Jak namówić mężczyznę, żeby się ruszał?
Fot. iStock

Jak namówić mężczyznę, żeby się ruszał?

Można spytać psychologa lub... spróbować własnych sposobów. Grunt to siła przekonywania, którą mają przecież wszystkie kobiety.

Jak wyobrażacie sobie stereotyp mężczyzny pod pięćdziesiątkę? Na pewno jest łysy i otyły, zaczyna chorować na serce, cierpi z powodu „kryzysu wieku średniego”, siedzi przed telewizorem z piwem w ręku i papierosem. Do tego pewnie dołożymy kiepskie odżywianie (Polak lubi czipsy i kebab) oraz marnotrawienie czasu na oglądanie meczów piłkarskich lub skoków narciarskich w telewizji. Skonfrontujmy stereotyp z rzeczywistością 2020? Cóż, mężczyźni mają swoje pasje – biegają maratony, jeżdżą rowerami na długich dystansach, ćwiczą pływanie, triathlon czy wspinaczkę na ściance. Trudno ocenić, ilu „tradycjonalistów” wciąż wybiera zaleganie przed telewizorem i czy tych jest więcej. Zastanówmy się raczej, skąd biorą się opory przed zmianą trybu życia? U niektórych z przemęczenia (coraz częściej pracujemy na kilku etatach), ale bywa też, że czasem po prostu brakuje pomysłu. Tu upatruję pola do popisu dla pań – żon, partnerek, przyjaciółek. Mężczyznę naprawdę można ruszyć z „posad”. Z własnego punktu widzenia proponuję, żeby robić to umiejętnie – przekonywać przede wszystkim...

Wizyta u lekarza

Mężczyzna umiera, gdy ma 37 stopni. Taki żart pewnie znacie, prawda? Ja jednak ten tekst piszę z perspektywy świadomego faceta, który chodzi na okresowe badania i kontroluje swoje zdrowie. Mam 51 lat i sprawdziłem wszystko, co w tym wieku sprawdzić powinienem. Jaką miałem motywację? Brutalnie, ale boję się śmierci. Gdy na raka jelita grubego zmarł mój kolega, bez gadania zrobiłem kolonoskopię. Badania musimy mieć we krwi – diagnostyka jest niezwykle ważna. Do tego przekonała mnie żona. Po prostu zostawiła ulotkę informacyjną „Sprawdź zdrowie!”. Przeczytałem przy śniadaniu. Potem sięgnąłem po telefon.

Wspólna aktywność

Nordic walking. Rowery. Kajaki – latem. Pływanie. Badminton. Tenis. Windsurfing. Albo całkiem zwyczajne spacery. Wszystko to można robić wspólnie, czerpiąc podwójną przyjemność. Po pierwsze ruszamy się, po drugie – spędzamy czas ze sobą, wzmacniając więź i związek. Sport nie musi być wyczynowy, żeby cieszył was oboje! Trzeba tylko zadbać o odpowiednią zachętę. Jeżeli ona nie chce roweru sportowego, on może kupić jej plażowego cruisera (z wygodnym siodełkiem i relaksującą „geometrią” kierownicy) i dostosować tempo do jej jazdy. Ona, żeby mąż się nie znudzi, wymyśli ciekawy pretekst rowerowej wyprawy – choćby wypad na kufelek piwa. Jeden jeszcze nikomu nie zaszkodził, zwłaszcza latem (piwo działa regenerująco na tkanki, podkreślam – w niewielkiej ilości).

Bądź jego trenerem

Kup mu pulsometr i sportowy zegarek. Pytaj o wyniki, zachęcaj do większego wysiłku i twardo przypominaj, że musi się ruszać, bo „przecież w ciebie zainwestowałam”. Takie podejście sprawi, że wsiądzie na rowerek treningowy, zejdzie do domowej siłowni, sięgnie po kijki do nordic walkingu i z czasem zamiast jechać na zakupy samochodem, pójdzie na piechotę lub pojedzie rowerem. Dla świętego spokoju, a potem – bo wejdzie mu w krew.

Marzenia są ważne

Całe życie to kompromisy. W związku musimy sobie ustępować (bez względu na to, czy jest mniej, czy bardziej legalny), ale w niektórych kwestiach – trzeba zrozumieć pasje. Weźmy przykład żeglarstwa. To drogi sport – ktoś od razu się włączy. Tak i nie – odpowiem. Wszystko zależy od tego, czy chcemy żeglować na Karaibach, czy pływać skromniej, w chłodniejszych wodach i przy bez wątpienia gorszej pogodzie, ale za to robić to częściej. Jacht morski jest drogi. Ten na śródlądzie także, choć modele używane są znacznie tańsze. W praktyce dobry jacht (nie wymagający ogromnych zastrzyków finansowych w remont) da się kupić za około 6-10 tysięcy złotych. Tyle, ile rower górski średniej klasy! Wiadomo, że trzeba doliczyć do tych kosztów tzw. portowanie i zimowanie łódki, ale koszty naprawdę nie muszą iść w dziesiątki tysięcy. W dodatku żeglowanie można uprawiać nie tylko na Mazurach – Warszawa ma swoje Zegrze, Łódź – Zalew Sulejowski, zaś na Śląsku są sztuczne jeziora, gdzie zawsze da się z przyjemnością halsować. Żeglarstwo jest o tyle fantastycznym przykładem do tekstu o „ruszeniu mężczyzny sprzed telewizora”, bo angażuje wszystkie partie mięśni. Pisząc wprost – wymaga pracy mięśni, od postawienia żagli przez wyjście z portu po trzymanie szotów czy talii w ręku. To świetna gimnastyka również po sezonie, gdy trzeba dokonać drobnych napraw lub coś poprawić, zwłaszcza, że mężczyźni mają zmysł majsterkowania i uwielbiają takie wyzwania. Warunek? Żona, partnerka, przyjaciółka musi zrozumieć wydatek. Własna łódź jest o niebo lepsza niż łódka wynajmowana. Z kilku powodów. Będzie bez wątpienia niższej klasy, ale za to zawsze pod ręką (przypominam, że dystans Warszawa-Zegrze da się pokonać samochodem w 40 minut, pływanie jest możliwe nawet po pracy). Dlatego ewentualne wymówki w stylu „Popływam w weekend, bo dziś nie mam czasu” tracą sens.

Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również