Profesor Krzysztof Simon prywatnie: małżeńskie szczęście w cieniu rodzinnej tragedii
Fot. Szymon Szcześniak/LAF

Profesor Krzysztof Simon prywatnie: małżeńskie szczęście w cieniu rodzinnej tragedii

Profesor Krzysztof Simon przypomina doktora Rieux z „Dżumy” Camusa. Tak jak on walczy o każde życie do końca. Ale nie wspominajcie mu o tym, bo was wyśmieje. Profesor chce jedynie, by nie rzucać mu kłód pod nogi. Tylko tyle…   

 Mogę zająć panu parę minut, panie profesorze?

Krzysztof Simon: Dobrze, choć ja już nie wiem, w co mam ręce włożyć. To są czasy nienormalne. Właśnie dostałem nominację – jak i kilkunastu innych specjalistów – na doradcę premiera. Zgodziłem się doradzać tylko w sprawach medycznych, bo absolutnie nie zgadzam się z tym, co się dzieje w naszym kraju.

Będę więc starała się mówić szybko, bo wiem, że nie ma pan czasu…

Bez przesady, to nie jest noc poślubna! Jakoś sobie poradzimy! (śmiech)

O której pan przyszedł dziś do szpitala?

Parę minut po szóstej rano. Mieszkam na szczęście niedaleko, nie muszę przebijać się przez korki, żeby dojechać do pracy. Szpital, w którym mieści się moja klinika, to główny szpital covidowy w województwie dolnośląskim. Zaraz pani zapyta, ile mamy łóżek dla pacjentów z koronawirusem – jest ich około 200. Dlaczego około? Bo dla pacjentów możemy przeznaczyć najwyżej 170 łóżek. Wszystkie nie mogą być zajęte, bo trzeba oczyścić sale po zgonach, wysterylizować. Są różne przypadki, często ze współzakażeniami, czynni narkomani, alkoholicy, „utrudniający” chorowanie innym pacjentom. Ostatnio mieliśmy szaleńca, który zaczął demolować salę i rzucać się na innych, musieliśmy go odizolować.

Pamięta pan pierwszego pacjenta z koronawirusem?

Leżał na sąsiednim oddziale. To był Chińczyk, który przyleciał z Wuhanu. Wokół Wrocławia są ogromne fabryki, gdzie pracują tysiące ludzi, w tym kilkanaście tysięcy cudzoziemców. Pacjent czuł się w miarę dobrze, był tylko przeziębiony, ale zrobiliśmy mu test i okazało się, że jest zakażony. Następny pacjent to człowiek z Anglii, który leżał u nas sześć tygodni (obecnie wiemy, że niepotrzebnie), powtarzaliśmy mu testy, ciągle były dodatnie, choć nie zgłaszał żadnych objawów. Z powodu choroby ktoś próbował mu podpalić mieszkanie, musieliśmy znaleźć inne. To był drugi pacjent. A potem było już tylko gorzej.

Kiedy dowiedział się pan, że zbliża się do nas pandemia?

Jestem konsultantem wojewódzkim do spraw chorób zakaźnych, kierownikiem kliniki, ordynatorem oddziału chorób zakaźnych, byłym prezesem zakaźników, więc miałem wiadomości o tym, co się zbliża już od grudnia ubiegłego roku. Na przełomie lutego i marca wybrałem się prywatnie do Indii z nadzieją, że polecę przy tej okazji do Chin. Cały rok zbieramy pieniądze z żoną, żeby na dwa tygodnie wyskoczyć w tropiki. Madagaskar, Indie, dżungla – im dalej, tym lepiej. Ja nie mam czasu na odpoczynek. Tym razem też chciałem urwać parę dni z prywatnego urlopu i polecieć do Chin, żeby sprawdzić, co się dzieje. Ale kiedy zobaczyłem na lotniskach w Indiach kilkanaście tysięcy Chińczyków w maskach, to mocno się wystraszyłem. Na każdym zrobiłoby to wielkie wrażenie, tym bardziej że u nas jeszcze o tym wirusie niewiele się mówiło.

Nie myślał pan ostatnio: po cholerę mi to, trzeba było wybrać inny zawód?

W młodości miałem różne pomysły, myślałem o archeologii, geologii, ale wiedziałem, że z tego nie da się wyżyć. Moja matka była farmaceutką, byłem jedynakiem z zamożnego domu, więc ktoś musiał się mną opiekować. Najpierw przyjeżdżały opiekunki, pierwsza była lokalna Niemka, która się mną zajmowała, więc uczyłem się niemieckiego, potem pół-Rosjanka, szlachcianka z pochodzenia, ale gdy mama nie miała co ze mną zrobić, dwa-trzy razy w tygodniu siedziałem w aptece, zajmując się przesuwaniem tych wszystkich odważniczków, miarek, ucząc się jednocześnie trudnych nazw. Efekt był znakomity, bo na studiach na zajęciach z farmakologii niewiele musiałem się uczyć. Prawie to wszystko znałem od przedszkola. Dużo czasu spędzałem też na podwórku, a raczej w ogrodach, bo mieszkałem w dzielnicy willowej. Naszymi sąsiadami byli głównie profesorowie uniwersytetu, także medycznego, docenci, lekarze. Zdawałem na medycynę, bo to był dla mnie naturalny kierunek studiów, poza tym właściwie cała moja klasa licealna poszła na Akademię Medyczną. Uczelnia mieściła się na drugim brzegu Odry.

Nie wszyscy wybrali pańską specjalizację.

Skończyłem uczelnię z wyróżnieniem, mówiłem pięcioma językami, ale zanim po-myślałem, jaką specjalizację chcę wybrać, moi rodzice… zżółkli. Przyjechali z sanatorium, gdzie brali zastrzyki odżywcze, bo taka była moda, i zarazili się wirusem zapalenia wątroby. Walka z tym wirusem stała się moją pasją. A po dwóch latach pracy w Klinice Chorób Zakaźnych zacząłem dyżurować w Klinice Kardiologii, a więc łączyłem internę z chorobami zakaźnymi, a właściwie z hepatologią. Teraz jest o tyle lepsza sytuacja, jeśli chodzi o zapalenie wątroby typu B, że już szczepimy noworodki, że szczepienia obejmują praktycznie wszystkich poza wariatami, którzy się na nie nie zgadzają. Bo w przypadku wirusa zapalenia wątroby zakażenie może skończyć się niestety rakiem albo marskością wątroby, więc ze strachu przed szczepionką fundują sobie śmierć. Proszę jednak pamiętać, że niebezpiecznych patogenów jest wiele. Są na przykład choroby prionowe, w których – mówiąc w skrócie – dochodzi do niekontrolowanego namnażania patologicznych białek, co prowadzi do postępującego uszkodzenia mózgu. Czynnikiem tym można się zarazić, choć nie ma on aparatu genetycznego. Przebieg choroby przypomina chorobę Alzheimera, tylko ta choroba postępuje o wiele szybciej. Nie wiemy, jak to leczyć, nie mamy jeszcze na to szczepionki, tak jak ciągle nie mamy u nas szczepionki na COVID-19.

Zastanawiał się pan czasem, dlaczego ludzie dziś nie ufają nauce? Co się takiego stało, że tak się boją szczepionek?

Naprawdę nie wiem, co się dzieje. Ma pani grupę płaskoziemców, czyli ludzi, którzy nie wierzą, że ziemia jest okrągła, którzy przeczą naukowym faktom. Dlaczego uważają, że wirusa SARS-CoV-2 nie ma, ale wirus grypy czy HIV jest? Mnie wyzywają w mailach od morderców, ludobójców, gestapowców, bo staram się pomagać pacjentom najlepiej, jak potrafię. Są dziś ludzie, którzy mówią, że w szpitalach leżą statyści. Jeśli ktoś uważa, że my pakujemy w podwójne worki na zmarłych statystów, to zapraszam do mnie na oddział. Niech pomoże nam tych nieżywych statystów transportować. Antycovidowcy leżeli już u mnie na oddziale. Część się ukrywała, ale dwóch akurat rozpoznaliśmy, bo demonstrowali swoją niewiarę w wirusa na ulicach, nim trafili do nas na oddział. Donosiła o tym lokalna prasa. Obydwaj, niewiele brakowało, by się przekręcili. Uwierzyli w COVID-19, gdy zobaczyli widmo śmierci przed sobą. To byli stosunkowo młodzi ludzie i przeszli bardzo ciężkie zapalenia płuc.

Coraz częściej mówi się też o tym, że decyzja o wprowadzeniu lockdownu została podjęta w wielu krajach po prezentacji matematycznego modelu profesora Neila M. Fergusona z Imperial College London. Z wyliczeń profesora wynikało, że zakazi się 80 procent populacji Wielkiej Brytanii, a setki tysięcy osób umrą, jeśli nie będzie narodowej kwarantanny. Czy to możliwe, że profesor Ferguson się mylił?

Nie zgadzam się z panią. W Polsce pierwszy lockdown był jedynym wyjściem, bo  państwo było kompletnie nieprzygotowane na większą epidemię. Brak środków ochronnych, brak odpowiednio przygotowanych oddziałów – tak wielka epidemia już na dzień dobry niekontrolowana. Nie wiedzieliśmy przecież, co to jest i na ile jest zaraźliwe, jakie środki prewencyjne musimy podjąć. Lockdown zrobił nam bardzo dobrze, bo zapanowaliśmy nad sytuacją. Ale w tym samym czasie stała się rzecz straszna, bo od razu, dwa dni po wprowadzeniu moim zdaniem słusznych restrykcji zostały one ostentacyjnie zlekceważone przez rządzących, którzy bez masek poszli składać wieńce. Dla mieszkańców wsi i miasteczek niosło to jeden przekaz – zamykanie ludzi w domach to bezsensowne działanie. Potem, kiedy wielkim wysiłkiem wojewodów, marszałków, prywatnych osób, którzy dostarczali nam posiłki i wodę, ubrania, maski, udało się nad tym wszystkim zapanować, zaczęły się pojawiać oskarżenia, że działamy na polecenie wielkich firm farmaceutycznych. W pierwszym momencie myślałem, że te brednie opowiadają pacjenci wypuszczeni z oddziałów psychiatrycznych. Dorywali się do naszych skrzynek mailowych. Obrzucali nas błotem. Grozili zabójstwem rodzin. Usłyszałem najpierw, że jestem popaprańcem z PO, a za 15 sekund czytałem, że jestem świnią z PIS-u. Wszystko zaskarżyłem. Nie wiem, kto to stymuluje. Zastanawiam się czasem, czy to nie są przypadkiem działania spoza naszego kraju, żeby nas wszystkich skłócić w tak trudnym czasie. I to niezależnie od faktu, że mamy polityków w kraju, którzy na okrągło nas skłócają. 

Potem rząd poluzował obostrzenia.

Jak można było pozwolić na organizację wesel, pogrzebów, mszy, a czepiać się ludzi biegających po parkach? Przeciwko temu protestowałem. To absurd. Cały czas pani czytała o tym, że na jakimś weselu zaraziło się 70 albo i więcej osób. Nikt nie podawał potem, ile osób zmarło. Jak się tolerowało taki stan rzeczy aż do października, nie egzekwowało restrykcji, ba, ukarano sprzedawczynię, która nie chciała obsłużyć klienta bez maseczki, to przepraszam: w jakim my państwie żyjemy?! Na Dzikim Wschodzie! Chociaż ten Wschód okazał się o wiele bardziej cywilizowany od nas i lepiej dał sobie radę niż my. Tajwan, Korea Południowa, Japonia znakomicie sobie poradziły, bo mieszkańcy przestrzegali rozsądnych zaleceń władz. Społeczeństwa się jednoczyły wobec tak wielkiego problemu, bo ludzie wiedzieli, że od zachowania każdego obywatela zależy przebieg pandemii. My się szybko jednoczymy, ale na krótko, bo wypala się w nas ten ogień błyskawicznie. Poprzedni minister zdrowia opowiadał głupstwa, że jest pół tysiąca zakażonych, bo robił jakieś wybiórcze badania serologiczne w kopalni albo gdzie indziej. Od razu mówiłem, że tę liczbę trzeba pomnożyć przynajmniej przez pięć. Teraz oficjalnie mamy mniej więcej 25 tysięcy zakażonych każdego dnia, czyli prawdopodobnie każdego dnia zakaża się 100 tysięcy Polaków (dane z końca listopada – red.). Ale po tygodniu ma pani milion zakażonych, po miesiącu cztery miliony, po dwóch miesiącach osiem. Zbliżamy się najgorszą drogą, jaką jest przechorowanie – licząc się z tym, że ileś osób zginie – do odporności zbiorowej.

Kiedy jedzie pan do pracy o świcie, myśli pan czasem, ile ta wojna potrwa?

Nie mam czasu myśleć o takich rzeczach. Ale dobrze pani trafiła, interesuję się historią wojskowości. Obydwaj dziadkowie byli oficerami w różnych armiach, ostatecznie w polskiej dziadek ze strony ojca został rozstrzelany przez Rosjan w Starobielsku. Jeśli już porównujemy to, co się dzieje, do działań wojennych, powiem pani, że gdy dywizje wojskowe stały w czasie I wojny światowej pod Sommą w okopach, to po siedmiu dniach były wycofywane i zastępowane innymi. My walczymy od marca. Nie narzekam, bo to nasz zawód, za to nam płacą, raz lepiej raz gorzej, ale materiał się zużywa. Są stresy, konflikty. Ludzie praktycznie nie wracają do domów. A kiedy już wrócą, mają dzieci, które nie chodzą do szkoły, równie zestresowanych małżonków, co generuje konflikty. Do tego stale napięta sytuacja w kraju. Gdzie mają nabrać sił? Proszę się też zapoznać z raportami policji
na temat stopnia przemocy domowej w ostatnim czasie.

Gdy pan zaczynał pracę zaraz po studiach, było łatwiej?

Ani trochę. Najtrudniejsza była szarość socjalizmu. Dobrze się uczyłem, ciężko pracowałem, a więc wyjeżdżałem na stypendia zagraniczne. Ale te głupstwa wtedy opowiadane, te zebrania partyjne to przecież była żenada. Mniej więcej tak się powoli zaczyna robić teraz w Polsce. Wtedy też była telewizja, której się nie dało oglądać. Przerażenie człowieka ogarnia. Określone grupy ludzi robią wszystko, żebyśmy wrócili do punktu, w którym już byliśmy. Przez łamanie praw człowieka, nieprzestrzeganie praw mniejszości, narzucanie swoich poglądów kobietom. Jakieś ustawy, które wychodzą nieprzygotowane, w szczycie pandemii… Po co? My mamy się jednoczyć, walczyć z katastrofalną sytuacją. Mówimy cały czas o epidemii. A gdzie są moi dotychczasowi pacjenci, którzy czekali miesiącami na łóżka? Z powodu chorób wątroby na przykład. Ja ich nie widzę poza jednym dniem, gdy udzielam konsultacji. Nie ma gdzie ich położyć, nie ma co z nimi zrobić, a oni gdzieś przecież chorują, może umierają.

Pańscy bliscy wytrzymują ten poziom stresu przy panu?

Żona była moją współpracowniczką. Poznaliśmy się w pracy, zerwaliśmy poprzednie związki i nareszcie ktoś panuje nad tym, co robię. Przy moim stylu życia nie można inaczej funkcjonować. Ale niezależnie od moich układów osobistych dzieci zawsze były ze mną i bardzo je kocham. Miałem ich troje, teraz niestety tylko dwoje, ale są wnuczki i wnuki. Straciłem 18-letnią córkę. To jest dla mnie wielka porażka życiowa, ale takiej doświadczyło wiele rodzin. Sam u niej chorobę rozpoznałem, wiedziałem, jak będzie. Każdą śmierć się bardzo przeżywa, ale to jest dziecko. Gdy odchodzą rodzice, dziadkowie, to jest bardziej naturalne. Tak wymieniają się pokolenia. Natomiast dziewczyna 170 cm wzrostu, piękna, prymuska z XIV Liceum we Wrocławiu? Z tym nie można się pogodzić. Już na zawsze pozostanie we mnie głęboki, bardzo głęboki uraz.

Pan profesor nie owija złych wiadomości w bawełnę, choć rząd już próbował zamknąć panu usta. Nigdy pan nie czuje strachu?

Czego mam się bać? Ci, którzy nas straszą i się boją, to niedowartościowane produkty socjalizmu. Czas się zmienił. Mieszkałem w Stanach, byłem na różnych stypendiach w Belgii, Niemczech, Anglii i wiem, że każdy, jeśli kogoś nie obraża, ma prawo wypowiadać własne poglądy. W trakcie naszej rozmowy była pani świadkiem, jak prywatnymi kanałami próbuję nawiązać kontakt z niemieckimi kolegami, aby poprawić efektywność leczenia, a przede wszystkim zmniejszyć liczbę zgonów. W tym tempie do początku lata 2021 połowa Polaków może zakazić się SARS-CoV-2. Część przechoruje to jawnie, ileś tysięcy umrze, jeśli do tego czasu szczepionka nie będzie ogólnodostępna w Polsce i nie zostanie wdrożony sprawny system szczepień – szczególnie dla osób z grup podwyższonego ryzyka na zakażenie, jak i ciężkiego przebiegu COVID-19. Gdyby pani mogła się przejść korytarzem po naszej klinice, zobaczyłaby pani, że na każdej sali leżą po dwie, trzy osoby duszące się, pod tlenem, którego coraz bardziej zaczyna brakować. Powinny leżeć w separatkach, bo czasem mają inne choroby zakaźne, ale od pięciu lat nie doprosiłem się o konieczną przebudowę obiektu, o jednoosobowe separatki – były ważniejsze sprawy, np. budowy pomników, jakieś rocznice. A gdzie w tym wszystkim potrzebujący pomocy chory człowiek. Leków jako takich na COVID-19 nie mamy. Jeszcze się kłócimy z Unią (tzn. nie my jako społeczeństwo, tylko aktualnie rządzący). Przecież praworządność, którą akceptuje 25 krajów, to bardzo szlachetna i potrzebna rzecz, a u nas odwrotnie. Trzeba się pokłonić przed uniwersalnymi wartościami europejskimi, przeprosić za głupstwa i wziąć, co się da, z kasy pomocy w naszym wspólnym interesie.  

Ma pan jakieś hobby, które choć na moment odciąga pana od tej strasznej rzeczywistości?

Lubię podróże, nurkowanie, zbieranie grzybów, przyjęcia i dancingi, kiedyś polowania. Ponadto lubię strzelać praktycznie ze wszystkiego. Strzelałem w różnych krajach z bardzo różnej broni, w Polsce udało mi się strzelić nawet z armaty. To mnie uspokaja. Dziwne hobby, co? 

Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 01/2021
Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również