Kultura

Czego dowiadujemy się o sobie z filmów i seriali poświęconych psychoterapii?

Czego dowiadujemy się o sobie z filmów i seriali poświęconych psychoterapii?
"Ostatnia sesja w Paryżu"
Fot. Materiały prasowe

Chcecie poczuć, dokąd zmierza świat? Zobaczcie, z czego ludzie zwierzają się dziś w gabinetach! Filmy i seriale z psychoterapeutami w roli głównej biją rekordy popularności, bo lubimy przyglądać się problemom innych. I pocieszamy się tym, że nawet lekarzom dusz nie jest dziś lekko. Wygląda na to, że trend będzie miał wiele nowych odsłon. Co go wykreowało? Jak zmieniał się wizerunek filmowych terapeutów? I czego możemy się z tych opowieści dowiedzieć o sobie?

Kozetka w kinie

Zdobyła Złote Globy, Srebrnego Niedźwiedzia, miała kilkanaście nominacji, w tym do Oscara! Postać grana przez Rose Byrne"Kopnęłabym cię, gdybym mogła" to jedna z najbardziej nagradzanych filmowych terapeutek roku. Ale jeśli spodziewacie się zobaczyć zrównoważoną panią psycholog, która wspiera ludzi w kryzysie, czeka was zaskoczenie. Życie Lindy to chaos połączony z cierpieniem, poczuciem osamotnienia i przytłoczenia. Przed przyjęciem pacjenta krzyczy (bezgłośnie) w poduszkę z bezsilności i przerażenia. I wciąż wpada w panikę. A jej własny terapeuta to pozbawiony empatii, wypalony mężczyzna, który nie umie słuchać. Życie terapeutki granej przez Jodie Foster w filmie "Ostatnia sesja w Paryżu" też nie jest sielanką. Trudno byłoby im odpowiedzieć przekonująco na pytanie: jak żyć? Szokujące? A może adekwatne do tego, co dzieje się wokół – choćby rekordowej liczby ludzi na lekach psychotropowych, którzy nie radzą sobie ze zbyt szybkim tempem zmian. Kino dowodzi, że terapeuci też do nich należą. Żyjemy w czasach, w których nawet specjalistom od emocji trudno ogarnąć rzeczywistość. Filmy z wątkiem psychoterapii od zawsze intrygująco diagnozowały naszą kondycję emocjonalną. Warto się im przyjrzeć. Od czego się zaczęło?

1319087_1.13
"Kopnęłabym cię, gdybym mogła"
materiały prasowe
1315056_1.13
"Ostatnia sesja w Paryżu"
Materiały prasowe

Terapeuta dyktator

Jednym z pierwszych filmów z postaciami terapeutów był "Lot nad kukułczym gniazdem", nagrodzony Oscarem obraz Miloša FormanaJackiem Nicholsonem w roli McMurphy’ego, wolnego ducha i awanturnika, który udawał chorobę psychiczną, by uniknąć więzienia. W ramach obserwacji psychiatrycznej wziął udział w przymusowej terapii, która zniszczyła mu życie. Ken Kesey, autor książki z 1962 roku, na podstawie której nakręcono kultowy film, uważał terapię za podejrzany proceder. Była jeszcze wtedy czymś stygmatyzującym, zarezerwowanym dla osób z poważnymi problemami psychiatrycznymi. Najczęściej stosowano ją pod przymusem, a jedną z jej form była zakazana dziś lobotomia. W filmie widzimy, co robiła z ludźmi – McMurphy z bystrego zawadiaki zmienił się w roślinę. Nic dziwnego, że w latach 60. nikt nie miał pomysłu, by z własnej woli umawiać się ze specjalistami od analizowania psychiki i za to płacić. Co wywołało zmianę?

409457_4.13
"Lot nad kukułczym gniazdem"
Materiały prasowe

Poznaj mojego psychoanalityka

Atmosfera wokół tematu zmieniła się, gdy w latach 70. do gry wszedł Woody Allen, a terapia ze szpitali psychiatrycznych przeniosła się do ekskluzywnych prywatnych gabinetów odwiedzanych przez gwiazdy. Fraza „mój psychoanalityk uważa, że…” pojawiała się w kinie Allena jak mantra. To aluzja do mody, która opanowała intelektualne i artystyczne środowiska w Ameryce pod koniec XX wieku. Wypadało czytać Freuda i Junga (znani twórcy psychoanalizy), zgłębiać zawiłości własnej podświadomości i dyskutować o snach. Woody Allen z parodiowania trendu zrobił swój znak rozpoznawczy. Do historii kina przeszła scena z "Annie Hall" (1977), w której na podzielonym na pół ekranie Alvy (postać grana przez Allena) na pytanie terapeuty: „Jak często uprawiacie seks?”, odpowiada: „Prawie nigdy. Najwyżej trzy razy w tygodniu!”. W tym samym czasie na drugiej połówce ekranu odpowiedź jego partnerki Annie (Diane Keaton) brzmi: „Niemal bez przerwy! Nawet trzy razy w tygodniu!”. Zaśmiewaliśmy się też z cytatów w stylu: „Moja terapeutka mówi, że mam problem z samooceną. Ale to niemożliwe, bo ja siebie wprost uwielbiam!” czy „Co mi pomaga? Terapia. Co mi szkodzi? Terapia. To błędne koło, ale przynajmniej mam o czym rozmawiać z psychoanalitykiem”. Było w tych tekstach sporo autoironii. Woody Allen przyznał, że sam korzystał z psychoanalizy (przez 40 lat!). I bywał w gabinecie nawet cztery razy w tygodniu. Dla widzów brzmiało to niedorzecznie. Ale z czasem karykaturalnego nowojorskiego analityka zastąpił na ekranie empatyczny specjalista, który zadawał leżącym na kozetce intrygujące pytania. Przestaliśmy się z niego śmiać, bo zaciekawiły nas jego spostrzeżenia. Odwiedzali go też zwykli ludzie, których dylematy emocjonalne brzmiały znajomo. Najgłośniejszym filmem tego nurtu był "Pokój syna" z 2001 roku (Złota Palma w Cannes), poruszająca opowieść o włoskim psychoterapeucie zmagającym się z bólem po śmierci dziecka. To jednak wciąż było kino dla elit – subtelne, pełne emocjonalnych niuansów. I wtedy amerykański scenarzysta David Chase wpadł na pomysł. Wysłał na psychoanalizę kogoś, kogo się tam nie spodziewaliśmy – szefa mafii. I wywołał filmowe trzęsienie ziemi.

170738_4.13
"Annie Hall"
materiały prasowe
188616_4.13
"Pokój syna"
materiały prasowe

Pacjent nieprawdopodobny

Serial "Rodzina Soprano" o Tonym (James Gandolfini), mafiosie włoskiego pochodzenia, który przychodzi do psychoterapeutki (Lorraine Bracco), bo cierpi na ataki paniki, okazał się ekranowym hitem. Inspiracją Chase’a były jego trudne relacje z matką. Gangster zwierzający z się z lęków, które „zmniejszają jego efektywność w pracy”, rozbił bank, a serial przez sześć sezonów miał rekordową oglądalność i zdobywał ważne filmowe wyróżnienia. „The New York Times” okrzyknął go „najlepszym wytworem amerykańskiej popkultury ostatnich 25 lat”. Chodziło o dobrą rozrywkę, ale nie tylko. Dialogi Tony’ego i dr Jennifer były wnikliwe i trafnie pokazywały związek depresji z przekonaniami głównego bohatera oraz jego stylem życia. Gdy rozmawiali o trudnej relacji Tony’ego z matką, żoną czy dziećmi, nieraz myśleliśmy „to ma sens!”, „trafna uwaga!”, „mam podobny problem”. Światowy (i długoletni) sukces serialu przekonał producentów, że warto realizować scenariusze z psychoterapią w roli głównej. Trend podsyciła też rosnąca liczba ludzi, którzy zmagają się z problemami życiowymi i podejmują terapię. Wizyty w gabinecie przestały być wymysłem bogatych neurotyków. Dla wielu osób stały się koniecznością. Zaczęło nas ciekawić przyglądanie się emocjom. Nabraliśmy ochoty, by pracować nad sobą i relacjami. A popkultura odpowiedziała na tę potrzebę kolejnym intrygującym pomysłem.

150496_4.13
"Rodzina Soprano"
materiały prasowe

Z kamerą w gabinecie

Skoro sesja terapeutyczna trwa 50 minut – tyle co odcinek serialu – dlaczego by nie połączyć jednego z drugim? Pierwsi na ten pomysł wpadli izraelscy filmowcy, autorzy serialu "BeTipul" (dosłownie: w trakcie leczenia) z 2005 roku. Ale to nakręcona trzy lata później amerykańska wersja, zatytułowana "In treatment", z Gabrielem Byrne’em w roli specjalisty od leczenia dusz i Dianne Wiest jako jego superwizorki, odniosła sukces tak wielki, że w ponad 20 krajach powstały lokalne wersje. Każdy z odcinków to osobne studium przypadku jednego z pięciu pacjentów, których losy śledziliśmy miesiącami. (Amerykańska wersja miała 130 odcinków, Polska, zatytułowana "Bez tajemnic", 115). Główną rolę grał Jerzy Radziwiłowicz, superwizowała go Krystyna Janda. We wszystkich krajach serial zdobył sporą widownię. Kłopoty małżeńskie, samotność, kryzys wieku średniego, myśli samobójcze, trudności w relacjach – każdy z tych problemów pojawiał się w scenariuszu i był poruszany w sposób bliski temu, jak to wygląda w prawdziwym gabinecie. Terapeuta starał się trzymać profesjonalnych zasad, ale okazywał się tylko człowiekiem. Choćby zakochując się w młodej pacjentce (w polskiej edycji grała ją modelka Małgorzata Bela). Wątek zawodowych wpadek ożywił wyobraźnię kolejnych filmowców, którzy w „terapeucie niedoskonałym” dopatrzyli się szansy na sukces. I tak powstał kolejny ekranowy hit, czyli "Terapia bez trzymanki" (Shrinking). Niedawno wystartował trzeci sezon, a Apple TV już ogłosiło, że trwają prace nad czwartym. Postać terapeuty, który ma pomagać innym, choć sam nie radzi sobie z życiem i emocjami, jest tu odgrywana na wszelkie sposoby. W rolach głównych Jason Segel (jako Jimmy, który po śmierci żony nie potrafi się pozbierać, a jednocześnie próbuje być wsparciem dla pacjentów) i Harrison Ford, jego kolega po fachu, który też bywa bezradny wobec rzeczywistości. Co jest błędem w terapeutycznej praktyce, a co niestandardowym posunięciem, które pomaga dokonać przełomu? To jeden z głównych tematów tej produkcji. Grany przez Segela specjalista popełnia wszelkie zawodowe wykroczenia. Bywa groteskowy. Krzyczy z bezradności na pacjentkę, która nie chce zauważyć, że jest ofiarą przemocy. Mówi wprost ludziom w gabinecie, co powinni zrobić, by sobie pomóc (choć to grzech kardynalny w tym fachu!). Bez cenzury informuje pacjentów, co o nich myśli. A nawet wtrąca się w ich życie. Sęk w tym, że dzięki temu często skutecznie pomaga. Filmowa fikcja? A może znów znak czasów, w których standardowe i ograne metody nie zawsze są odpowiedzią na współczesne problemy ludzi i szybko zmieniające się realia. Pytanie „co w związku z tym czujesz?” wydaje się niewystarczające, gdy wpadamy w panikę, bo świat wali nam się na głowę. Albo coraz mniej go rozumiemy. A dziś oba te doświadczenia są powszechne.

349528_1.13
"Bez tajemnic"
materiały prasowe
1320516.13
"Terapia bez trzymanki"
materiały prasowe

Sesje pisane przez życie

Spośród wszystkich „terapeutycznych” produkcji ostatnich lat szczególnie cenną dla kogoś, kto szuka nie tylko rozrywki, ale i rzetelnej wiedzy, może się okazać półtoragodzinny film dokumentalny "Stutz" (do zobaczenia na platformie Netflix). Jonah Hill, aktor i komik, który przez lata zmagał się z depresją i szukał pomocy w wielu gabinetach, trafił w końcu do specjalisty, który pomógł mu uporać się z problemami. Był nim amerykański psychiatra i terapeuta Phil Stutz. „Skoro moje życie stało się lepsze dzięki pracy z tobą, może przyjrzenie się temu, co tu robiliśmy, pomoże też innym” – uznał Hill i namówił Stutza na wspólne odsłonięcie się przed kamerą. Tak w 2021 roku powstał jeden z najbardziej intrygujących filmów poświęconych terapii. Obaj jego bohaterowie decydują się na radykalną otwartość, są w tym autentyczni, szczerzy. I obaj bezkompromisowo zagłębiają się w intymne zakamarki psychiki. Porównują życiowe doświadczenia, ale też dyskutują o mieliznach i ślepych zaułkach pracy w gabinecie. Nie ma tu tematów tabu, jest za to dużo empatii i pytań, które film stawia również widzom. „To albo najlepszy, albo najgorszy w dziejach film o terapii” – mówi jego twórca i zarazem bohater Jonah Hill. „Zapewne jedno i drugie” – odpowiada Phil Stutz. Jego zdaniem dojrzały człowiek to ten, który sam odważa się odpowiadać na pytania dotyczące własnych potrzeb i odczuć. Najlepiej więc, jeśli każdy z widzów zadecyduje, czy i co uzna w tym filmie za wartościowe. Ale bez wątpienia z tej i innych „terapeutycznych” produkcji ostatnich lat wynika, że modne dekadę temu hasło „Zostań najlepszą wersją siebie!” zastąpiło dziś inne: „Poznaj siebie i zaakceptuj człowieka, którym jesteś. Jeśli tego dokonasz, będziesz też umiał odmienić swoje życie na lepsze”. Może coraz większa liczba niedoskonałych terapeutów w kinie to sygnał, byśmy zobaczyli i w nich ludzi, a nie wszystkowiedzących i nieomylnych specjalistów. „Nikt nie wie lepiej od ciebie, co jest dla ciebie dobre – mówi Phil Stutz. – Ja mogę jedynie pomóc ci odkryć twoją prawdę”.

1148509_2.13
"Stutz"
materiały prasowe

Tekst ukazał się w magazynie TWÓJ STYL nr 05/2026