Żyjemy w epoce wielkich przemian społecznych i technologicznych. Nasze związki się rozpadają, coraz trudniej znaleźć partnera na życie. Czy wraz ze światem zmienia się też miłość? Pytamy psycholożkę ewolucyjną prof. Aleksandrę Szymków–Sudziarską z Uniwersytetu SWPS.
PANI: Socjolodzy mówią, że miłość przestała spełniać swoją dotychczasową funkcję: już nie łączy nas w pary. Prof. Tomasz Szlendak wydał książkę „Miłość nie istnieje”. Czy pani też to widzi?
PROF. ALEKSANDRA SZYMKÓW-SUDZIARSKA: Wszystko zależy od tego, z jakiej perspektywy patrzymy na miłość, jak ją definiujemy. Jeśli uważamy ją za konstrukt społeczny, a tak mogą widzieć miłość socjolodzy – jako element kultury, na który się umówiliśmy, to on rzeczywiście się zmienia. Scenariusze randek, oświadczyn, sposób mówienia o miłości, który przekazywaliśmy sobie z pokolenia na pokolenie, ulega przemianom, bo świat i nasz styl życia się stale przeobraża.
Ale roześmiała się pani, słysząc: „miłość nie istnieje”.
Tak, uśmiechnęłam się, bo z mojej perspektywy badawczej miłość jest zbiorem adaptacji służących nawiązywaniu relacji i ich utrzymywaniu, które wykształciły się przez miliony lat ewolucji. Nie ma takiej możliwości, żeby po prostu zniknęły, dlatego że nastąpiły przemiany kulturowe. To jest po prostu nierealne. Oczywiście każdy naukowiec ma swoje podejście badawcze: z mojego, jako psychologa ewolucyjnego, miłość na pewno istnieje i będzie istnieć jeszcze bardzo długo.
Zawdzięczamy miłość ewolucji?
Mamy na to dowody, ogromną ilość badań przeprowadzanych przez badaczy z przeróżnych dyscyplin naukowych, m.in. biologów, antropologów czy psychologów ewolucyjnych, które pokazują, że miłość ma biologiczne podstawy, została wykształcona między innymi na mocy mechanizmu selekcji płciowej i jest uniwersalna kulturowo.
Znana antropolożka Helen Fisher twierdzi, że miłość jest potężnym popędem biologicznym, który występuje we wszystkich społecznościach na świecie. O to tu chodzi?
Nie znaleziono społeczności ani obszaru, gdzie miłość by nie występowała. To oznacza, że jest czymś wspólnym dla wszystkich ludzi, bez względu na miejsce urodzenia i kulturę. Nazwałam miłość zbiorem adaptacji, co może nie brzmi romantycznie, ale jest ważne, jeśli chcemy podkreślić, że miłość nie jest pojedynczym uczuciem, lecz całym zestawem różnych mechanizmów biologicznych i psychologicznych, związanych z pociągiem płciowym, pożądaniem, zainteresowaniem, przywiązaniem. Adaptacją są również zniekształcenia poznawcze, takie jak idealizowanie partnera czy partnerki na początku relacji albo „ślepota” na atrakcyjność innych osób w otoczeniu. Jest ciekawy eksperyment, który udowadnia, że zakochani mężczyźni stają się czasowo niewrażliwi na sygnały seksualne płynące od innych kobiet. Niżej oceniają ich atrakcyjność.
Po co miłość wyewoluowała?
Żebyśmy znaleźli partnera i utrzymali (przynajmniej przez jakiś czas) długoterminową relację z jedną osobą. Wchodzenie w trwałe romantyczne związki wydaje się dla nas ewolucyjnie samopobardzo opłacalne przede wszystkim z powodów reprodukcyjnych. Nasze dzieci rodzą się niedojrzałe, z nierozwiniętymi mózgami, przez długi czas są niesamodzielne. Potrzeba współopiekowania się nimi, żeby przetrwały, była najprawdopodobniej czynnikiem, który decydował o pojawieniu się adaptacji do nawiązywania trwałych relacji.
Dziś często sądzimy, że miłość jest po to, byśmy byli szczęśliwi.
Kiedy mówimy o szczęściu we dwoje czy znalezieniu bratniej duszy, znowu wkraczamy w obszar romantycznych przekazów kulturowych, tego, co nam o miłości powiedziano w mediach, filmie, literaturze, w sztuce. Tu wiele zależy od naszych interpretacji, wzorców wyniesionych z domu, naszego wychowania, autorytetów. One wpływają na to, jak rozumiemy miłość, jak okazujemy emocje, a przede wszystkim, jakie mamy oczekiwania. Ale oczekiwania często rozbiegają się z rzeczywistością. Miłość nie wyewoluowała po to, żeby czynić nas szczęśliwymi, choć wielu jej adaptacjom towarzyszą euforyczne doznania i poczucie spełnienia. Tylko że nie są celem, prędzej produktem ubocznym.
Zbliża się międzynarodowy Kongres i Festiwal Psychologiczny Re_Mind na którym będzie pani mówiła o niedopasowaniu ewolucyjnym w relacjach romantycznych. Te nasze oczekiwania są właśnie objawem niedopasowania?
Nie tylko one. Obserwujemy dziś, że ludzie mają rosnące problemy z nawiązywaniem relacji. Odwołam się do niedawnego badania, które objęło 14 krajów, w tym Polskę: pokazało, że co druga osoba doświadcza problemów z wchodzeniem w długoterminowe związki. Prawie 40 proc. deklarowało też trudności z utrzymaniem już istniejących. W Polsce niecałe 30 proc. komunikowało, że mimo chęci nie może znaleźć partnera. Badacze zadają więc sobie pytanie: co się dzieje? Z mojej perspektywy odpowiedź brzmi, że mamy problemy, bo żyjemy dziś w środowisku niedopasowanym do tego, w jakim wyewoluowaliśmy.
Nasze „biologiczne oprogramowanie miłosne” jest niedostosowane do współczesnego świata?
Tak, bo na wykształcenie się nowych adaptacji potrzeba tysięcy lat. Przez większość naszej historii ewolucyjnej, czyli przez jakieś 2,5 miliona lat, byliśmy łowcami zbieraczami, wędrowaliśmy po świecie, nie gromadziliśmy dóbr, żyliśmy w małych grupach. Nasze umysły świetnie się dopasowały do takich warunków. Potem, mniej więcej około 10 tysięcy lat temu, przeobraziliśmy się w społeczności rolnicze. Zmieniliśmy sposób życia, sposób jedzenia. Wiemy, że powstało kilka nowych adaptacji, szczególnie w rejonach, w których rolnictwo powstało najwcześniej. Przykładem jest persystencja laktazy, czyli enzymu, który pozwala nam trawić mleko, mutacja, która powstała niezależnie w kilku miejscach na świecie na skutek zwiększenia jego konsumpcji. Ale nadal, te 10 tysięcy lat to dla ewolucji człowieka dość krótki okres. Jeśli spojrzymy z tej perspektywy na przemiany cywilizacyjne i kulturowe związane z nowymi technologiami z ostatnich kilkudziesięciu lat, to jest to ułamek czasu, krótka chwila. Zmieniła nasze życie, ale nie tknęła naszych ewolucyjnych przystosowań. Nadal bardziej boimy się pająków niż samochodów. Nie mamy adaptacji do antykoncepcji hormonalnej, do aplikacji randkowych ani mediów społecznościowych.
I dlatego mamy problemy w relacjach romantycznych?
Podam przykład tego niedopasowania. Nasze adaptacje wykształciły się w świecie, w którym nasi przodkowie byli w stanie spotkać przez CAŁE swoje życie kilkunastu, w najlepszym razie kilkudziesięciu potencjalnych partnerów czy partnerek. Czyli tylu, ile dziś osoba korzystająca z aplikacji randkowych może zobaczyć jednego ranka. To jest po prostu nieporównywalna skala. Z jednej strony nasz racjonalny umysł mówi nam: to chyba lepiej, że możemy wybierać z większej liczby opcji. Ale paradoksalnie okazuje się, że to tak nie działa; mamy problem z wyborem, jeśli możliwości jest zbyt wiele. Dobrze pokazują to badania zachowań konsumenckich. Był taki eksperyment, w którym badanych podzielono na dwie grupy, jedni wybierali z sześciu opcji produktów, a drudzy z 24. Najbardziej zadowoleni byli ci, którzy mieli mniejszy wybór i nie mogli zwrócić produktu.
Ależ my lubimy zwroty!
I to jest kolejny paradoks. Opcję zwrotu oceniamy jako korzyść a jednak ona powoduje, że bywamy bardziej niezadowoleni i skłonni do wycofania się z wyboru. Natomiast kiedy jej nie mamy, uruchamiają się procesy związane z uzasadnieniem sobie swojego wyboru. Jeżeli już wybrałam i nie mogę tego zmienić, to przekonuję samą siebie, że moja decyzja była dobra. Szukam uzasadnień i plusów, żeby zachować dobre samopoczucie i dobre myślenie o sobie. W kontekście związków romantycznych jest podobnie. Wydaje się nam, że im więcej, tym lepiej, a badania pokazują, że jeśli mamy nadmiar potencjalnych partnerów, to ani nie jest nam łatwiej dokonać wyboru, ani nie jesteśmy bardziej zadowoleni z podjętej decyzji. Innym skutkiem tych wielu opcji jest spadek motywacji do utrzymywania długoterminowego związku, kiedy pojawiają się trudności. A one przecież zawsze się w związku pojawiają. Samo przesunięcie wyboru partnera do internetu, które rośnie lawinowo (badania pokazują, że już około 30–40 procent ludzi szuka miłości tylko w sieci), odcina nas od ewolucyjnych wskazówek, które dotąd były dla nas ważne przy wyborze partnera: zapach ciała, obserwacja jego czy jej zachowania w kontaktach społecznych. Aplikacje randkowe nas oszukują, bo w nich kłamiemy, zaniżamy wiek, wagę, podwyższamy zarobki, co często prowadzi do rozczarowań, a potem zniechęcenia.
A media społecznościowe?
Tutaj też technologia niezbyt nam pomaga. Media społecznościowe źle wpływają na naszą samoocenę w kontekście wartości partnerskiej, czyli tego, za jakiego partnera, partnerkę się uważamy. Trudno jest myśleć o sobie dobrze, jeśli zdani jesteśmy na porównywanie się z wyidealizowanymi profilami, a także z selektywnie eksponowanymi informacjami na temat pełnego pasma sukcesów życia innych osób. I nagle możemy poczuć, że nie zasługujemy na naszego partnera czy partnerkę albo partner może poczuć, że zasługuje na kogoś lepszego, jeśli wokół tyle możliwości. Oczywiście wiemy, że zdjęcia z Instagrama nie mówią prawdy, a jednak na automatycznym poziomie uruchamiają porównania i wpływają na to, jak postrzegamy własny związek i samych siebie.
Jaka płynie z tego dla nas lekcja?
To trudne pytanie. Ale jeśli wiemy, że szeroki wybór jest tak naprawdę pułapką niepewności, może powinniśmy sami stwarzać sobie ograniczenia? Zawężać pulę? Badania pokazują, że osoby, które mają wyklarowane preferencje i dość rygorystycznie ustawiają kryteria w aplikacjach randkowych, są bardziej zadowolone z wyborów. Możemy też ograniczać czas spędzany w aplikacjach.
Może nie korzystać wcale? Wrócić do realu, w którym działa zapach i inne ewolucyjne strategie?
Powiedziałabym, że to dobry pomysł, gdyby był w ogóle możliwy i gdybym nie znała wielu osób, które poznały się dzięki tym aplikacjom i są szczęśliwymi parami, małżeństwami. Musimy raczej uczyć się mądrze korzystać z nowych technologii - jestem więc za filtrowaniem, ograniczaniem wyboru, lepszym zrozumieniem, czego dokładnie szukamy w partnerze. Ale opowiem pani o zaskoczeniu, jakie przeżyliśmy niedawno jako badacze. Przez wiele lat zakładaliśmy, że większość par zawiązuje się w sposób dość przypadkowy. Spotykają się i zakochują. Trafia ich strzała Kupidyna. Tymczasem nowe badania pokazały, że ponad 70 proc. wszystkich romantycznych związków długoterminowych wyłania się z przyjaźni. Znamy się, widujemy, lubimy, spędzamy razem czas i dopiero później pojawia się chęć nawiązania relacji romantycznej.
Przyjaźń zamiast miłości od pierwszego wejrzenia?
W ogromnej większości trwałych związków. Mamy hipotezę, że popularność przekonania, że miłość powstaje nagle, jak grom z jasnego nieba, może być w dużym stopniu kulturowym przekazem. Taki obraz miłości propagowała nasza kultura. Często do niego tęsknimy, uważamy za normę, a jak pokazują badania, taki scenariusz zdarza się rzadko. Znacznie częściej miłość przychodzi przez przyjaźń. Oczywiście tu nadal jest wiele pytań, na przykład po jakim czasie przyjaźni się pojawia, od czego zależy – to próbujemy uchwycić w naszych badaniach.
Ewolucja skłania nas, byśmy zakochiwali się w przyjaciołach?
Być może nawiązujemy przyjaźnie, by znaleźć partnera. Testujemy taką właśnie hipotezę. Bo dlaczego mężczyźni, gdy się ich pyta o cechy idealnej przyjaciółki, wymieniają wśród nich atrakcyjność fizyczną? Dlaczego dla kobiet ważne jest, żeby przyjaciel dobrze zarabiał? Przecież w przyjaźni najważniejsze jest zaufanie, wspólnota upodobań, zainteresowań, to, że możemy na sobie polegać. Tymczasem okazuje się, że kumpel nie jest tylko po to, by z nim „konie kraść”: badania pokazują, że nasze wybory w przyjaźni niezwykle pasują do tych, których dokonujemy w kontekście romantycznym. Preferencje pokrywają się na tyle, że badacze zaczęli się zastanawiać, czy nie zawieramy przyjaźni z niekoniecznie świadomym założeniem, że być może kiedyś rozwiną się w związek miłosny.
Ale to jest właściwie bardzo dobra wiadomość. Psycholodzy twierdzą, że związki, w których partnerzy się przyjaźnią, są szczęśliwsze.
Tak, wiemy przecież z badań, że dla trwałości relacji ważne są wspólne wartości, podobny światopogląd, zaufanie, to, że możemy na sobie polegać, czyli to, co czyni nas przyjaciółmi. Można przypuszczać, że związki romantyczne, które powstały z przyjaźni, są trwalsze od tych, które nawiązały się w inny sposób. Ale jest jeszcze kolejny ciekawy wątek – badając romantyczne pary, które jednocześnie przyjaźnią się z osobami płci przeciwnej, zauważyliśmy, że o ile łatwo jest spotkać heteroseksualną kobietę, która ma stałego partnera, a oprócz niego przyjaciela, o tyle bardzo trudno znaleźć heteroseksualnego mężczyznę, który ma żonę i jednocześnie przyjaciółkę. Podejrzewamy, że w stałych związkach kobiety przeciwdziałają przyjaźniom swoich partnerów z innymi kobietami, zupełnie jakby dostrzegały, że są ich potencjalnymi rywalkami, okazją do zdrady.
Można powiedzieć, że słusznie?
Można, skoro wiemy, że w co drugiej damsko-męskiej przyjaźni pojawiają się wątki romantyczne, nawet gdy są niechciane. Ponadto o ile u kobiet zainteresowanie seksualne przyjacielem pojawia się wtedy, gdy w jej stałym związku dzieje się źle, o tyle u mężczyzn może pojawić się bez powodu. Mężczyzna może być szczęśliwy w małżeństwie, doceniać swoją partnerkę, a jednocześnie zainteresować się erotycznie przyjaciółką, o ile jest atrakcyjna. Sądzę, że kobiety to wiedzą, a przynajmniej czują. Choć chciałabym dodać, że z całą pewnością istnieją także zupełnie platoniczne przyjaźnie damsko-męskie – takie, w których wątki romantyczne czy seksualne w ogóle się nie pojawiają.
Co możemy zmienić w naszym współczesnym stylu życia, żeby działać na rzecz trwałości miłości?
Nie mam gotowej recepty. Nie powstrzymamy przemian cywilizacyjnych ani technologii. Ale myślę, że powinniśmy próbować się zatrzymać, szukać uspokojenia, ograniczać ilość bodźców, preferować kontakty w realu. Być może potrzebujemy wiary w to, że możliwe jest stworzenie szczęśliwego, długoterminowego związku; jej z pewnością ostatnio nam brakuje. A może potrzebujemy zaakceptować, że miłość, jak wszystko inne, nie trwa wiecznie? Będziemy szczęśliwsi, doceniając ten czas, kiedy kochamy.
Dr hab. Aleksandra Szymków-Sudziarska, profesor Uniwersytetu SWPS – psycholożka ewolucyjna, kierowniczka Centrum Badań nad Biologicznymi Podstawami Funkcjonowania Społecznego, wiceprezeska Polskiego Towarzystwa Nauk o Człowieku i Ewolucji.