Przy okazji premiery dokumentu o „America’s Next Top Model”, w którym dużo miejsca poświęcono okropnemu traktowaniu uczestniczek, pojawiło się wiele komentarzy w rodzaju: „Dzisiaj to nie mogłoby mieć miejsca”. Jakie inne produkcje trudno oglądać po latach?
Wraz z rozwojem mediów wizualnych w pruderyjnych Stanach Zjednoczonych próbowano ująć w ramy, co i jak wolno pokazywać. Kluczowym narzędziem stał się Kodeks Haysa zakazujący filmowcom pokazywania m.in. nagości, homoseksualizmu, a nawet pozamałżeńskich romansów i oczywiście stosowania wulgaryzmów. Kodeks obowiązywał od 1934 do 1968 roku, kiedy to wraz ze zmianami kulturowymi został zastąpiony systemem ratingowym MPA, określającym ograniczenia wiekowe dla danej produkcji. Podobny zestaw zasad obowiązywał nadawców telewizyjnych. Wprowadzono go w 1951 roku po skandalach z ustawianymi quiz show. Kodeks określany jako Television Code został zlikwidowany w 1983 r. głównie z powodu nacisku reklamodawców, którym nie podobały się ograniczenia czasowe emisji reklam (np. do 12 minut na godzinę w programach dziecięcych).
Od tego czasu nad przyzwoitością produkcji pokazywanych na ekranie czuwał FCC, amerykański odpowiednik naszej KRRiT. Przy czym przez dekady nie było głośniejszych spraw, w których musiałby zająć stanowisko. To się skończyło w 2004 roku, gdy podczas finału Super Bowl Justin Timberlake zerwał z Janet Jackson fragment jej kostiumu, ukazując oczom 150 mln widzów nagą pierś artystki. Krótko po tym uchwalono ustawę podnoszącą kary za naruszenie zakazu emisji wulgarnych lub obscenicznych materiałów 10-krotnie – do 325 tys. dol. To ostrzejsze egzekwowanie zasad jednak nie odnosiło się do takich kwestii jak np. obraźliwe i agresywne zachowania, mobbing, bodyshaming, wyśmiewanie mniejszości etnicznych lub seksualnych czy nieetycznego postępowania producentów programów telewizyjnych. Dziś to właśnie te nieskodyfikowane, niekiedy uznaniowe kwestie są tym, co bulwersuje widzów oglądających po latach programy i seriale, które niegdyś były hitami o wielomilionowej oglądalności, a których lokalne adaptacje oglądamy nadal („Top Model”, „Kuchenne rewolucje”, „Piekielna kuchnia”).
Obrazowym przykładem jest wspomniany na wstępie reality show „America’s Next Top Model”. Wymyślony w 2003 roku przez gwiazdę wybiegów Victoria’s Secret, Tyrę Banks, w szczycie popularności miał 100 mln widzów i emitowany był w 180 krajach. Nikomu nie przeszkadzało, że na wizji doszło do wykorzystania seksualnego jednej z uczestniczek, że juror obraża aspirujące modelki czy wręcz maltretuje je psychicznie. Teraz, przepytywani w programie „Gorzka prawda: Za kulisami America’s Next Top Model” (Netfilx) twórcy show przyznają, że ich zachowania i metody stosowane w show były niestosowne, ale jednocześnie bronią się, że „takie były czasy”. Co ciekawe, jurorzy polskiej wersji „Top Model” z amerykańskiego pierwowzoru nadal czerpią garściami. I nie jest to powód do dumy.
Odchudzanie grożące śmiercią
Identyczną strategię „prawdy czasu” przyjmują też osoby stojące za show „The Biggest Loser” (2004-2016) w dokumencie „Waga prawdy: Kulisy programu The Biggest Loser” (Netflix). Tutaj próbujący schudnąć uczestnicy doznali nie tylko urazów psychicznych – wyszli z show również z poważnymi problemami zdrowotnymi. W głowie się nie mieści, że przed przyjęciem do programu nie przeszli badań medycznych gwarantujących, że ekstremalne odchudzanie nie zagraża ich życiu. A producenci zdawali sobie sprawę z ryzyka, bo w kontraktach było m.in. przyjęcie przez uczestnika odpowiedzialności za uszczerbki na zdrowiu, a nawet śmierć. I nie mówimy tu o show typu „Ninja Warrior”, a o programie prozdrowotnym.
Ale nie tylko programy typu reality oglądane po latach wywołują dyskomfort. Podobnie jest z serialami. W „Przyjaciołach” sceny poruszające temat nadwagi Moniki to w dzisiejszych kategoriach bezwzględny bodyshaming. Do tego nie ma tam osób o innym kolorze skóry niż biały (polskich widzów to może nie razić, ale w USA czy UK jest to komentowane). Jeśli z dystansu popatrzymy na doktora House’a, to nie da się nie zauważyć, że ten gość jest mobberem, znęcającym się psychicznie nad podwładnymi i do tego gardzącym pacjentami. Niepodrabialny Barney w „Jak poznałem waszą matkę” to skrajny mizogin, który nieraz rzucał aluzje dotyczące seksu z nieletnimi – działania, które jest przecież karalne. Zarzuty wobec ulubionych seriali pokolenia X można wyliczać bez końca – specjalizują się w tym młodsze pokolenia: na TikToku czy YouTube nie brakuje nagrań rozkładających niepoprawność polityczną programów z lat 2000 na części pierwsze.
Z drugiej strony rebooty, w których bardzo dba się o nieurażanie niczyich uczuć i pilnuje się „diversity and inclusion” wcale nie radzą sobie dobrze („Jak poznałam waszego ojca”, „I tak po prostu...”). Bo być może współczesna nam kultura mówi, jakie zasady powinny być zachowane przy tworzeniu filmów i seriali, ale przyciąga nas coś zgoła odmiennego. Nie bez powodu „pozytywne wiadomości” słabo się klikają, za to nagłówki wytrącające nas z równowagi i szokujące – jak najbardziej. To dlatego Seth MacFarlane ciągle realizuje obrażającego wszelkie świętości „Family Guya”, a Ricky Gervais tworzy swoje skrajnie niepoprawne politycznie stand-upy (przy czym oba te przykłady nie podpadają pod rygorystyczne zasady FCC, bo nie są pokazywane w telewizji naziemnej). No i nie bez znaczenia jest sentyment: możemy mieć świadomość bodyshamingu w „Bridget Jones”, obrażania społeczności LGBTQ w „Little Britain”, promowania zaburzeń odżywiania w „Clueless” i „Wrednych dziewczynach” oraz mizoginii Jamesa Bonda, ale gdy trafimy na te okropne produkcje, to i tak z przyjemnością je obejrzymy. Choć będzie to „guilty pleasure”.