Piotr Głowacki: Po latach dotarło do mnie, że najbardziej wstydzę się tego, że byłem ulubionym fuksem. Wywiad magazynu PANI
Fot. mat. prasowe/fot. Rafał Masłow

Piotr Głowacki: Po latach dotarło do mnie, że najbardziej wstydzę się tego, że byłem ulubionym fuksem. Wywiad magazynu PANI

Jest wiele powodów, by ten wybitny aktor został gościem w naszym cyklu Spotkanie z Mistrzem. Ostatnio pojawił się kolejny. Piotr Głowacki zagrał bowiem główną rolę w filmie… „Mistrz” Macieja Barczewskiego, który swoją premierę będzie miał pod koniec sierpnia. Zbieg okoliczności?

Musi pan być szalenie zapracowany, bo mogliśmy się spotkać w godzinach, kiedy już właściwie większość knajp jest zamknięta?

PIOTR GŁOWACKI: Staram się harmonijnie łączyć intensywną pracę na planach filmowych z pracą wykładowcy oraz życiem rodzinnym i choć często wpycha mnie to z pracą w noc, jak dziś, daje mi to szczęście. Dziś od rana brałem udział w drugim dniu warsztatów antydyskryminacyjnych na naszej uczelni, w Akademii Teatralnej w Warszawie, potem miałem zajęcia ze studentami, spędziłem wieczór z dziećmi. A teraz rozmawiamy o kinie. Sukcesem Akademii jest to, że byliśmy pierwszą szkołą teatralną, która oficjalnie zakazała fuksówki. To był faszyzm w mikroskali. Przeżyłem dwie fuksówki jako fuks, najpierw w Olsztynie, gdzie również na drugim roku zostałem jej kierownikiem. Szczęśliwie zrezygnowałem z tej funkcji po trzech dniach, nie wytrzymałem bycia po drugiej stronie. Po latach dotarło do mnie, że najbardziej wstydzę się tego, że byłem ulubionym fuksem. Być może było tak, bo kilka razy zdawałem na studia i bardzo mi na nich zależało. Drugą fuksówkę już w Akademii przeszedłem tylko dlatego, żeby wspierać moją grupę. Po niej czekał nas rok selekcyjny, który okazał się w pewnym sensie jej systemową kontynuacją.

Czym jest rok selekcyjny?

Mówiło się studentom, że pierwszy rok jest na rozpoznanie, czy się nadają do tego zawodu, czy nie. To nic innego, jak rezygnacja ze strony uczelni z odpowiedzialności za dokonany wcześniej wybór. Proces rekrutacyjny powinien być tak skonstruowany, żebyśmy mogli przyjąć takie osoby, które chcemy doprowadzić do końca nauki. Wtedy dopiero miarą wartości studentki/studenta przestaje być enigmatyczny talent. I nad tym pracujemy teraz wspólnie w Akademii. Sam zrezygnowałem z tego słowa na początku mojej drogi, gdy usłyszałem, jak Andrzej Łapicki mówi, że nasz rok jest bardzo zdolny, bo jest na nim z pięć osób, które mają talent. Zadałem sobie wtedy pytanie, jeśli tak jest, dlaczego na studia nie przyjęto tylko tych osób?

Całą rozmowę przeczytasz w wrześniowym numerze Pani. Już w sprzedaży!

Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 09/2021
Więcej na twojstyl.pl

Zobacz również