Co sprawia, że angażujemy się w związek?
Fot. iStock

Co sprawia, że angażujemy się w związek?

Dzielisz z nim mieszkanie, łóżko, szafę i łazienkę – ale czy życie? Co sprawia, że mężczyzna z którym mieszkasz staje się partnerem, a związek rodziną? 

Od czasu gdy amerykański uczony Robert Sternberg rozłożył miłość na części pierwsze, napisano już tomy na temat dwóch z nich: namiętności i intymności. Trzeci, ostatni składnik miłości nie doczekał się opisania, a szkoda – to właśnie on powoduje, że związek staje się stałym związkiem, a następnie rodziną. Mowa o zaangażowaniu. Zaangażowanie nie jest potrzebne by być parą, by się spotykać i dobrze czuć razem. Nie jest też konieczne by ze sobą zamieszkać. Można szaleć z pożądania we wspólnej sypialni - ale nie planować wspólnej przyszłości. Można mieszkać pod jednym dachem i dobrze się ze sobą bawić, ale nie wybiegać myślą naprzód. „Niby ze sobą mieszkamy, ale nasz związek stoi w miejscu”. „Widujemy się tylko w łóżku ”. „Zmienił się z partnera we współlokatora”. „Dlaczego on się nie chce zaangażować”? To tytuły postów z popularnych portali internetowych. Pod nimi warianty tej samej historii o zakochanej parze, która uwiła sobie gniazdko: minął rok, dwa, są wspólne rachunki, wspólne kolacje, seks, ale on ma swoje życie, ona swoje. Dlaczego nie mają wspólnego? 

Trzeba podjąć decyzję

Jak mówi psycholog prof. Bogdan Wojciszke mamy dziś zwyczaj utożsamiania miłości z namiętnością, tą romantyczną falą zaślepienia i pożądania. A kiedy mija czujemy się zawiedzeni, obwiniamy siebie, a jeszcze częściej partnera, że nie nadaje się do związku i nie potrafi kochać – uważa psycholog. Aby związek rozwijał się i trwał muszą pojawić się następne składniki miłości. One budują ciąg dalszy, wyznaczają bieg znajomości, jej kolejne etapy. Inaczej przypominamy parę, która w pierwszym antrakcie wychodzi do teatralnego foyer i siedzi tam zastanawiając się - czy warto wrócić na przedstawienie? I wielu z nas – nie wraca. Wciąż siedzi na ławeczce żałując, że akt pierwszy się skończył. Zaniedbany element miłości – zaangażowanie, nazywane też przez prof. Wojciszke zobowiązaniem, wynika z inwestowania w związek. Inwestowania emocjonalnego i materialnego. 

 Zaangażowanie w miłości nie przychodzi samo, nie zdarza się w magiczny sposób podczas randki ani rozmowy. Wymaga decyzji, przejścia od „chyba chcę” do „TAK, CHCĘ”. 

Za decyzją „tak, chcę” - idą myśli i konkretne działania: nawiązanie kontaktów z rodziną partnera i wprowadzenie go do swojej, poznanie jego przyjaciół, współpracowników, znajomych. Uwzględnianie go w planach na dziś, na jutro, na dalszą przyszłość. Zobowiązania materialne, jak choćby wzięty we dwoje kredyt. Wreszcie najważniejsze - podejmowanie konkretnych działań, żeby związek był szczęśliwy. Zaangażowany partner to ten, który jest, kiedy potrzeba, a nie jedynie mówi, że chciałby być. Pokazuje, że mu zależy, a nie jedynie mówi „kocham”. Wątpliwości pojawiają się wtedy, gdy partner sam wyjeżdża na święta do rodziny, gdy nie chce odwiedzać naszej ukochanej „bardzo nudnej” cioci, gdy spostrzegamy, że nie uwzględnia nas w swoich planach na przyszłość, gdy nie mówi „my” lecz „ja” i co gorsza, zachowuje się w domu jak lokator: sprząta, ale po sobie i usuwa się dyskretnie, kiedy mamy problem. Na portalu Kafeteria i Netkobiety dziewczyny piszą: „Umarła mi babcia i jadę na pogrzeb. Sama, pociągiem, bo mój facet ma szkolenie „z którego bardzo trudno się wypisać". Tylko, że nawet nie próbował”. „Kocham mojego przyszłego, ale jak potrzebuje pomocy nie mogę na niego liczyć. Najpierw opowiada mi jakie coś jest proste, ale jak go poproszę to nagle nie umie, nie wie, nie ma czasu. Niedługo planujemy ślub, ale kiedy trzeba powiesić półke w domu, robi to mój... szwagier”. „Mówi, że mnie kocha, ale coraz mniej mu wierzę. Poza gadaniem nie ma nic więcej, nie kupi kwiatów, nie zrobi niespodzianki ani nawet kolacji, nie zaplanuje wyjścia do kina. Bo mało zarabia, bo go nie stać, bo jest zmęczony. Fakt, dużo pracuje, ale na swoje przyjemności nie żałuje pieniędzy” Benjamin Karney profesor psychologii społecznej z University of California zbadał, że ludzie często uważają zaangażowanie za postawę: „Bardzo lubię ten związek i chcę go kontynuować”. – Czyli: dobrze się bawię, jest mi przyjemnie i chcę, by było tak dalej – zauważa badacz. – Jednak to nieprawda. Testem zaangażowania są problemy. Wymuszają one decyzję: czy staję po stronie związku i rozwiązuję je wspólnie z partnerem, czy staję po swojej własnej stronie i wycofuję się, bo zrobiło się trudno, stresująco, nieprzyjemnie. To gotowość do bycia z drugim człowiekiem „na złe” jest miarą zaangażowania.

Czy to na pewno on? 

Niestety nie można zmusić nikogo by się zaangażował. Można jednak prosić o pomoc w rozwiazywaniu problemów i dziękować za nią. Można skłonić partnera do tego by zrobił coś tylko dla mnie i pokazać, jak to doceniam. Można wreszcie dawać wsparcie partnerowi, ale też prosić o rewanż. Prof. Wojciszke opowiada o swoim zaskoczeniu wynikami badań psychologicznych, w których naukowcy wpadli na pomysł, by oddzielić wsparcie otrzymywane od wsparcia dawanego. - Okazało się, że dobroczynnie działa na nas wsparcie dawane innym, a nie to otrzymywane. Otrzymywanie jest przyjemne, ale to dawanie ma charakter, który można nazwać sensotwórczym. Innymi słowy nadaje życiu sens –mówi psycholog. O tym samym przypomina psychologia wywierania wpływu na ludzi: ten kto pomaga - angażuje się, bo czuje się ważny i potrzebny – twierdzi Robert Cialdini, na którego książkach uczą się nie zakochani lecz specjaliści od marketingu. Zaangażowaniu służą wspólne cele i marzenia, rozmowy – nie o związku i „na jakim etapie teraz jesteśmy” - tylko te o życiu, o naszych pragnieniach i przemyśleniach. 

Pytaj: o czym teraz marzysz? Czego chcesz? Co lubisz? Co ci się śni? I rewanżuj się wyznaniami w spokojnej, nieoceniajacej rozmowie. To samo, co buduje zaufanie i bliską więź - będzie też napędzać zaangażowanie. 

Drugi składnik miłości – intymność, jest warunkiem satysfakcji ze związku. Zdarza się, że choć narzekamy na brak zaangażowania ze strony partnera, to w naszym związku brakuje przede wszystkim wzajemnego zrozumienia i przywiązania. A bez nich trudno mieć poczucie, że na byciu z drugim człowiekiem zyskujemy, a nie tracimy. Psychoterapeuci opowiadają, że słyszą często w gabinetach: "Nie angażuję się, bo skąd mogę mieć pewność, że on(ona) jest właściwą osobą?" . Nie możesz mieć pewności i nigdy jej mieć nie będziesz. Nic w życiu nie jest pewne. Wejście w związek zawsze jest ryzykiem. Ale bez zaangażowania nie zbudujemy dobrej, trwałej relacji ani rodziny.

Czy jesteśmy symetryczni? 

Czy związek bez zaangażowania może w ogóle trwać? Może. Najczęściej – krótko. Układy typu living apart together (razem osobno) to właśnie sposoby na przedłużenie związku i unikniecie zobowiązania. Dwa domy, dwoje ludzi, lubia się spotykać, coś ich łączy i wystarczy, niech tak zostanie. Prof. Benjamin Karney mówi, że niektórzy z nas nie potrafią przekroczyć indywidualizmu. Żeby stworzyć rodzinę, trzeba umieć zobaczyć siebie jako część zespołu. Nie dążyć do osiągnięcia pozycji „moja wygrana” lecz „wygrana związku”. Z jego badań wynika, ze najtrwalsze i najszczęśliwsze związki tworzą pary partnerów, którzy w podobnym stopniu wykonują wobec siebie drobne gesty ustępstw. Takiej symetrii wymaga też samo zaangażowanie – jeśli jest podobne po obu stronach, podtrzymuje intymność i zaufanie, chroni miłość jak cichy strażnik. Warto pamiętać, że o ile nie mamy wielkiego wpływu pojawienie się namiętności, zaangażowanie jest kwestią naszej decyzji: będę robić co możliwe, aby mój związek był trwały i szczęśliwy. Brak symetrii oznacza, że jedno z nas tej decyzji nie chce podjąć. A może nie potrafi? – Jest mi bliskie spojrzenie Ericha Fromma na miłość – mówi profesor Karney. – Według niego miłość to akt twórczy, dzieło, które tworzymy wkładając w nie emocje, myśli i działania. Artysta wie, że jego dzieło wymaga wysiłku, poświęceń, oddania. Związek udaje się, jeśli partnerzy tworzą go we dwoje – jak artyści. 

Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również