Wywiad

"Wierzę, że moja historia pomoże innym". Bogna Sworowska o stracie i strachu w poruszającym wywiadzie PANI

"Wierzę, że moja historia pomoże innym". Bogna Sworowska o stracie i strachu w poruszającym wywiadzie PANI
Fot. Filip Zwierzchowski

Tę rozmowę dedykuję wszystkim samotnym, chorym i przestraszonym. Nawet nie wiecie, jak jesteśmy silni, jaką mamy moc. Wiem, bo byłam po stronie bólu i smutku, i wiem, jak trudno się podnieść – mówi modelka i bizneswoman Bogna Sworowska. 

PANI: Chciałam porozmawiać z tobą o tym, jak radzić sobie z bolesnymi, dramatycznymi wydarzeniami. Twoja osobista historia to mozolne podnoszenie się z traumy. W roku 1994 w Paryżu zginął twój partner. Wracasz czasem do tych wspomnień?

BOGNA SWOROWSKA: Nie ma roku, bym o tym nie myślała. 21 listopada jest dla mnie zawsze trudnym dniem. Moi przyjaciele wiedzą o tym i próbują odwrócić moje myśli od tamtych bolesnych wydarzeń. Zabierają mnie do kina, na wino, wernisaż, bym tylko nie wracała do tamtych dni. Moja prywatna historia była z gatunku tych, co wydarzają się tylko w kinie. I nagle w mieszkaniu, w którym byłam, zostaje zastrzelony mój ukochany mężczyzna.

Z Siergiejem planowaliście ślub?

Taki mieliśmy plan. Siergiej był biznesmenem pochodzenia rosyjskiego z francuskim paszportem. Spędził we Francji większość swojej młodości. Pośredniczył w wielu biznesowych transakcjach. To był niestety czas umacniania się we Francji zarówno rosyjskiego biznesu, jak i mafii, która przybyła do Francji z dużą ilością pieniędzy, by kupować nieruchomości i rozwijać swoje interesy. Ja robiłam karierę jako modelka i nie miałam świadomości, że mój partner, funkcjonując w oficjalnych, legalnych interesach, mógł znać ludzi z innych kręgów. Już po śmierci Siergieja dowiedziałam się, że otrzymywał on różne propozycje „ochrony”. Nie wiem, przed czym ktoś miałby nas chronić, ale być może „propozycja” nie została przyjęta. Wcześniej zaniepokoiło mnie, że Siergiej zasugerował mi ochronę i poprosił, żebym sama nie wychodziła z domu. Zapytałam, co się dzieje. Otrzymałam tylko zdawkową odpowiedź: „Wolę zabezpieczyć rodzinę, by wam się nic nie stało”.

Co się wydarzyło 21 listopada?

Tego dnia miał jechać do Moskwy na jakieś bardzo ważne negocjacje biznesowe. Wrócił późno do domu, ok. 1 w nocy. Miał służbową kolację, na którą nie poszłam, bo byłam świeżo po zabiegu implantacji zęba. Zaczęłam na dole pakować jego walizkę, on poszedł na górę sprawdzać jeszcze wiadomości. Ktoś zadzwonił do drzwi, zbiegł z góry i usłyszałam hałas, huk. To wszystko. Potem zobaczyłam postać Siergieja zbliżającą się do naszej sypialni. Jeszcze próbował zapalić światło, ale widziałam, że coś jest nie tak, bo nie miał skoordynowanych ruchów. Zobaczyłam bardzo dużo krwi. Próbowałam go reanimować, dzwoniłam na wszystkie możliwe telefony. Ale było za późno... Po kilkunastu minutach (dla mnie to była wieczność) na miejscu była już karetka, policja, brygady specjalne. Wypytywano mnie o wszystko, wiele razy powtarzano te same pytania. Sprawdzano, czy miałam kontakt z bronią. Tamtej nocy przyjechali w piżamach moi paryscy przyjaciele, którzy natychmiast otoczyli mnie niewiarygodną miłością i wsparciem. A ja miotałam się w rozpaczy, szoku, ale świadoma. Nie chciałam brać środków uspokajających, bo wydawało mi się, że tak będzie lepiej, że niestłumiona będę bardziej pomocna. Więc stałam tak z boku, jakbym stała na Marsie. Oglądałam to wszystko, jakbym oglądała w kinie film. Ale to nie był film. Nic do mnie nie docierało, odpowiadałam na pytania policji jak automat. Gdy potwierdzono jego śmierć, chciałam się tylko pożegnać, dotknąć... wiedziałam, że to po raz ostatni. To były tak dramatyczne momenty, że z okazji rocznic czy kiedy dzieje się coś złego na świecie, te obrazy wracają do mnie jeszcze silniej. Przez wiele lat nie byłam o tym w stanie mówić. Może dlatego, że zaraz po tym zabójstwie musiałam o tym opowiadać przez wiele godzin na przesłuchaniach. Zaczął się dla mnie kolejny koszmar. Odtwarzanie najdrobniejszych szczegółów. Niewiele to dało, bo przecież ja nic nie widziałam, będąc w sypialni.

I ten koszmar przesłuchań.

Przez pierwsze 48 godzin od zdarzenia nie pozwalano mi zasnąć, bo ponoć przez dwie doby pamiętamy najwięcej szczegółów. Pojono mnie więc kawą, coca-colą, bym tylko nie zasnęła. Analizowanie zdjęć, miliony pytań: „gdzie pani była, dlaczego pani nie poszła?”. Nie mogłam wrócić już do naszego mieszkania, bo każdy jego fragment był analizowany i sprawdzany. Przeniosłam się więc do mojej przyjaciółki. Potem do kolejnych przyjaciół. Po kilku dniach w asyście policji mogłam wrócić do mieszkania, by się spakować i zabrać swoje rzeczy. Gdy tylko mogłam i odzyskałam więcej świadomości, zadzwoniłam do Warszawy, do rodziców, bo bałam się, że usłyszą o tym, co się stało, z mediów.

Przerwałaś karierę?

Oczywiście! Wszystko się zmieniło. Postrzeganie ważności spraw, nieważności innych. Przestałam jeść, źle wyglądałam. Byłam opuchnięta od płaczu. Poza tym jak bym mogła po czymś takim robić kampanie czy wrócić na wybiegi. Byłam cieniem samej siebie. Po pogrzebie wyjechałam natychmiast do Polski. Zamieszkałam w mieszkaniu rodziców na Mokotowie, spałam tam 14–18 godzin dziennie. Trudno mi było zauważyć jakiś sens w życiu, zmotywować się do najprostszych rzeczy. Zawsze wiem, dokąd idę i czego pragnę, a wtedy utraciłam jakąkolwiek chęć do życia. Spałam, budziłam się na chwilę, znów zasypiałam. Rodzice byli coraz bardziej przerażeni moim stanem, bo nikt nie wiedział, jak mi pomóc. Na samą myśl o Paryżu zlewałam się zimnym potem, nie chciałam tam wracać. I choć znajomi zaczęli mnie tam znów wyciągać, nigdy już nie odzyskałam miłości do tego miasta. Pierwsze dwie wizyty od śmierci Siergieja były dla mnie okrutne. Serce biło mi jak oszalałe, gdy przechodziłam obok naszej kamienicy. Do dziś latam tam bez większej przyjemności. Mogę polecieć odwiedzić syna, przyjaciół, ale to już nie jest miłość.

Twój organizm chorował jeszcze długo. Cierpiałaś na zespół stresu pourazowego?

Psychologowie mówili mi, że moje przeżycia są porównywalne do przeżyć wojennych. Pojawiły się objawy chorobowe związane ze spazmofilią. Przypominały lekko konwulsyjne, padaczkowe omdlenia spowodowane silnym stresem. Zdarzały się nagle. W ciągu dnia, nocą miałam problemy z oddychaniem, pojawiały się napady silnego lęku. Ratunku szukałam u najbliższych, nie w lekach, ale w książkach na temat traum i psychologii. Przyjaciele ciągle coś proponowali, wyciągali mnie z domu, za co im do dzisiaj jestem ogromnie wdzięczna. Proces zdrowienia był niesłychanie powolny. Widziałam, że moi rodzice są coraz bardziej przygnębieni moim stanem. Często widziałam moją mamę płaczącą. Dwa tygodnie po tym zdarzeniu osiwiałam. To było jeszcze w Paryżu. Byłam wtedy u moich przyjaciół – Hani i Pierre’a, Pierre był dowcipnisiem i często ratował mnie poczuciem humoru i żartem. Obudziłam się pewnego ranka i zobaczyłam w lustrze, jakby ktoś pędzlem malarskim pomalował mi włosy na biało. Byłam pewna, że zrobił to w nocy Pierre, by mnie rozbawić, ale to niestety nie był on. Okazało się, że po takiej traumie ludzie siwieją, że tak się zdarza.

Dla młodej dwudziestoparoletniej kobiety to trudne do udźwignięcia.

Pamiętam, że z tą siwą głową pojechałam do babci Irenki i dziadka Stefana. W czasie II wojny straciła oko. Ich dom był ostrzeliwany przez Niemców. Kula przeszła przez szybę, przebiła babci oko. Całe życie miała sztuczne oko. Pamiętam, jak powiedziała do mnie: „Tylko czas ukoi ten ból. Nie próbuj zmieniać tego, co czujesz. Jeżeli masz ochotę wyć – to wyj, jeżeli masz ochotę płakać – płacz, jeżeli masz ochotę bić ścianę – to bij”, bo fizyczne wyrzucenie emocji daje ogromną ulgę. I wtedy oczywiście jej nie wierzyłam. Myślałam: co ta babcia mówi? Wydawało mi się, że nigdy nie nauczę się żyć z taką traumą. Ale po sześciu latach poznałam ojca mojego syna.

Byłaś już gotowa na nowe życie?

Tak mi się wtedy wydawało, ale nie wyszło. Rozstaliśmy się po kilku latach. Oboje byliśmy ludźmi po przejściach. Każdy nosił w sobie jakiś ból. Przyjaciele namawiali: „Spotkaj się. Siergiej chciałby, żebyś była szczęśliwa”. A mnie się wydawało, że to niemożliwe, żebym kiedykolwiek mogła być szczęśliwa, poczuć motyle w brzuchu unosić się kilka centymetrów nad ziemią. Sześć lat żyłam w pustce i rozpaczy, więc chciałam dać sobie szansę, spróbować. Zdecydowaliśmy się nawet na dziecko, ale okazało się, że mój organizm jest wyniszczony stresem. W grę wchodziła tylko metoda in vitro. I pojawił się Ivan, wspaniały lek na całe zło. Wyczekany, ukochany, który ratował moje zszargane emocje.

Wcześniej przyjaciele w Paryżu pomogli zbudować ci nową, alternatywną zawodową rzeczywistość. Wymyślili i załatwili ci pracę w public relations.

Tak, bez nich tkwiłabym w poczuciu: co ja mogę teraz robić w życiu? Poza modelingiem zero doświadczenia. Do tego te napady lęku, bezdechy... A moi przyjaciele wyciągali mnie i umawiali na kolejne spotkania. Pewnego dnia zorganizowali dla mnie przyjęcie pod hasłem „Welcome Bogna”. Zaprosili mnóstwo znajomych od bliskich po dalekich. Dostałam od nich masę wsparcia. Co chwilę ktoś podchodził i oferował mi staż, pracę. I tak trafiłam do pierwszej firmy, która zajmowała się aranżacją wnętrz biurowych i mieszkań. Mój znajomy dał mi szansę. Zostałam asystentką szefowej marketingu i ten biznes poznawałam od podszewki. Znajomy wykazał się też ogromnym sercem, bo ufundował mi różne, obłędnie kosztowne szkolenia piarowo-marketingowe.

Czułaś się bezpieczna w Paryżu?

Kilka miesięcy po śmierci Siergieja wróciłam do Paryża, by zacząć wszystko od nowa. Policja zasugerowała mi, że dobrze by było, gdybym na dwa lata zmieniła tożsamość. Wyszłam za mąż za mojego przyjaciela i zmieniłam personalia, przefarbowałam włosy. Miałam zniknąć. Ja się nie bałam i od tamtej pory już się niczego nie boję. Niewiele rzeczy może rozłożyć mnie na łopatki, jedynie utrata i choroba moich bliskich. Mam wrażenie, że jestem niezniszczalna, że nie boję się bólu, walki, czegokolwiek...

Cały wywiad przeczytasz w najnowszym majowym wydaniu magazynu PANI.

OKLADKA

Bogna Sworowska - Modelka. Bizneswoman. Właścicielka agencji PR. Producentka. Wicemiss Polonia, Miss Mazowsza i Miss Foto 1987 r. Warszawianka. Karierę modelki rozpoczęła w wieku 15 lat. W 1987 r. wyjechała do pracy jako modelka – pracowała w Nowym Jorku, Chicago, Miami, Paryżu, Mediolanie i Monachium. Jedyna Polka na okładce amerykańskiego „Playboya”. Była rzeczniczką prasową stacji TVN. Mama 17-letniego Ivana. Partnerka malarza i grafika Rafała Olbińskiego. Ma 55 lat.

Więcej na twojstyl.pl

Zobacz również