Ewa Bem o stracie córki: "Takiej rany nic nie uleczy"
Fot. AKPA

Ewa Bem o stracie córki: "Takiej rany nic nie uleczy"

Córka Ewy Bem, Pamela Bem-Niedziałek, u której w 2015 roku zdiagnozowano guza mózgu, odeszła w 2017 roku. W wywiadzie dla Twojego Stylu Ewa Bem pierwszy raz wspomina tamte wydarzenia. 

Jak zareagowała pani na wiadomość o nieuleczalnej chorobie córki?

Ewa Bem: Nie docierało do mnie, że z glejakiem nie można wygrać. Gdy poznaliśmy diagnozę, nie pojmowałam znaczenia słów wypowiadanych przez lekarzy. Nie dopuszczałam myśli, że to naprawdę może być choroba śmiertelna. Gdy córka odeszła, przeżyliśmy kolejne etapy żałoby. Niedowierzanie, żal, rozpacz, złość, a nawet wściekłość… W końcu przyszło też poczucie ulgi, że Melunia już nie będzie cierpiała. Krótką chwilę miałam nadzieję, że i dla mnie cierpienie się skończy.

 A tak się nie stało?

 Nie. Przez pierwsze trzy tygodnie po pogrzebie narzucono mi sztywny harmonogram dnia i słusznie, bo bez tego psychicznie bym się rozpadła. Zamieszkałam wtedy z dala od domu, w którym wszystko było dla mnie Pamelą – każdy przedmiot, powietrze. W tym domu odeszła. W tym domu ostatni raz mogłam ją tulić. Przez dwa lata od jej odejścia udawałam, że żyję. Przepychałam dzień za dniem. Funkcjonowałam głównie dzięki lekom, pomocy psychiatry, potem psychoterapeuty. I ukochanej rodziny. Aż zrozumiałam, że świat istnieje, życie toczy się dalej, tylko już bez niej. Wciąż było trudno, choć już inaczej. Nie mogłam słuchać muzyki, oglądać telewizji, czytać książek, nawet nie gotowałam. Czułam się tak, jakbym chodziła po linie zawieszonej między życiem i nieżyciem. Chwilami myślałam, że fajnie byłoby spaść, bo mogłabym być znów z Pamelą. Szukałam w szafach jej zapachu, do dziś mam schowane jej mydełko... jest jak relikwia. Pamiętam, jak pachniały jej piękne, czarne, lśniące włosy. Ile razy się spotkałyśmy, przeważnie były mokre, bo Pamela zaraz po prysznicu i bez suszenia biegła do pracy w TVN-ie. Mam mnóstwo jej zdjęć z ostatniego czasu choroby, która tak ją zmieniła. Trudno to zrozumieć, ale chętniej sięgam po te zdjęcia niż takie, na których była piękna. Nikomu tego dotąd nie mówiłam...

Pamela była mamą. Patrząc na wnuki, myśli pani: non omnis moriar?

Gdy spodziewam się wnuków, a bywają u nas co weekend, staję przed pięknym portretem córki i mówię: „Pamelko, dzieciaki dzisiaj przyjadą”. A zaraz potem myślę: „Jezu, wszystko bym dała, żeby dzieci mogły się do niej przytulić! Tylko przytulić...”. Ale ten obraz nie napełnia mnie już rozpaczą, jak dawniej. Pojawia się, jest, znika. Czasem przyglądam się wnukom i widzę w nich córkę. Siedmioletni Tomek ma po niej wrażliwość, o rok młodsza Basia, podobnie jak Pamelka, ze wszystkiego się cieszy. Wydaje mi się, że Tomek trochę pamięta mamę. Basia na pewno nie, chociaż Melunia jeszcze przez krótki czas cieszyła się obojgiem. Wnuki wiedzą, że Pamela była ich mamą, że chorowała, że kochała je nad życie, wszędzie pełno jej zdjęć i często ją wspominamy. Chciałabym opowiedzieć im o niej więcej jako o niezwykłym człowieku, którym była, ale czekam na czas, kiedy Tomek i Basia będą na tyle duzi i dojrzali, by to zrozumieć.

Czas leczy rany?

Nie. To banał. Dziś wiem, że takiej rany nic nie uleczy. Ale przyjęłam do wiadomości, że można nauczyć się z nią żyć. Sprawić, by cierpienie i tęsknota nie definiowały wszystkiego wokół. Trzeba iść dalej. W pionie trzyma mnie dzisiaj również poczucie obowiązku. Mam je głęboko zakodowane. Świadomość tego, że jest młodsza córka i wnuki, pomaga patrzeć w przyszłość. Jeszcze niedawno nie dopuszczałam myśli, że jakaś kobieta mogłaby zająć miejsce mojej córki u boku zięcia. Dziś moje myślenie się zmienia.

Czesław Miłosz napisał: „Jest taka granica cierpienia, za którą się uśmiech pogodny zaczyna”. Pamięta pani chwilę, gdy pierwszy raz po tamtej tragedii pani się uśmiechnęła?

Chyba właśnie jestem na tym etapie. Wnuki wywołują we mnie ten uśmiech. Dają tyle radości, że wraca mi chęć do życia. Mówię sobie, że żyje się dla miłości. A jej jest wciąż sporo wokół mnie. Mój mąż –  już 40 lat jesteśmy razem! – był i jest wspaniałym tatą, partnerem, a dziś również nadzwyczajnym dziadkiem. To wiele dla mnie znaczy.

Powrót do życia artystycznego po latach przerwy i tak tragicznych doświadczeniach musiał być trudny.

Najbardziej przeżyłam pierwszy występ, na Ladies’ Jazz Festival. Kontakt z publicznością po kilku latach życia na uboczu był wyzwaniem. Terapeutka przygotowywała mnie do wyjścia na scenę. Bałam się wszystkiego, ogromu emocji, spotkania z muzykami i ludźmi na widowni. Miałam obawy, że to za dużo na moje poharatane serce. Ale dałam radę. Natchnęło mnie to pozytywną energią: zostałam wspaniale przyjęta, jakby ludzie się za mną stęsknili. To dużo dla mnie znaczy. Nie spodziewam się, że kiedykolwiek będę w pełni szczęśliwa. Ale... co to właściwie oznacza – być szczęśliwym? Przyjmujemy, że to rodzaj beztroski, radości, euforii w chwili, gdy odnosimy sukces. Dziś myślę, że warto zmienić definicję szczęścia i mniej po nim oczekiwać. Powiedziałam wczoraj Gabrysi, naszej młodszej córce: „Czasem szczęście jest już wtedy, gdy nie dzieje się nic złego”. I taką definicję chcę przyjąć. Nie zmienię przeszłości, jest jak tatuaż – zostanie ze mną. Nie wiem też, co się wydarzy. Dlatego cieszę się tą chwilą: miłą rozmową, pyszną herbatą.

Gabrysia też uporała się z odejściem starszej siostry?

Gabrysia jest mądra i wrażliwa. Czuje i widzi więcej i głębiej niż inni. Myślę, że odkryła, tak jak ja, że ci, których kochamy, nigdy w pełni nie odchodzą. Są z nami, bo są w nas. To pocieszające. Ja miałam 45 lat, a Pamela 17, gdy urodziła się Gabrysia. I chociaż dzieliła je duża różnica wieku, stały się nierozłączne. Kiedy szłyśmy na spacer we trójkę, z Gabisią w wózku, większość ludzi myślała, że to mama i babcia bobasa. Nie powiem, żeby to było dla mnie szczególnie miłe. Pamela była dla Gabrysi najlepszą siostrą, przyjaciółką. Chodziła z nią do piaskownicy, na huśtawki, a potem nawet na szkolne zebrania. Były jak dwie rękawiczki. Kiedy Pamela zachorowała, Gabrysia studiowała w Londynie. Jej pierwszą pracą animacyjną był film o siostrze – Queen of the Forest. Dostała za niego kilka nagród na świecie. Od 40 lat mamy domek na Mazurach. Pamelka kochała to miejsce i rzeczywiście była królową lasu. Potem wciągnęła w leśne wyprawy Gabrysię, a ona w swoim filmie pokazała, jak cudownie wyglądało życie sióstr w otoczeniu tego lasu. Teraz Gabrysia żyje w Nowym Jorku, wokół wieżowce... Pytam ją czasem: „Jak wy tam będziecie, ze sobą rozmawiać?”. A ona mi odpowiada, że jakoś sobie z tym poradzą. I nie wiem, jak one ze sobą rozmawiają, ale rozmawiają na pewno. I ta świadomość też dodaje mi sił.

Więcej na twojstyl.pl

Zobacz również