Przylepka i potwór, czyli trudna miłość Sławomira Mrożka i Susany Osorio-Mrożek
Sławomir Mrożek i Susana Osorio-Mrożek
Fot. PIOTR FOTEK/REPORTER

Przylepka i potwór, czyli trudna miłość Sławomira Mrożka i Susany Osorio-Mrożek

Susana Osorio-Mrożek i Sławomir Mrożek - przez wiele lat niby razem, a jednak osobno. Bo jak inaczej nazwać wieloletni związek na odległość, który opierał się na listach? Część z nich możemy dzisiaj przeczytać w książce "Przylepka i potwór" Susany Osorio-Mrożek. Sławomir Mrożek - genialny pisarz, dramaturg, rysownik. Jaki był naprawdę? Czy rzeczywiście tak zamknięty w sobie, jak zwykło się o nim pisać?

TS: Pani to oczywiście przylepka, a Sławomir - potwór?

Susana Mrożek: Tak do siebie mówiliśmy. Ja do niego monster (potwór), a on do mnie sticker (przylepka). Pomyślałam, że to się świetnie nadaje na tytuł - kiedy mówimy o miłości, musimy być szczerzy, ale też trzeba uważać, żeby nie popaść w nadmierną ckliwość. Próbowałam tego uniknąć. Ten tytuł wyraża bliskość, która była między nami, ale nie przekracza granicy kiczu. I czuć w nim autoironię.

Dlaczego przylepka i dlaczego potwór?

Bo Sławomir był potworem! Nie miał łatwego charakteru, choć był tego świadomy. Nazywał mnie tak, bo mu kiedyś powiedziałam: “Jesteś potworem, ale ja i tak do ciebie przylgnę”. Chciałam z nim być, chociaż wiedziałam, że nie będzie łatwo. Te przezwiska w czuły sposób pokazują, na jakie role świadomie zdecydowaliśmy się w tym związku.

Na czym polegał trudny charakter Sławomira?

Bywał kapryśny. Nadwrażliwy. Denerwował go hałas, nie mógł go znieść. Nie umiał się od niego odciąć ani wytłumaczyć sobie, że zaraz minie. Dla niego to było coś strasznego, koniec świata. Miewał zmienne humory. Bywało, że kochał jakieś danie, mógł je jeść codziennie, a za miesiąc już go nie znosił. Albo czuł się smutny i opowiadał o tym, a za 3 godziny wpadał w euforię. I na odwrót. Ciężko było przewidzieć, jak się zachowa, kiedy zmieni mu się humor, chociaż gdy się lepiej poznaliśmy, stało się to łatwiejsze.

A priori był na nie. Kiedy coś mu się proponowało, mówił: "Nie". Więc kiedy chciałam iść do restauracji, nie pytałam, czy chce ze mną iść, tylko mówiłam: "Sławomir, idę do restauracji". Jeżeli miał ochotę, dołączał, jeżeli nie, szłam sama i też nie było problemu. Dlaczego tak? Bo kiedy słyszał pytanie, które zaczynało się od: "Czy chcesz?", odpowiadał: "Nie". “Chcesz czekoladę?" "Nie". A za chwilę: "Co mówiłaś, o co pytałaś?" Tak to wyglądało.

Kiedy chciałam, żeby zaakceptował coś dla mnie ważnego, podchodziłam go od drugiej strony. Mówiłam: "Chciałabym coś zrobić, ale myślę, że to nie jest dobry pomysł". Na co on: "Ale o co chodzi?" "Nie, to nie dla mnie". "Proszę, powiedz". Wtedy mówiłam, a on przekonywał, że to właśnie dla mnie. Bo oceniał rzecz przeciwnie do tego, jak ją przedstawiałam. Ten sposób był niezawodny, zawsze działał.

Wygląda, jak odrębny system komunikacji, który trzeba wypracować, żeby się dobrze porozumieć.

Chyba wszystkie pary muszą taki wypracować, dostosować go do osobowości, charakterów obu stron, okoliczności, w których się znajdują. Nie ma innej drogi. Nasza relacja była pełna miłości, choć intensywna. Ale zawsze opierała się na szacunku. Nawet w momentach największej namiętności i zakochania przede wszystkim byliśmy przyjaciółmi, wspólnikami. Szczerze opowiadaliśmy o naszych stanach ducha, a wiem, że ludzie nie zawsze potrafią mówić o tym, co czują. Przez to stają się smutni, kłócą się, źle im. Nas to nie dotyczyło.

Nie kłócili się państwo?

Bardzo rzadko, prawie wcale. Czasami narzekałam, że nie jestem w stanie poradzić sobie z tak dużą dawką pesymizmu. Ale to nie były kłótnie - raczej protest. Nie obrzucaliśmy się obelgami, nie podnosiliśmy głosu.

Pesymizm czuć nawet w opublikowanych listach. Czy ten stan towarzyszył Sławomirowi cały czas?

Jestem przekonana, że on ten smutek odziedziczył. Podobne podejście miała jego siostra, kuzynka, ciocia, choć to były zupełnie inne osobowości i charaktery. Ale nawet pesymiści mają swoje momenty radości i euforii. Ciekawe, że kiedy po udarze (w 2002 roku, red.) cierpiał na afazję (utrata zdolności językowych, red.), zmienił mu się charakter. Może nie stał się euforyczny, ale na pewno dużo bardziej pogodny. Wszystko mu się podobało, generalnie był zadowolony, a nawet bardziej zaradny i przedsiębiorczy.

Czy ten pesymizm był dla pani trudny?

Tolerowałam go. Ale kiedy widzimy, że kochana osoba cierpi, nie jest przyjemnie. Czasami mu nawet mówiłam, że on chyba cierpi, bo lubi.

Ale Sławomir miał też wspaniałe poczucie humoru i dystans do siebie - nikt nie potrafił się tak z pesymizmu śmiać, jak on sam. Może dlatego nie był taki uciążliwy? Kiedy jednak pesymizm jako cecha charakteru pogłębia się w depresję i taka osoba nie chce wychodzić z domu, pisać, mówić, rozmawiać, można zacząć się martwić. Oczywiście, że się o Sławomira martwiłam, ale to mnie nie przytłaczało. Nigdy nie pomyślałam: 'Dłużej już z tym zrzędą nie wytrzymam'.

Poza tym on nigdy nie był przeciwko mnie, nie narzekał: "zupa za słona, źle wyprasowałaś koszulę, nie podoba mi się muzyka, której słuchasz". Stał murem za mną, moje pomysły mu się podobały, wspierał mnie.

Jego smutek nigdy nie stał się kliniczny? Nie musiał brać leków? Chodzić do psychiatry?

Nie poszedł do lekarza, bo taka była jego decyzja. Kiedy przyjechałam do Paryża, żebyśmy rzeczywiście mogli być razem, a nie tylko pisać do siebie listy, miał kolegę - psychiatrę, ale nigdy nie poszedł do niego na oficjalną wizytę. Wiem jednak, że ten kolega przepisywał mu antydepresanty i leki nasenne. Kiedy wstawał, zażywał tabletkę, żeby jakoś funkcjonować w ciągu dnia. Ale kiedy przyjechałam do niego i zobaczyłam stos pudełek z lekarstwami, szybko go przekonałam, że nie warto tego wszystkiego brać. I przestał. Zadbałam też o mieszkanie - posprzątałam, odgraciłam, rozjaśniłam, w ciemnych kątach postawiłam świeczki, na stołach kwiaty. Spodobało mu się. Gdyby jednak Sławomir zdecydował się pójść na oficjalną wizytę do psychiatry, to myślę, że jego stan kwalifikowałby się do tego, żeby nazwać go depresją.

Co panią w nim urzekło?

Inteligencja i ciepło, które wyczułam. Na początku chodzi przecież o rzeczy podstawowe, fizyczne - podoba nam się czyjś głos, sposób, w jaki na nas patrzy, to coś, co czujemy, kiedy nas dotyka. Rzeczy podstawowe, zwierzęce, prymitywne, poza rozumem. Nie analizujemy tego. Na początku przecież nie zastanawiamy się, czy to wartościowy człowiek.

Czy dla tej miłości musiała pani coś poświęcić?

Całe wcześniejsze życie - karierę zawodową (Susana pracowała w teatrze jako aktorka i reżyserka, red.), wolność, wszystkie moje kaprysy. Kiedy zdecydowałam się na ślub ze Sławomirem, moje życie zmieniło się o 180 stopni.

Nie miała pani wątpliwości?

Mnóstwo. Ale też dostałam 7 lat, żeby się nad tym zastanowić (Susana i Sławomir poznali się w Meksyku w 1979 roku, ślub wzięli w 1987 w Paryżu. Przez cały ten czas pisali do siebie listy, red.). Wiedziałam, że w końcu będę musiała podjąć decyzję. Nie chciałam wychodzić za mąż, Sławomir mnie przekonał. Mnie wystarczało, że mam cudownego kochanka, którego uwielbiałam. Moje życie mogłoby się tak toczyć dalej. W tamtym momencie byłam niezależna, czułam się pewnie jako reżyserka, dobrze zarabiałam, miałam mieszkanie.

Miałam wszystko, za wyjątkiem pełni miłości - a tę dostałam od Sławomira. To najcenniejsza rzecz, jaka mnie spotkała. On widział mnie lepszą, niż ja siebie. Choć miałam poczucie własnej wartości. Uważał, że zawsze mam rację i jestem najcudowniejszą, najbardziej interesującą kobietą na świecie. Widział mnie taką przez ponad 25 lat. Jeżeli spotykasz mężczyznę, który w ten sposób o tobie myśli, tak cię kocha, ciężko takiej miłości odmówić.

Więcej na twojstyl.pl

Zobacz również