Weronika Książkiewicz: "O parę ważnych spraw musiałam w życiu zawalczyć"
Weronika Książkiewicz to bohaterka lutowego wydania magazynu Twój STYL.
Fot. ALA WESOŁOWSKA/ART FACES

Weronika Książkiewicz: "O parę ważnych spraw musiałam w życiu zawalczyć"

Co za historia: mama tancerka baletu, ojciec rosyjski lekarz! Dzieciństwo w Moskwie, wtedy tajemniczej, kolorowej. Weronika Książkiewicz poszła do szkoły baletowej, trenowała gimnastykę i pływanie. Ale nie była rozpieszczonym dzieckiem: dobre maniery, dyscyplina, praca. To się przydało, gdy przyszło zdawać do filmówki, pokonać poważną chorobę, w pojedynkę wychowywać dziecko. Dzisiaj, gdy podziwiamy ją w ostrej roli w "Furiozie", nie ma wątpliwości, skąd ta energia.

Grała dużo, sama zajmując się synem. Zmieniała mieszkania, walczyła o zdrowie. Godziła zadania matki i artystki, które nieraz ze sobą kolidowały. Bezpieczny filmowy wizerunek gwarantował stabilizację w zawodzie, ale nie o to jej chodziło. Przed czterdziestką nabrała odwagi, by zawalczyć o więcej. Wyjść z szuflady. Nawet jeśli mogło to oznaczać ryzyko, przestój w pracy. Plan był dobry. Pokazała inną twarz, zaskoczyła. Nas, ale nie siebie. Od zawsze wiedziała, że jest silna, nie boi się walczyć, a potknięcia nie odbierają jej nadziei. Kolejny raz dopięła swego.

Moskwa, Poznań, Łódź, Warszawa. Jesteś życiowym wagabundą. Sentymentalną częścią swojej natury nie żałujesz miejsc, które opuszczasz? 

WERONIKA KSIĄŻKIEWICZ: Nauczyłam się traktować je tak: tutaj czas się wypełnił. Nic więcej stąd nie zabiorę, nic z siebie więcej nie dam. Pora iść dalej. Moskwę wspominam jako piękny, kolorowy świat pełen zabawek i smakołyków. U nas lata 80. były biedne, tam dało się kupić wszystko. No i ten śnieg! Pamiętam wielkie czapy i futerka, które nosiłam. Kilka lat temu kręciłam w Moskwie serial. Przekonałam się, że dziś byłoby to dla mnie miasto trudne do życia, ale czuję sentyment do miejsc i ludzi, którzy – nie zawsze łatwi w pierwszym kontakcie – w rzeczywistości są wyjątkowo serdeczni. Teraz ważna jest Warszawa. Od niedawna mieszkam w Wilanowie, już mam tu swoją restaurację, sklepy, zakotwiczam się. Szczególne miejsce w sercu zawsze będzie miał Poznań. Tam mieszkają rodzice i babcia, która jest drugą duszą szkoły baletowej prowadzonej przez mamę. Każde święta oznaczają powrót do domu, do kobiet, które miały wpływ na to, jaka jestem. Mama, obie babcie to indywidualistki. Mają pasje, kochają ludzi, a przy tym są silne i niezależne. Podobnie jak moja siostra Kasia.

Siostry często rywalizują o pozycję w rodzinie, domu. Musiałaś pilnować "swojego kawałka podłogi"?

Nie. Odwrotnie, u nas to Kasia czasem musiała bić się o swoje. Była "biedną młodszą siostrą", dzieli nas siedem lat. A ja nie zawsze postępowałam jak ta mądrzejsza. Zdarzały się rzeczy, których dzisiaj żałuję. Jakieś podszczypywanie, złośliwości, dziewczyńskie głupoty. Siostra mi wybaczyła, choć pamięta i czasem wypomina. Ale nie musiałyśmy ze sobą rywalizować. Jesteśmy różne, niepodobne także fizycznie. Rozwijamy się w innych kierunkach. Kasia zawsze była córką taty, a ja wnuczką babci. Bezpieczny układ.

Siła rodziny może być bezcenna, kiedy trzeba mierzyć się z dramatem. 12 lat temu zdiagnozowano u ciebie nowotwór, guz na kręgosłupie. Dziewiąta edycja Tańca z gwiazdami, trenujesz w parze z Rafałem Maserakiem i nagle rezygnujesz z rywalizacji. Mocny strzał od losu.

Nie chcę o tym opowiadać i w ten sposób zwracać na siebie uwagi. A co do rodziny – była w tym czasie największym wsparciem. U nas jest tak, że kiedy ktoś jest w potrzebie, reszta natychmiast rzuca się na pomoc. Teraz, kiedy jestem matką, rozumiem, że rodzice woleliby zamienić się miejscami z chorującym dzieckiem.

Twój syn ma 11 lat, z jego ojcem rozstałaś się zaledwie trzy miesiące po narodzinach Borysa. To wymagało siły. Kolejny egzamin z życia? 

Faktycznie. Mówimy o najtrudniejszym czasie w moim życiu. Choć byłam szczęśliwa z powodu dziecka. Czułam się mamą chłopca, jeszcze nie mając synka. Intuicja mówiła mi, że poradzę sobie lepiej z nim niż z dziewczynką. I ten chłopiec do mnie przyszedł. Miałam kilka miesięcy, żeby się przygotować, przeczytać mądre książki, które na nic się nie przydały, kiedy chodziłam od ściany do ściany z płaczącym dzieckiem na rękach. Nie czułam żadnego pokrewieństwa z rozanielonymi kobietami, które w uniesieniu karmią piersią, z paniami z telewizyjnych reklam pieluch. Byłam szczęśliwa, ale przede wszystkim wykończona. Borys miał wymagania, nie lubił spać. Do tego doszło rozstanie z partnerem...

Cały wywiad przeczytasz w lutowym wydaniu Twojego STYLu. 

st_02_001_MAXI

Więcej na twojstyl.pl

Zobacz również