Galeria typów plażowych
Fot. iStock

Galeria typów plażowych

O mój wymarzony, o mój wytęskniony… urlopie. Wreszcie jesteś. Ale nie tylko dla mnie. W tym samym momencie ruszają na wypoczynek inni. Typy wakacjuszy, których obecność może znacząco wpłynąć na jakość Twojego pobytu. Spokojnie. Przymruż oko, przeprowadź z nami rozpoznanie, a nie dasz się zaskoczyć. Oto instrukcje.

Indiana Dąs

Znany również jako maruda, zabawopsuj, strzelacz focha lub demotywator. Dla niego szklanka jest zawsze… nie, nie do połowy pusta. Ona jest cała pusta, chociaż obiektywnie to kryształowy kielich, napełnionym szampanem Veuve Cliquot i ozdobiony truskawką. Jest piękna pogoda? Co z tego, zaraz pewnie nadejdą chmury. Mamy okazję popływać za pół ceny na bananie za motorówką? Na pewno wszyscy pospadają, pogubią kostiumy, a następnie zostaną zjedzeni przez piranie. Stolik w kawiarni jest zawsze nie ten, sałatka za słona, nowi znajomi  - głupi, a wiatr wieje ze złej strony. Nie będziemy uprawiać taniej psychoanalizy, ale takie pojęcia jak: chęć zwrócenia na siebie uwagi, niedojrzałość emocjonalna, a może nawet jakieś traumy z dzieciństwa nie są bez związku z zachowaniem Dąsa. Cecha występuje z podobną częstotliwością u obu płci i to niezależnie od wieku. Na takiego osobnika są dwa sposoby: unikać albo zabić - oczywiście śmiechem. Poczucie humoru może obezwładnić ID, chociaż nie na długo. Więc lepiej jednak: unikać. We własnym interesie, którym jest udany urlop. A to wartość z gatunku: bezcenne. Jak w tej reklamie.

Kaowiec

Ulubiony tekst: "a teraz zagramy w siatkóweczkę". Młodszemu pokoleniu wyjaśniamy, że kaowiec to skrót od K-O czyli kulturalno-oświatowy. W czasach PRL był osobą niezbędną w każdym ośrodku wypoczynkowym. Odpowiedzialny za wieczorki zapoznawcze, gry zespołowe i zabawy świetlicowe. Dziś prawdziwych kaowców już nie ma, zdarzają się jedynie tak zwani animatorzy. Niestety, czasem samozwańczy. Wyruszacie całą paczką nad morze i nagle okazuje się, że ten  - normalny w ciągu roku  - Damian nosi w plecaku buławę K-O. Przy odrobinie życzliwości można by rzec: jakiż to niespokojny duch. Kłopot w tym, że już po dwóch dniach nikt nie ma wobec kaowca nie tylko odrobiny, ale nawet krztyny życzliwości. Bo on proponuje scrabble, gdy wszyscy marzą o drinku. Gna na wycieczkę o szóstej rano, chociaż niektórzy zaledwie trzy kwadranse wcześniej poszli spać. Zarządza gimnastykę na plaży, co wieczór ciągnie wszystkich na karaoke, a na wtorek zaplanował marsz leśną ścieżką dydaktyczną. Wszystko to pięknie, doceniamy, ale podstawowa wakacyjna reguła brzmi: nic na siłę. Jaka jest więc instrukcja obsługi nadaktywnego kaowca? Lekceważyć. Zastrajkować. Dla spokoju ulec raz (ale nie więcej!). Ostatecznie kontratakować. Zamiast rajdu rowerowego - relaks na rowerach wodnych. Zamiast gry w bierki  - rozbierany poker. Chciał, niech ma! Uwaga: kaowiec może też być kobietą, chociaż tu są pewne problemy z nazewnictwem. Kaowa, kaówka, kaowica? l tak źle, i tak niedobrze, a tak jeszcze gorzej. 

Miss Faktor

8, 12, 25, a najlepiej 50+. Nie mówimy o wieku. Chodzi o wysokość SPF w kosmetykach do opalania. Miss Faktor ma je w małym palcu. I na małym palcu. Bo jej obsesją jest smarowanie całego ciała produktami  - jak to się dziś ładnie mówi - dedykowanymi do ochrony przeciwsłonecznej. Krem przygotowujący, krem do tak zwanego " w trakcie" i  krem "po". Miss Faktor dokładnie wie, ile czego na co. Że aby kosmetyk zadziałał, trzeba wsmarować 2 mg na każdy centymetr skóry. W praktyce oznacza to po pół łyżeczki do herbaty na każde ramię, kark i twarz. A po łyżeczce na każdą nogę, plecy i dekolt. Ale uwaga, nie z tej samej tubki! Inny preparat jest na twarz, inny na delikatne partie twarzy. Taki spray na pupę, taki na pietę. Po zejściu z plaży rytuałów ciąg dalszy: mgiełka do włosa, plaster do nosa, masło chłodzące, serum utrwalające (opaleniznę). Uwaga, żebyśmy się dobrze zrozumieli. Twój Styl absolutnie do faktorów nie zniechęca. Wszak od lat występujemy w słusznej sprawie ochrony przed UVA i UVB. Zalecamy tylko umiar w stosowaniu kosmetyków i zdrowy rozsądek przy zakupach. Bo i w torbie będzie lżej i może jeszcze trochę czasu na odpoczynek się wygospodaruje. Bo jeśli chce się co do joty spełniać zalecenia producentów na ulotkach ("nanieść 30 minut przed kąpielą słoneczną. Czynność powtórzyć kilka razy dziennie. Najlepiej co dwie godziny"), to tych chwil dla siebie nie pozostaje już zbyt wiele.  Brązowa Medalistka - przeciwieństwo Miss Faktor. Spalona na mahoń. Inkaski totem. Żywy pomnik fotostarzenia, do pokazywania na sympozjach dermatologów. Bo "z wakacji trzeba wrócić opalonym", inaczej Halina i Krystyna nie uwierzą, że byłam w tej Chorwacji. A bladym twarzom śmierć. Lub przynajmniej pogarda. Jednak należy odnotować, że na skutek wieloletniej kampanii bezpiecznego opalania  - m.in. na naszych łamach - Brązowych Medalistów w kurortach spotyka się coraz mniej. Zwłaszcza w młodszych rocznikach. Chyba, że na plaży pojawia się nagle gromada fachowców z pobliskiej budowy. Nie generalizujemy, ale są przesłanki, by sądzić, że w tej grupie społecznej kult brązowego torsu ciągle stoi wysoko, a z filtrów stosowane są tylko te w papierosach. 

Ibiszmen

To jeszcze nie jest częste zjawisko. To sa na razie przebłyski. Ale widać, że Krzysztof "Chris" Ibisz - przypadek Benjamina Buttona po pol(satow)sku - zainspirował wielu panów. I dobrze. Bo do tej pory na naszych plażach najczęściej dominował typ "Indianin w ciąży", który swój wygląd zawdzięczał niewłaściwym proporcjom w stosowaniu kremów ochronnych (wcale) i piwa (dużo). Wygląd ten często podkreślany był ukrytymi gdzieś na podołku slipami typu "skąpe". Dziś w roli kąpielówek występują luźne, kolorowe szorty, a brzuchy są wyraźnie bardziej płaskie, mięśnie prężniejsze, sylwetki jakby bardziej wyprostowane. Trudno stwierdzić, czy to zasługa publikacji książek typu "Jak wyglądać dobrze po czterdziestce" wyżej wymienionego Krzysztofa czy to po prostu tendencja ogólna, ale faktem jest, że panów mamy coraz… ibiszejszych. Oczywiście, jak we wszystkim wskazany jest umiar. Kaloryfer na brzuchu, zadbane dłonie, dobra fryzura  - tak. Nawet krem pod oczy i piling  - tak. Ale kiedy mężczyzna zaczyna mówić częściej o mezoterapii niż meczach, a zamiast boksu woli botoks, zabieramy mu książkę Ibisza i podrzucamy trylogię Sienkiewicza albo coś z Mankella. Minimalna ilość testostosteronu musi pozostać na miejscu. 

Monopolista całodobowy

Czyli urlopowicz, który uległ czarowi oferty all inclusive, a zwłaszcza punktu mówiącemu o darmowych drinkach serwowanych - jak mówią Francuzi - à volonté. Czyli po naszemu  - do oporu. Rzecz sama w sobie miła. Problem jednak w tym, że monopolista oporów nie ma. Szampan do śniadania, aperitif przed obiadem, digestif po obiedzie, piwo na podwieczorek, drink przed kolacją, wino do kolacji, whisky na dobranoc. Bo przecież zapłacone! Trzeba wykorzystać, do ostatniej kropli! Nic dziwnego, że po powrocie na pytanie - jak było, taki wakacjusz może tylko powiedzieć, że pobyt przebiegał płynnie, a pogoda była upojna. Monopolista nie jest szkodliwy dla otoczenia (wolnoć Tomku w swoim bungalowie), dopóki nie wchodzi z nim w interakcje. Gorzej, gdy domaga się od nas: wysłuchiwania zwierzeń (pół biedy), wspólnej zabawy (ćwierć biedy) czy ma ochotę na szybki sparring przy basenie (cała bieda). W ostatnim przypadku bynajmniej nie proponujemy my w zamian gry w Monopoly, tylko szybko wzywamy obsługę hotelową, która w kontaktach z monopolistami ma większa wprawę. Jako damy i dżentelmeni na drugi dzień przy śniadaniu nie wracamy do sprawy. Za to w duchu liczymy na to, że nieumiarkowany w piciu sąsiad wraca…, nie, nie do sprawy, ale do domu. Albo przynajmniej zgubi gdzieś tę swoją all-inkluzywną opaskę, która go do darmowych drinków upoważnia. Po czym spokojnie serwujemy sobie kir royal czy inne appletini. Jedno. Nas wszak problem nie dotyczy.

Sprawozdawca Plażowy

"No, dojechaliśmy. No, fajnie jest. No, pogoda dobra". I tak przez pół godziny. A potem to samo następnemu rozmówcy. Da capo al fine. Sprawozdawca Plażowy uznaje za stosowne poinformować wszystkich, których numery ma w swojej komórce, o wszystkim, co się wydarzyło w ciagu ostatniej doby. Takie plażowe info: natężenie korków, kondycja polskich dróg, temperatura piwa w beach barze i stan wody na Bugu we Włodawie. Jak każdy rasowy sprawozdawca, także i ten mówi donośnie, głośno, choć nie zawsze wyraźnie. W przypadkach ekstremalnych SP przełącza telefon na "głośnik", dzięki czemu mamy dostęp do reakcji rozmówcy. Jeśli po drugiej stronie słuchawki znajduje się potakiwacz ("aha, aha, no coś ty, no popatrz, no niesamowite"), możemy mieć nadzieję na umiarkowanie bliski koniec rozmowy. Jeśli jednak rozmówca również należy do gatunku Sprawozdawców Plażowych ("u nas, szwagier, też słońce"….) , nie tracimy czasu na złudzenia, sprawnie zbieramy nasze manatki i szukamy nowego miejsca. Można oczywiście próbować mówić równie głośno i wyczerpująco przez swoją komórkę zgodnie z mickiewiczowskim: "gwałt niech się gwałtem odciska", ale Sprawozdawca może nie wyczuć tej subtelności. I nasze darmowe minuty pójdą na darmo. Typy pokrewne: audiofil nadmorski, palacz popularny, wulgarysta pospolity, krzykacz rodzinny. Wszyscy emitują w eter coś, na co nie mamy ochoty - muzykę, nikotynę, tak zwane brzydkie słowa, wysokie dźwięki…  Społeczeństwo cierpi, a oni nie widzą problemu. Ich jest ten kawałek plażowej podłogi… 

Utracjusz Straganowy

Kolorowe jarmarki, blaszane zegarki, podrabiane bransolety i morze tandety. Czyli gustowne otwieracze do piwa z głową rybaka, popielniczki z bursztynów i - hit hitów tabliczki imiennie z tekstami "tu rządzi Stefan" (6 zł sztuka). Dla Utracjusza każdy następny kram to obietnica triumfalnych zdobyczy, ekstaza i spełnienie przy klapkach z plastiku, które udają markowe. To on napędza kurortową koniunkturę. I jest głównym użytkownikiem bankomatów przy promenadzie (jeszcze tylko stówkę wyciągnę..., jeszcze stówkę). Chęć przywiezienia do domu czegoś z wakacji jest jednym z naturalnych ludzkich odruchów. Tę ewidentną słabość (no bo po co nam te durnostojki potem w domu, oprócz niewątpliwej roli lepszego eksponowania kurzu) wykorzystują całe masy ludu handlującego turystycznych miast i wsi. Plus jest taki, że zmniejsza się bezrobocie. Minus, że szerzy się bezguście. W jednym z tysięcy nadbałtyckich kramików z pamiątkami zapytałam kiedyś: " Ale to wszystko z Chin?  - Nie wszystko - odpowiedziała pani kupcowa. Czym wznieciła iskierkę nadziei: może tę konstrukcję z muszelek wykonał jakiś lokalny artysta-samouk-talent?   - Nie wszystko jest z Chin, droga pani. Część mam z Hongkongu"- dokończyła jejmość. Przywieźć pamiątkę z dalekiej Azji nie ruszając się z kraju - jest w tym jakaś fantazja. Tylko czy o to chodzi?

Matka Kwoka Plażowa

"Daruś, nie wchodź za głęboko. Maruś, nie pij zimnego. Czaruś, zjedz coś". MKP na urlopie nie odpoczywa. Ona dogląda, ona się troszczy. I taszczy:  plastikowe pojemniczki z truskawkami w cukrze, jaja na twardo, kompot w termosie. I dobrze, bo wszyscy lubimy być dopieszczeni, (chociaż nie wszyscy - za bardzo). Natomiast dla Kwoki bardzo niedobrze - bo zamiast na wakacjach, jest cały czas jakby w pracy. De facto powinna potem udać się na urlop solo. Kłopot w tym, że na urlopie solo nie ma się o kogo troszczyć. I koło się zamyka. Niestety, albo stety, Matka Kwoka Plażowa to gatunek ginący. Na skutek wieloletniej kampanii, również w prasie kobiecej, pt "bądź zdrową egoistką, bądź dobra dla siebie" poziom zachowań altruistycznych ogólnie w populacji spada. Zamiast Kwok na plażach coraz częściej spotyka się Matki Zdroworozsądkowe, które uwagę dzielą między podopiecznych i samą siebie. I pięknie. Daruś niech wejdzie głębiej niż po kostki, w końcu jesteśmy nad morzem. Maruś niech się napije zimnego, przecież jest gorąco. A Czaruś niech lepiej już nic nie je chwilowo, tylko pobiega. A najlepiej wszyscy razem przebiegnijmy się plażą. Kwoki, utracjusze, ibiszmeni i kaowcy! Wydzielą się endorfiny i powstanie nowy typ, ponad podziałami: Szczęśliwy Wakacjusz. Czego i Państwu życzymy.

Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również