej liczby... W dzieciństwie marzyłem, żeby moje urodziny wypadały w innym miesiącu, bo w grudniu był jeszcze Mikołaj i Gwiazdka. Czasami słyszałem: "Nic nie dostaniesz na Mikołaja, bo za kilka dni masz urodziny". Albo: "Nie będzie prezentu na Gwiazdkę, bo dostałeś na urodziny".

Jak, poza tym rozżaleniem o datę urodzin, zapamiętał pan świat dzieciństwa?

Jakim rozżaleniem?! Wychowałem się na sosnowieckim osiedlu z wielkiej płyty, vis-à-vis kopalni, która już nie istnieje. Został tylko jeden szyb w ramach atrakcji turystycznej. Nie znam ojca, mama wychowywała mnie sama. Była lekarką i żeby nas utrzymać, brała wszystkie dyżury. Po lekcjach pałętałem się po szpitalach, przychodniach, domach pacjentów. Kiedy dyżurowała w przychodni, schodziłem do apteki, do pani Bożenki. Godzinami obserwowałem, jak kładzie na wagę odważniki – te miligramowe mogła złapać wyłącznie pęsetą – i odmierza różne proszki, które potem mieliła w moździerzu i mieszała, tworząc lekarstwa na zamówienie. Myślę, że się w niej kochałem, i stąd wzięło się moje aptekarskie podejście do zawodu aktora. Po pracy w przychodni jeździłem z mamą na wizyty domowe. Gdy nie było mrozu, siedziałem w maluchu i odrabiałem lekcje. W zimie chodziłem z nią po domach. Myślę, że moja nieokiełznana hipochondria ma źródło w tamtych przeżyciach. Całe dzieciństwo wysłuchiwałem rozmów mamy i cioci o wszelkich rodzajach chorób, przypadłości, otwartych złamaniach i dziurach w czaszkach.

Cały wywiad przeczytasz w lutowym wydaniu Twojego STYLu. 

st_02_001_MAXI

Więcej na twojstyl.pl

Zobacz również