Louis Theroux zagląda do świata internetowych guru męskości i próbuje zrozumieć, jak działa manosfera. Zjawisko groźne, coraz bardziej wpływowe i trudne do zatrzymania.
Oczywiście, że „W głębi manosfery” z miejsca stało się popularnym dokumentem, że Netflix podsunął go większości swoich użytkowników – żyjemy w cyfrowym społeczeństwie uwielbiającym ekstremalności, silnie podzielonym, być może już rzeczywiście niebezpiecznym. Gdy Louis Theroux (znany i ceniony od dekad dziennikarz) wchodzi na posesję Harrisona Sullivana, czyli HSTikkyTokkiego (bądźcie przygotowani na wiele tik-tokowej nomenklatury!), rozpoczyna z góry przegraną walkę: poszukiwanie logiki w środowisku „czerwonej pigułki”, w siedlisku mizoginistycznej antyutopii. W miarę poznawania kolejnych prominentnych postaci z tego kręgu sprawia wrażenie coraz bardziej bezradnego, jak gdyby zawiedzionego, że za manosferą nie stoi żaden wielki spisek. Że to właściwie tylko grupka bezwzględnych cwaniaków, żerująca na lękach młodych mężczyzn na tyle efektownie, by rzeczywiście powodować wzrost sieciowych toksyczności.
Brytyjczyk dociera całkiem głęboko. Zagląda za kurtynę „The Fresh and Fit Podcast”, do sypialni Myrona Gainesa, spędza dzień w posiadłości Justina Wallera, przechadza się ze Sneako (teraz już bardziej trumpowskim aktywistą). Próbował nawet zaangażować do materiału Andrew Tate’a, dla którego stanowił „za rzadko wyszukiwaną frazą w Google”, by być wartym wysiłku. Oglądamy samozwańczych samców alfa, wpływających na coraz młodszych ludzi (szczególnie pokolenie Alfa, obecnych „podstawówkowiczów”), w ich naturalnym środowisku. Klepiących wyuczone frazy, pozbawionych jakiejkolwiek empatii, przerażająco sprytnych biznesmenów. Ale zarabiających na promowaniu narcyzmu, braku tolerancji i fanatycznego seksizmu. Co ciekawe: najczęściej w towarzystwie ich partnerek – przekonanych, że „to dotyczy wszystkich pozostałych”.
Film unika, niestety, jakiejś głębszej analizy całego fenomenu manosfery. Nie uczy nas jego historii, nie analizuje statystyk, nie mierzy wpływów na odbiorców. Jakby „netfliksowo” obawiał się stracić uwagę widza, gdyby zamienił się w dokument z krwi i kości. W zamian stawia na proste rozmowy i łatwo przyswajalną „narrację”. Obawia się być może odważniejszych tez, wierząc, że pokazując, jak szybko bohaterowie filmu robią z Theroux kolejne narzędzie do zwiększenia „zaangażowania” swoich live’ów, do nabijania polubień oraz sponsorowanych kliknięć, udowodni obłudę „czerwonych”. Problem w tym, że oglądany przez młodszych użytkowników, stanie się powodem do śmiechu z „przegrywowości”, „cringe’u” prowadzącego, niechętnego do stawania do bezsensownej walki.
Ostatecznie dostaniemy tylko potwierdzenie dotychczasowych przekonań. Starsi i świadomi odbiorcy kultury – potwierdzenie tego, jak nieciekawie jest w częściach sieci, że nasze dzieci są autentycznie narażone na szkodliwą „atrakcyjność” ekstremizmów. Młodsi i „wyłączający telewizor” – potwierdzenie, że dawne media nie radzą sobie z siłą nowego modelu przekazu informacji. Ale puszczenie „W głębi manosfery” komuś przed seansem „Dojrzewania” Jacka Thorne’a i Stephena Grahama może ciekawie rozszerzyć oba konteksty. Cytując Netfliksa: kropla drąży skałę.
Jednym zdaniem:
Zaledwie niezły dokument o bardzo istotnym i potrzebującym dokumentowania zjawisku.