Relacje

"Gdy poroniłam, świat się zatrzymał. Przecież i tak nie chcieliśmy mieć dzieci, skwitował mąż..."

"Gdy poroniłam, świat się zatrzymał. Przecież i tak nie chcieliśmy mieć dzieci, skwitował mąż..."
Fot. 123rf

"Wiedziałam, że nic już nie powstrzyma awantury, ale postanowiłam, że tym razem skończy się inaczej niż zwykle. Tym razem nie ustąpię. Tym razem moje potrzeby będą dla mnie priorytetem…"

W holu stały dwie wypchane walizki. Za niecałą godzinę mieliśmy być w drodze. Powinnam się cieszyć z tego wyjazdu. W pracy wiele się działo i współpracownicy zazdrościli mi tygodniowego urlopu. Został zaplanowany dużo wcześniej, dzięki czemu teraz mogłam z czystym sumieniem wyjechać, by naładować akumulatory. Powinnam się cieszyć…

– Daj spokój, co to za mina? – zaczepił mnie Eryk. – Przecież chciałaś pojechać w Alpy.

– Ty chciałeś – uściśliłam, siląc się na spokój.

Trudne do pogodzenia potrzeby partnerów

Musiałam bardzo się starać, bo ten jego kategoryczny ton wzbudzał we mnie natychmiastowy bunt. Jak u nastolatka nakaz posprzątania pokoju. Eryk żył wyprawą do Włoch i tego samego oczekiwał ode mnie. Popełniłabym zbrodnię na związku, gdybym zepsuła mu nastrój. Problem w tym, że z coraz większym trudem powstrzymywałam narastający we mnie gniew. Gdy pakowałam walizki, próbowałam jeszcze przekonać samą siebie, że dam radę. Poczekam i porozmawiamy po powrocie, dość uników. Może podczas wyjazdu łatwiej mi będzie spojrzeć na nasz związek z dystansu.

Wszystko na nic. Nie doczekałam. Miałam dość już teraz. Definitywnie. Czułam, że nie wytrzymam ani chwili dłużej. Jeśli pojadę z nim w Alpy, stanie się coś złego.

– Eryk, nigdzie nie jadę – powiedziałam. Niby cicho, ale usłyszał, jakby podświadomie czekał na te słowa.

Patrzyłam, jak zatrzymuje się w pół kroku i zaciska dłonie w pięści. Na jego szyi wykwitły czerwone plamy, co oznaczało, że go zdenerwowałam.

– Mówiłam ci, że nie chcę jeździć na nartach. Nigdy tego nie lubiłam.

– Czy ty zawsze musisz robić mi na przekór? – warknął, nerwowo rozpinając bluzę.

Zdjął ją i cisnął na podłogę. Puls mi przyspieszył. Wiedziałam, że nic już nie powstrzyma awantury, ale postanowiłam, że tym razem skończy się inaczej niż zwykle. Tym razem nie ustąpię. Tym razem moje potrzeby będą dla mnie priorytetem.

– Zawsze robię to, co chcesz – odparłam. – Nie zauważyłeś?

– Psujesz każdy wyjazd. To zauważyłem. Po co ja je w ogóle organizuję, skoro tobie nic się nie podoba?

– Bo nigdy nie bierzesz pod uwagę mojego zdania. – Wstałam i zaczęłam krążyć po pokoju. Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Chciałam, żeby to wszystko wreszcie się skończyło, raz na zawsze.

– Jasne, moja wina, bo jestem aktywny i nie interesują mnie hotele all inclusive ani leżnie przy basenie – ironizował Eryk.

Mógł sobie darować złośliwości, zwłaszcza że nie miał racji. Nic o mnie nie wiedział. Nie miał bladego pojęcia, czego chciałam, co lubiłam, bo… – nagle przeżyłam olśnienie – w ogóle go to nie obchodziło. Partnerstwo w związku? Nie z nim!

– Zabieraj się stąd. – Po policzku spłynęła mi łza, którą szybko otarłam. Żadnego rozklejania się. – Zostaw moją walizkę, weź swoją i jedź sam.

– Pojadę. Żebyś wiedziała! Nie myśl, że pozwolę się szantażować.

Podniósł bluzę i ponownie ją włożył. Kosmyki włosów przykleiły mu się do spoconego czoła. Atmosfera była gorąca, mimo że na zewnątrz panował chłód. Miasto skąpane było we mgle, siąpił deszcz. Wszystko to potęgowało mój zły nastrój. Odsunęłam się na bok i obserwowałam, jak Eryk wkłada buty i zapina kurtkę. Za pięć minut miała podjechać taksówka.

Utrata ciąży jako trudny test dla związku

– Możesz jeszcze zmienić zdanie. Powinnaś. – Spojrzał na mnie łagodniej. – Naprawdę powinnaś odpocząć po tym, co przeszliśmy…

Mało go nie spoliczkowałam. Za tę udawaną troskę, która była jedynie nieudolną manipulacją. Zaplanował wspólny wyjazd na narty, więc chciał dopiąć swego.

– Przeszliśmy? – wycedziłam. – My? Tobie nawet przykro nie było. Idź już, taksówka czeka.

Ogarnął mnie dziwny spokój. Zostanę sama i wreszcie będę mogła zająć się sobą. Nawet jeśli miałoby to oznaczać słodkie nicnierobienie. Z premedytacją będę się lenić i rozpieszczać. A on niech się aktywizuje, ile dusza zapragnie. Żegnam pana, adieu.

– Jeśli teraz wyjdę, to będzie oznaczać koniec. – Eryk musiał mieć ostatnie słowo.

Wypadło słabo, bo nieco zadrżał mu głos. Proszę, spuścił z tonu. Pewnie wcale nie chciał się rozstawać, ten związek zapewniał mu wygodne życie.

Kiwnęłam głową. Niech mu będzie. Niech ma ostatnie słowo. Potem odwróciłam się na pięcie i ruszyłam w głąb apartamentu.

Trzasnęły drzwi.

Kiedy rozstanie jest lepszym wyjściem? 

A więc to koniec. Z jednej strony mi ulżyło. Z drugiej siedzenie w pustym domu i katowanie się wspomnieniami nie było dobrym pomysłem. Otworzyłam laptopa i wpisałam w wyszukiwarkę hasło: „last minute”. Miałam na koncie oszczędności przeznaczone na remont łazienki, który... nie był już taki pilny. To głównie Erykowi zależało na wymianie wanny z hydromasażem, w której lubiłam się wylegiwać, na kabinę prysznicową z odtwarzaczem, biczami wodnymi, funkcją sauny i Bóg wie czym jeszcze. W łazience zostanie wanna, a wreszcie spędzę urlop po swojemu. Teraz to było najważniejsze.

Dlaczego wcześniej na to nie wpadłam? – zastanawiałam się, rezerwując wycieczkę w biurze podróży.

Zawsze chciałam zwiedzić Paryż, zobaczyć rozświetloną wieżę Eiffla i wypić espresso w klimatycznej kafejce nad Sekwaną. A potem może powłóczyć się po Luwrze, podłączyć do jakiejś wycieczki i posłuchać przewodnika. Tak, to doskonały plan. Wylot był już następnego ranka, a ja upolowałam ostatnie miejsce. Znak, że ja i Paryż byliśmy sobie przeznaczeni.

Pierwszy raz leciałam sama na urlop, ale wcale się nie martwiłam. Wprost przeciwnie – byłam podekscytowana. Tak samo jak Eryk ekscytował się szusowaniem na nartach po alpejskich szlakach. Po prostu mieliśmy rozbieżne wizje urlopu. Siedząc w samolocie, rozmyślałam i nie mogłam zrozumieć, czemu męczyliśmy się ze sobą tyle lat. Mieliśmy odmienne zdanie nie tylko w tym temacie. Zawsze kłóciliśmy się o wystrój domu. Ja lubiłam barwny styl boho, on surowe, minimalistyczne wnętrza. W efekcie nasz dom był urządzony w sposób neutralny, a przez to zupełnie pozbawiony wyrazu. Ja lubiłam czytać książki w swoim ulubionym fotelu, a on mógłby chodzić do kina co piątek. Najczęściej zmuszałam się, by mu towarzyszyć.

Kryzys w związku: kiedy partner nie chce dziecka 

Co do jednego byliśmy zgodni – nie planowaliśmy dzieci. Eryk nie nadawał się na ojca, brakowało mu cierpliwości i był zbyt oschły. Ja nie chciałam poświęcać swojej kariery, ale mimo to byłam przeszczęśliwa, kiedy zaszłam w ciążę. Wiedziałam, że to ostatni dzwonek. Eryk się nie cieszył. Eryk mnie obwiniał o tę ciążę. Nigdy nie zapomnę jego kwaśnej miny, kiedy pokazywałam mu pierwsze zdjęcie USG.

– Przecież tu nic nie widać. Jakieś mazy tylko.

Tydzień później było już po wszystkim. Ponoć się zdarza, tym bardziej w moim wieku. Podobno co piąta kobieta traci ciążę na wczesnym etapie.

– Przecież i tak nie chcieliśmy mieć dzieci – skwitował Eryk, a ja nie miałam siły tłumaczyć mu, co tak naprawdę czułam.

Szybko wróciłam do pracy i wydawało mi się, że doszłam do siebie. Pogodziłam się ze stratą. Zarazem obiecałam sobie bardziej pilnować antykoncepcji, aby nie przeżywać tego jeszcze raz. Bez wsparcia męża poronienie było dla mnie więcej niż trudne. A dla Eryka właściwie nic się nie stało. Nieczuły drań…

Spojrzałam w okno, za którym rozpościerały się pierzaste, białe chmury. Ciekawe, co porabia Eryk i czy za mną tęskni. Chociaż nie, wcale nie chcę tego wiedzieć. Wyszedł i zamknął za sobą drzwi. Koniec.

Paryż powitał mnie piękną pogodą. Było chłodno, ale słońce aż raziło w oczy. Nasunęłam na nos okulary przeciwsłoneczne i ruszyłam na podbój miasta, które zawsze chciałam zobaczyć, a które na Eryku nie zrobiłoby wrażenia. Choćby dlatego, że mnie się podobało. Był strasznie dziecinny w tym stawianiu na swoim. Skoro ja więcej zarabiałam, on próbował dominować w innych dziedzinach.

Rozstanie jako jedyna droga do samorealizacji

Ale to już nieważne, już minęło. Rozpięłam płaszcz i ruszyłam żwawym krokiem, delektując się niepowtarzalnym gwarem paryskich uliczek. Wreszcie czułam się wolna. Poczułam napływające do oczu łzy i pozwoliłam im płynąć. Osuszał je ciepły wiatr, niespotykany o tej porze roku.

W Paryżu spędziłam pięć najcudowniejszych dni mojego życia. W zasadzie po raz pierwszy czułam, że jestem na urlopie. W końcu spełniałam swoje, a nie czyjeś marzenia. I od teraz to będzie norma.

Więcej na twojstyl.pl

Zobacz również