Profesor Krzysztof Simon prywatnie: małżeńskie szczęście w cieniu rodzinnej tragedii
Fot. Szymon Szcześniak/LAF

Profesor Krzysztof Simon prywatnie: małżeńskie szczęście w cieniu rodzinnej tragedii

Profesor Krzysztof Simon przypomina doktora Rieux z „Dżumy” Camusa. Tak jak on walczy o każde życie do końca. Ale nie wspominajcie mu o tym, bo was wyśmieje. Profesor chce jedynie, by nie rzucać mu kłód pod nogi. Tylko tyle…   

Kiedy jedzie pan do pracy o świcie, myśli pan czasem, ile ta wojna potrwa?

Nie mam czasu myśleć o takich rzeczach. Ale dobrze pani trafiła, interesuję się historią wojskowości. Obydwaj dziadkowie byli oficerami w różnych armiach, ostatecznie w polskiej dziadek ze strony ojca został rozstrzelany przez Rosjan w Starobielsku. Jeśli już porównujemy to, co się dzieje, do działań wojennych, powiem pani, że gdy dywizje wojskowe stały w czasie I wojny światowej pod Sommą w okopach, to po siedmiu dniach były wycofywane i zastępowane innymi. My walczymy od marca. Nie narzekam, bo to nasz zawód, za to nam płacą, raz lepiej raz gorzej, ale materiał się zużywa. Są stresy, konflikty. Ludzie praktycznie nie wracają do domów. A kiedy już wrócą, mają dzieci, które nie chodzą do szkoły, równie zestresowanych małżonków, co generuje konflikty. Do tego stale napięta sytuacja w kraju. Gdzie mają nabrać sił? Proszę się też zapoznać z raportami policji na temat stopnia przemocy domowej w ostatnim czasie.

Gdy pan zaczynał pracę zaraz po studiach, było łatwiej?

Ani trochę. Najtrudniejsza była szarość socjalizmu. Dobrze się uczyłem, ciężko pracowałem, a więc wyjeżdżałem na stypendia zagraniczne. Ale te głupstwa wtedy opowiadane, te zebrania partyjne to przecież była żenada. Mniej więcej tak się powoli zaczyna robić teraz w Polsce. Wtedy też była telewizja, której się nie dało oglądać. Przerażenie człowieka ogarnia. Określone grupy ludzi robią wszystko, żebyśmy wrócili do punktu, w którym już byliśmy. Przez łamanie praw człowieka, nieprzestrzeganie praw mniejszości, narzucanie swoich poglądów kobietom. Jakieś ustawy, które wychodzą nieprzygotowane, w szczycie pandemii… Po co? My mamy się jednoczyć, walczyć z katastrofalną sytuacją. Mówimy cały czas o epidemii. A gdzie są moi dotychczasowi pacjenci, którzy czekali miesiącami na łóżka? Z powodu chorób wątroby na przykład. Ja ich nie widzę poza jednym dniem, gdy udzielam konsultacji. Nie ma gdzie ich położyć, nie ma co z nimi zrobić, a oni gdzieś przecież chorują, może umierają.

Pańscy bliscy wytrzymują ten poziom stresu przy panu?

Żona była moją współpracowniczką. Poznaliśmy się w pracy, zerwaliśmy poprzednie związki i nareszcie ktoś panuje nad tym, co robię. Przy moim stylu życia nie można inaczej funkcjonować. Ale niezależnie od moich układów osobistych dzieci zawsze były ze mną i bardzo je kocham. Miałem ich troje, teraz niestety tylko dwoje, ale są wnuczki i wnuki. Straciłem 18-letnią córkę. To jest dla mnie wielka porażka życiowa, ale takiej doświadczyło wiele rodzin. Sam u niej chorobę rozpoznałem, wiedziałem, jak będzie. Każdą śmierć się bardzo przeżywa, ale to jest dziecko. Gdy odchodzą rodzice, dziadkowie, to jest bardziej naturalne. Tak wymieniają się pokolenia. Natomiast dziewczyna 170 cm wzrostu, piękna, prymuska z XIV Liceum we Wrocławiu? Z tym nie można się pogodzić. Już na zawsze pozostanie we mnie głęboki, bardzo głęboki uraz.

Cały wywiad w najnowszym numerze PANI. Już w sprzedaży!

Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 01/2021
Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również