Twój Styl
Body positive czy zwykłe zaniedbanie?
Fot. Marc Bordons/ Stocksy United

Body positive czy zwykłe zaniedbanie?

Nie musisz walczyć o figurę Anji Rubik. Co nie oznacza, że możesz całkiem przestać myśleć o wadze.

W kampaniach reklamowych widzimy kobiety o krąglejszych kształtach, wiele gwiazd zachęca do polubienia siebie takimi, jakie jesteśmy (choćby Aleksandra Domańska, która zainicjowała akcję „Ciało bogini za nic się nie wini”), aktualnie jedna z sieci drogerii wprowadza nową kategorię wśród swoich produktów - body positive. To chyba dobrze, że nareszcie możemy odetchnąć z ulgą i przestać dążyć do doskonałości? – Warto uświadamiać ludziom, że figura modelki to nie norma. To tak samo, jakbyśmy określali normę wzrostu przez pryzmat koszykarzy – okazałoby się, że wszyscy mężczyźni powinni mieć minimum po dwa metry – potwierdza Bianca-Beata Kotoro, psycholożka i psychoseksuolożka.

Co jednak jest normą? – Medycyna nie ma z tym żadnego problemu, jeśli chodzi o wagę. Jest to wskaźnik masy ciała BMI. Jeżeli wynosi między 20 a 24,9 kg/m2, nie mamy się czym martwić. Można też mierzyć poziom tkanki tłuszczowej w organizmie, ale to już jest bardziej skomplikowane, zależne od płci, wieku – uważa prof. dr hab. Leszek Czupryniak, specjalista diabetologii. Jak mówi, ruch body positive nie powinien oznaczać przyzwalania na otyłość. Tego samego zdania jest prof. dr hab. Alicja Głębocka, psycholożka specjalizująca się w wizerunku ciała, autorka pracy „Niezadowolenie z wyglądu a rozpaczliwa kontrola wagi”. – Ruch body positive powinien nam pokazywać, że istnieją różne typy ciała i że nie na wszystko mamy wpływ. Na przykład szerokie biodra lepiej zaakceptować, bo ich nie zmienimy. Jednak nie można nikomu mówić, że otyłość jest OK – tłumaczy i dodaje: – To nie jest tak, że osoby otyłe mogłyby żyć w świecie, w którym byłyby szczęśliwe, gdyby nikt nie oczekiwał od nich, że schudną. Osoby takie mają znacznie więcej zaburzeń psychicznych – lękowych i depresyjnych – niż osoby szczupłe. Jest też cała masa dowodów na to, że one są otyłe, bo mają te zaburzenia. Smutek lubi słodkie i ci ludzie często tyją właśnie dlatego, że nie znają innego sposobu radzenia sobie ze złym nastrojem niż nieadaptacyjna strategia polegająca na objadaniu się słodyczami.

Nie musimy więc walczyć o figurę Anji Rubik, ale nie możemy też dopuszczać do znaczącej nadwagi, która źle wpływa na nasze zdrowie i samopoczucie. Czy to oznacza, że jednak nie da się uniknąć diety i morderczego wysiłku na siłowni? Mamy dla ciebie dobrą wiadomość – zdaniem ekspertów nie jest to wcale potrzebne. – Współczesne teorie i badania psychologiczne mówią o tym, że ludzie, którzy nie mają problemu z utrzymaniem wagi, to ci, którzy nie myślą obsesyjnie o jedzeniu i sprawowaniu nad nim kontroli. Słuchają swojego ciała i jeśli są głodni, jedzą. Jedzą, lecz się nie objadają. Jednocześnie nie liczą kalorii, nie ważą się kilka razy dziennie, nie koncentrują się bezustannie na tym, jak powinna wyglądać ich dieta. Odżywiają się różnorodnie, nie eliminując z niej ciągle kolejnych składników i przede wszystkim jedzą z umiarem – mówi prof. Alicja Głębocka.
Prof. Leszek Czupryniak: – Potwierdzam. To jest podstawa w zachowaniu prawidłowej wagi. Podłożem otyłości są zaburzenia łaknienia. A osoby otyłe, chcąc nie myśleć o jedzeniu,  tak bardzo odpychają od siebie myśl o tym, że czegoś nie wolno zjeść, że w końcu to zjadają.

Możesz zatem czerpać przyjemność z jedzenia, jednak nie powinno ono być najważniejszą czynnością w twoim życiu. A jeśli do tego uwzględnisz ruch, masz ogromne szanse na sukces. Koniecznie wybierz coś, co lubisz – inaczej nie ma to sensu. – Niektórzy faktycznie zmuszają się do ćwiczeń, bo wybierają nieodpowiednią dla siebie formę ruchu, ulegając modzie lub naciskom społecznym. Naprawdę nie każdy musi chodzić do siłowni lub uprawiać jogę. Można jeździć na rowerze, tańczyć, spacerować, wspinać się – co kto lubi. Z punktu widzenia i zdrowia psychicznego, i fizycznego najlepiej jest, żebyśmy się ruszali tak, aby dawało nam to radość. Bo wtedy też łatwiej wytrwamy w postanowieniu, że będziemy się ruszać – wyjaśnia prof. Głębocka.

Jeśli zatem przerażają cię programy treningowe, w których musisz wykonać ściśle określoną liczbę powtórzeń brzuszków czy przysiadów, nie zmuszaj się do nich. Nawet jeśli kuszą obietnicą totalnej metamorfozy w trzy tygodnie. Może i wytrzymasz te trzy tygodnie, ale później znienawidzisz jakąkolwiek gimnastykę. Lepiej postaw na metamorfozę, która potrwa dłużej, za to okaże się dla ciebie przyjemniejsza. A dzięki temu jej efekty będą trwalsze.

Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również