materiał partnerski

"Nie ma rzeczy, których nie da się zdobyć. Czasami potrzeba na to tylko więcej czasu". Rozmawiamy z pięściarką Anetą Rygielską

Nie ma rzeczy, których nie da się zdobyć. Czasami potrzeba na to tylko więcej czasu. Rozmawiamy z pięściarką Anetą Rygielską
Aneta Rygielska
Fot. Materiały prasowe

„Blondynka w ringu” nieuchronnie kojarzy się z bijatyką i siniakami, co przecież nie pasuje do natury, ani tym bardziej delikatnej urody kobiet. Stereotyp, w dodatku straszliwie wyświechtany! Posłuchajcie, co o boksie sądzi wicemistrzyni świata w boksie Aneta Rygielska, pięściarka najwyższej klasy. W ringu od kilkunastu lat.

Aneta walczy agresywnie. Od pierwszej sekundy do ostatniego gongu jest stale w ruchu. W ringu uderza z dystansu, starając się chronić samą siebie. Celnie wyprowadza mocne ciosy. Odskakuje jednak co chwila, unikając choćby przypadkowego muśnięcia rękawicą – błąd, czasem taki zupełnie drobny i pozornie bez znaczenia jak odsłonięta garda, może od razu wykluczyć z walki. Boks w wydaniu Anety Rygielskiej jest trochę jak pokaz tańca nowoczesnego. Tyle, że nie ma w nim miękkich tanecznych pas czy gładkich obrotów. Zamiast nich są ciosy i uniki liczone w setki, choć oczywiście kilku rund w pojedynku pięściarek olimpijskich nikt tak nie przelicza.          

Jak trafiłaś na ring? 

Aneta Rygielska: Dzięki kolegom z podwórka. Najpierw „walczyli” w piwnicy, potem ich pojedynki przeniosły się pod wiadukt lub do osiedlowego lasku. Byli konsekwentni, więc w końcu zaczęli trenować na serio i… pewnego dnia po prostu mnie ze sobą zabrali. Wszyscy na osiedlu się blisko trzymaliśmy.  

Kiedy pierwszy raz założyłaś rękawice bokserskie?

W wieku 14 lat.   

Mama się nie bała, że nastolatka idzie się bić i że sobie zepsuje urodę?

Na szczęście wcześniej trenowałam judo, a moja siostra próbowała sił w karate – mama przyzwyczaiła się do sportów walki. Na początku nie było problemów. Ale tylko do momentu, gdy – dosłownie po dwóch miesiącach od pierwszego treningu na ringu – powiedziałam, że już czas na Mistrzostwa Polski. Mama tego się kompletnie nie spodziewała i chyba trochę spanikowała. Zadzwoniła z pretensjami do trenera, że to jednak przesada i że zdecydowanie jeszcze nie czas na tak poważne zawody. Na szczęście on ją jakoś przekonał. Zdobyłam wtedy swój pierwszy złoty medal. Nawiasem mówiąc, mama do dziś nie ogląda moich walk na żywo. Tak samo jak wcześniej boi się o mnie, choć mam już 30 lat i – jak powiedziałam – pół życia spędziłam w ringu. 

Boks wydaje się bardzo męski, kontaktowy i urazowy, a przede wszystkim mało kobiecy. Co ty w nim odkryłaś?

Nie lubię, gdy ktoś mówi, że boks nie jest dla kobiet i że to terytorium zarezerwowane dla facetów. Dla mnie walka na pięści niesamowicie rezonuje z budowaniem pewności siebie. Daje też przestrzeń na uwolnienie emocji. Kobiety naprawdę tego potrzebują! Ten sport uczy stawiania granic, odwagi i wykorzystywania siły, ale niekoniecznie fizycznej. Liczy się spryt, obejście przeciwniczki i celny atak, gdy ona się tego najmniej spodziewa. Nie chodzi o to, żeby całą siłę wpakować w cios. W dodatku boks wcale nie jest aż tak urazowy. Kocham go też za to, że na ringu mogę być dwiema wersjami samej siebie. Gdy walczę, jestem mocna i uparta. Na co dzień jestem jak inne, czyli wrażliwa, uśmiechnięta, kobieca. Zachowuję w życiu balans.  

pobrane (9)
fot. materiały prasowe

Masz wciąż tego samego trenera. Czego się od niego nauczyłaś? 

Do pewnego momentu był dla mnie mentorem, ale też po trosze ojcem i przyjacielem. Mogłam i nadal mogę porozmawiać z nim o wszystkim, co było ważne, zwłaszcza na samym początku tego właśnie potrzebowałam. Teraz mam większą świadomość samej siebie. Pamiętam jednak, że to właśnie trener otwierał mnie do innych, pomógł w przełamywaniu barier i opanowaniu wstydliwości. Przede wszystkim nauczył mnie optymizmu. Bo nie ma rzeczy, których nie da się zdobyć. Czasami potrzeba na to tylko więcej czasu! Chcę mieć z nim kontakt także po zakończeniu kariery w ringu. I tak na pewno będzie, bo przecież jestem jego przyszywaną córką. 

Wychowywała Cię mama…

Tak to prawda, trener nauczył mnie wielu rzeczy, które powinien nauczyć mnie ojciec. Wtedy go jednak przy mnie nie było. Dlatego bardzo kocham mamę za charakter i zawziętość. Jestem z niej dumna, bo dała radę wychować nas obie z siostrą. To wspaniała kobieta, która w życiu doznała dużo bólu, ale nigdy się nie poddała. Staram się być jak ona. 

Co trzeba mieć w sobie, żeby zacząć trenować boks?

Przede wszystkim chęć. Nic więcej. Nie talent, nie predyspozycje i na pewno nie „twardą głowę”. Na początek wystarczy decyzja i konsekwencja, żeby w ogóle spróbować. Ale żeby trenować z sukcesami — to już jest bardziej skomplikowane. Wtedy trzeba mieć pasję i naprawdę lubić to, co się robi. Czerpać radość z treningu, nawet kiedy jest ciężko. Bo takich dni jest więcej niż tych łatwych. Do tego dochodzi pracowitość i profesjonalne podejście. Systematyczność, dbanie o regenerację, o jedzenie, o detale. W boksie do pewnego momentu możesz dojść pracą albo talentem. Ale żeby wejść wyżej — potrzebujesz jednego i drugiego. Ważny jest też charakter. Pomimo porażki nie można się łamać, lecz od razu próbować od nowa. Trening jest wyczerpujący. Nie tylko fizycznie ale również mentalnie. W ringu nie wygrywa ten, kto uderza najmocniej, lecz najbardziej cwany, z „mocną głową”, odporny na stres czy presję. 

Aneta Rygielska
fot. materiały prasowe

Masz na koncie wicemistrzostwo świata. Dwukrotnie byłaś wicemistrzynią Europy, a do tego wielokrotnie triumfowałaś na najwyższym podium mistrzostw Polski. Ile to wymaga treningów, bo i tak można przecież przeliczać pięściarskie sukcesy?

Tygodniowo mam 8-10 treningów, a na tzw. zgrupowaniach kadry czasami jeszcze więcej. Wymagam więc od siebie i swojego organizmu naprawdę dużo, a muszę uważać. Czuję, że przy trzydziestce moje ciało – a to jest w końcu narzędzie, którym posługuję się „w pracy” - już się tak szybko nie regeneruje jak przed 10 laty. Staram się trenować uważnie, żeby nie złapać żadnej kontuzji. Mniej czasem naprawdę znaczy więcej. Warto słuchać własnego organizmu, choć wymaga to doświadczenia i zaufania do samej siebie.  

Jak znosisz porażki? Potrzebujesz psychologa, uciekasz przed problemem czy odreagowujesz w samotności?

Sport wiąże się z emocjami i trzeba się nauczyć, jak sobie z nimi radzić. Porażka niby zamyka człowieka w sobie, choć bywa też dobrym kopniakiem do działania. Z mojego doświadczenia liczy się ranga porażki, czyli – najprościej – na jakich zawodach przegrałam. Jeśli w zwykłym turnieju, „biorę kłopot na klatę”, czyli sama przepracowuję problem. Bywają jednak zawody znacznie poważniejsze, gdzie przegrana skutecznie podcina skrzydła. Wtedy bez psychologa, a ściślej bez mojej wspaniałej psycholożki, się nie obejdzie. Podczas Igrzysk Olimpijskich w Paryżu, przed rokiem, przegrałam. Absolutnie nie zakładałam, że wrócę bez medalu z najważniejszego turnieju w życiu! Załamałam się. Na szczęście na krótko. Wyciągnęłam wnioski. Dużo wniosków. Tych związanych ze mną, ale też z ludźmi przy moim boku. Cel mam jeden i on się nie zmienia – chcę wygrywać. Muszę do tego dążyć spokojnie i sprytniej, budując solidne fundamenty. Bo bez fundamentów każdy dom, nawet taki najbardziej efektowny i wymarzony, może runąć w gruzach. 

Jesteś już w cyklu przygotowań do Igrzysk Olimpijskich w Los Angeles.  Czy to będzie inna strategia niż przed wyjazdem do Paryża?

Trochę inna –na pewno, bo jestem innym człowiekiem i zarazem sportowcem bardziej doświadczonym. Mam większe zaufanie do samej siebie. Trening będzie mocny, bo lubię tak właśnie trenować, ale muszę uważać na kontuzje i dać sobie czas na regeneracje, również układu nerwowego. Często go przeciążam, a jest bardzo ważny. Muszę się nauczyć świadomie odpoczywać. Chcę być jak najlepiej przygotowana do startu w Los Angeles i wierzę, że spełnię tam w końcu swoje marzenia.

Dużo trenujesz, wyjeżdżasz na zawody i sparingi. Bywasz często w podróży. Co ułatwia ci życie?

Parę lat temu powiedziałabym, że liczy się telefon, żeby się porozumiewać ze światem. Teraz do mojej listy „must have” dokładam samochód. Wiem, czym dla sportowca jest logistyka – dotrzeć na czas do celu to już jest połowa drogi do medalu (śmiech). Jeżdżę Swiftem, który znakomicie ułatwia mi życie. Bezstresowy samochód. Lubię mieć poczucie, że wsiadam za kółko i dojeżdżam do celu bez żadnych komplikacji. Swift może ma miejskie rozmiary, ale sprawdza się w wielu sytuacjach. No i jest tak rozkosznie kobiecy…  

Aneta Rygielska
fot. materiały prasowe