Przeklinanie nie jest takie złe
Fot. iStock

Przeklinanie nie jest takie złe

Przekleństwa są obecne w języku od początku cywilizacji, a niektórzy naukowcy twierdzą wręcz, że w ogóle cywilizacja powstała, ponieważ ludzie nauczyli się przeklinać. Dziś, według badań, przeklina 8 na 10 dorosłych osób. Przekleństwami zajmują się językoznawcy, poświęca się im opracowania naukowe, m.in. „Słownik polskich wyzwisk, inwektyw i określeń pejoratywnych” Ludwika Stommy czy „Słownik polskich przekleństw i wulgaryzmów” Macieja Grochowskiego. Przeklinanie stało się zjawiskiem wręcz interdyscyplinarnym – zajmuje się nim psychologia, socjologia, nauki społeczne, medycyna.

Jeszcze niedawno przeklinanie w odbiorze społecznym kojarzyło się z brakiem kultury, wykształcenia i ogłady towarzyskiej. Klęli szewcy, marynarze, młodzież w ramach buntu oraz poeci w ramach eksperymentów z językiem. No i naturalnie kierowcy, czyli kiedyś dorożkarze. Dziś przekleństw w zasadzie nikt się nie wstydzi, a ich używanie jest zjawiskiem wręcz egalitarnym, ponieważ nie ograniczają go wiek, pozycja społeczna czy wykształcenie.

Po co klniemy?

Przede wszystkim po to, żeby wzmocnić swoją wypowiedź, czegokolwiek ona dotyczy. Czy wyrażamy zachwyt, czy dezaprobatę, zdanie podkreślone przekleństwem ma większą moc, przy czym należy podkreślić, że przekleństwem nie zawsze jest słowo wulgarne. Stwierdzenie: „Jakie to piękne!” jest mdłe, ale jeśli powiemy: „Do licha, jakie to piękne!” – nabiera mocy i lepiej odzwierciedla faktyczny stan bezgranicznego zachwytu, w jaki właśnie wpadliśmy. I w drugą stronę: „Co ty robisz?!” można w gruncie rzeczy uznać za zwykłe pytanie, „Co ty robisz, do cholery?!” to już jest prawdziwe oburzenie. Dlaczego? Ponieważ, jak twierdzi Richard Stephens z Uniwersytetu Keele w Wielkiej Brytanii, psycholog zajmujący się m.in. językiem emocjonalnym, autor książki „Czarna owca. Ukryte zalety okropnego zachowania”, „to nie jest język jak każdy inny (...), zwykłe słowa rzadko mają taką siłę”. Jak wykazują badania, w przeklinaniu – zarówno w procesach nadawania, jak i odbierania komunikatów – uczestniczą wcale nie ośrodki mowy, tylko ciało migdałowate, jedna z najstarszych ewolucyjnie części mózgu odpowiedzialna za emocje.

Dlaczego klniemy?

Ponieważ przeklinanie pomaga uporać się z nadmiarem emocji i znaleźć ujście dla napięcia. Przeklinanie jest wentylem bezpieczeństwa, przez który wypuszczamy gniew, złość, przygnębienie, zniechęcenie, wstyd, nadmierne wzruszenie, zaskoczenie, niedowierzanie. Pomaga przy wysiłku potrzebnym do wykonania jakiejś ciężkiej, fizycznej pracy, łagodzi ból. Kiedy walniemy się w mały palec u nogi, co jak wszyscy doskonale wiedzą, jest cholernie bolesne, raczej nie krzyczymy „ojej”, tylko odruchowo rzucamy „grubym” słowem. O dziwo, ból od razu zaczyna się zmniejszać. To działanie przekleństw zostało udowodnione wieloma eksperymentami, z których najsłynniejszy to chyba ten, kiedy kilkudziesięciu studentów-ochotników trzymało ręce w lodowatej wodzie. Część w tym czasie mogła kląć, część używać słów neutralnych. Okazało się, że o połowę dłużej wytrzymali ci, którzy przeklinali. Oczywiście to nie same słowa zaczarowały rzeczywistość i sprawiły, że dłużej dało się znieść ból, tylko fakt, że przekleństwa wywołały silne emocje, które podniosły tętno, a to z kolei zmniejszyło odczuwanie bólu. Mimo to nie dało się ukryć, że przeklinanie pomogło.

Dlaczego powinniśmy kląć?

Ponieważ przeklinanie, oprócz już wspomnianych korzyści emocjonalnych, przynosi jeszcze jedną – społeczną: pomaga nawiązywać i wzmacniać więzi. Emma Byrne, badaczka zajmująca się neuronauką, autorka książki „Bluzgaj zdrowo. O pożytkach z przeklinania” przytacza przykład ze swojego własnego życia, kiedy jako jedyna kobieta znalazła się w męskim zespole naukowców. Akceptację tej grupy zdobyła dzięki zainteresowaniu futbolem oraz dzięki temu, że klęła jak szewc, co akurat nie sprawiło jej trudności, ponieważ, jak sama przyznaje, uwielbia przeklinać. Jak się zdaje, nie jest to odosobniony przypadek – wiele kobiet ma podobne doświadczenia: zostały przyjęte do męskiej grupy, ponieważ klęły równie sprawnie, jak mężczyźni. Z tym że Byrne wyciąga z tego jeszcze jeden wniosek, wykorzystujący stereotypy podziału na rzeczy „męskie” i „kobiece” w kwestii wyrażania emocji. Byrne twierdzi, że być może walka o faktyczne równouprawnienie kobiet byłaby znacznie skuteczniejsza, gdyby istniało społeczne przyzwolenie na to, żeby mężczyźni płakali, a kobiety klęły jak diabli.

Jak powinniśmy kląć?

Adekwatnie do sytuacji. „Motyla noga” pochodzi z niezapomnianej komedii „Miś” Stanisława Barei z 1980 roku, kiedy prowadzący telewizyjny program edukacyjny Wujek Dobra Rada (w tej roli Stanisław Mikulski) udziela dzieciom porad na temat grzeczności i dobrego wychowania. Podpowiada, co robić, gdy dzieci używają brzydkich wyrazów i „motyla noga” jest właśnie jednym z nich. Żeby prawdziwe przekleństwa były tak łagodne! Właściwie to mogą być, bo przekleństwo żeby było przekleństwem, wcale nie musi być wulgarne. Do jasnej Anielki. Tam do kata. Niech to dunder świśnie. O kuchnia! Do diaska. Pies by trącał. Jasny gwint. Do stu piorunów. Ugryź się w ucho. Ja cię kręcę. Wciórności. Niech cię kule biją. Kurza stopa. Psiakrew. Kurza melodia. Są ładne, nie ranią uszu i można ich używać przy dzieciach. Tylko że kiedy na przykład mamy stłuczkę, to w zaskoczeniu, gniewie, zdenerwowaniu i wielu innych emocjach, które w pierwszej chwili trudno ogarnąć, raczej nie przyjdzie nam do głowy: „Do stu tysięcy fur beczek zardzewiałych kartaczy!”, tylko raczej jedno „mięsiste” i wyraziste słowo na „ka”, które uniwersalnie wyrazi wszystko, co w tym momencie czujemy.

Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również