Rozmowy

Znowu trafiłam na ten sam typ mężczyzny. Psycholog: tu warto wrócić do relacji z matką

Znowu trafiłam na ten sam typ mężczyzny. Psycholog: tu warto wrócić do relacji z matką
Fot. Getty Images

Dlaczego jedne kobiety panicznie boją się porzucenia, inne za wszelką cenę chcą zadowolić partnera lub seryjnie zakochują się w niewłaściwych mężczyznach? Psychoterapeutka Marta Suska przekonuje, że w poszukiwaniu odpowiedzi na te pytania warto wrócić do pierwszej relacji życia, z matką. 

Twój STYL: Gdy nie układa nam się w miłości, często tłumaczymy to pechem. Pani twierdzi, że warto przyjrzeć się relacji z matką. Naprawdę to, jaka była, decyduje o tym, kogo i jak pokocha dorosła kobieta?

Marta Suska: Nie decyduje, ale z pewnością ma wpływ. Relacja z matką jest pierwszą i najważniejszą więzią, jakiej doświadczamy. Od niej uczymy się, czy świat jest bezpieczny, czy można ufać innym ludziom, czy nasze potrzeby są ważne i czy zasługujemy na miłość. Ten głęboki wewnętrzny zapis przenosimy do późniejszych związków. Nie oznacza to, że wszystko, co nas spotka, zależy od matki. Na rozwój dziecka wpływają również ojciec – nawet nieobecny, inni bliscy, doświadczenia życiowe czy późniejsze relacje. Jednak ta pierwsza więź jest czymś w rodzaju emocjonalnego wzorca, do którego – często nieświadomie – odnosimy kolejne miłości. Dlatego kobieta, która w dzieciństwie doświadczała bezpieczeństwa i akceptacji, zwykle łatwiej tworzy zdrowe relacje.

Jesteśmy skazane na powielanie rodzinnego scenariusza?

Na szczęście nie. W psychologii mówimy raczej o prawdopodobieństwie niż o przeznaczeniu. Wzorce z dzieciństwa są silne, bo powstały wtedy, gdy młody mózg się rozwijał, ale możemy je rozpoznać, zrozumieć i stopniowo zmieniać. Najważniejsze jest uświadomienie sobie, że to, co dziś wydaje się „pechem do mężczyzn”, często jest konsekwencją sięgania po dawną strategię przetrwania. Czym ona jest? Jako dziecko robiłyśmy wszystko, by zachować więź z najważniejszą osobą. Problem polega na tym, że strategie, które pomagały kilkuletniej dziewczynce, dorosłej kobiecie często już nie służą.

W książce pisze pani o różnych „trybach dziecka”. Brzmi tajemniczo. Czym one są?

W terapii schematów, którą się zajmuję, zakładamy, że w każdym z nas „żyją” różne części naszej osobowości. Jedną z nich jest wewnętrzne dziecko. To ta część, która pamięta najważniejsze doświadczenia z dzieciństwa: zarówno dobre, jak i bolesne. W niej rodzą się silne reakcje emocjonalne. Kiedy partner nie odpisuje na wiadomość, gdy się oddala albo nas krytykuje, często nie reaguje spokojna, dorosła kobieta, ale właśnie to zranione wewnętrzne dziecko. Tryby nie są etykietami ani diagnozami, tylko sposobem opisania tego, jak nauczyliśmy się radzić sobie z niezaspokojonymi potrzebami. Każde z nas ma ich kilka, ale zwykle jeden lub dwa dominują i mocno wpływają na funkcjonowanie w relacjach.

Zacznijmy od Dziecka porzuconego. Jak kobieta, u której ten tryb dominuje, zachowuje się w związku?

Boi się utraty bliskiej relacji, więc nawet drobne sygnały potrafi odczytywać jako zapowiedź odrzucenia. Partner jest zmęczony po pracy, a ona już zastanawia się, czy przestał ją kochać. Takie kobiety często dużo wybaczają i zostają w związkach, nawet gdy czują się ranione, bo samotność wydaje im się bardziej przerażająca niż cierpienie we dwoje. Paradoks polega na tym, że im bardziej boją się porzucenia, tym mocniej próbują zatrzymać partnera przy sobie, co jest przytłaczające i nierzadko prowadzi do konfliktów.

A czym charakteryzuje się tryb Dziecka zawłaszczonego, jak przejawia się w dorosłości?

Występuje u kogoś, kto nie miał przestrzeni, by stać się niezależnym człowiekiem. Matka bardzo kochała, ale jednocześnie trudno jej było zaakceptować autonomię dziecka. Wszystko wiedziała lepiej, chciała uczestniczyć w każdej decyzji, a czasem wręcz żyła życiem córki. W dorosłości taka kobieta często ma poczucie winy, gdy próbuje postawić granicę matce. Jej partner z kolei może czuć, że w ich związku jest jeszcze ktoś trzeci – mama, której zdanie wciąż ma ogromne znaczenie. Czasem takim kobietom trudno zbudować własną rodzinę.

Wiele kobiet odnajdzie się chyba także w Dziecku grzecznym. Wiele dziewczynek nauczono, że miłość dostaje się za bycie niesprawiającą kłopotów, spokojną i spełniającą oczekiwania innych. W dorosłym życiu często nadal funkcjonują według tej zasady. Częściej pytają partnera, czego on chce, niż zastanawiają się, czego same potrzebują. Trudno im odmówić, poprosić o pomoc czy powiedzieć: „To mi nie odpowiada”. Z zewnątrz wyglądają na ugodowe, ale w środku często narasta w nich zmęczenie, żal i poczucie niewidzialności.

Każdy z nas jest jakimś „trybem”, który definiuje nasze zachowania w związkach?

Nie jesteśmy jedną etykietą. Ważne, by nie traktować tych opisów jak diagnozy. Warto zrozumieć mechanizm. Jeżeli rozpoznaję, że w trudnej sytuacji odzywa się moje Dziecko porzucone albo Dziecko grzeczne, nie myślę: „Ze mną jest coś nie tak”. Zaczynam rozumieć, skąd biorą się moje reakcje. To pierwszy krok do odzyskania kontroli i zmiany.

Załóżmy, że czytelniczka rozpoznała u siebie któryś z tych trybów. Skąd ma wiedzieć, kiedy przejmuje on stery w jej związku?

Najprościej mówiąc, po intensywności emocji. Jeśli reakcja jest dużo silniejsza, niż wymaga tego sytuacja, możliwe, że do głosu dochodzi nie dorosła kobieta, ale dawne zranienie. Partner nie odbiera telefonu i nagle pojawia się panika. Jedna krytyczna uwaga wywołuje poczucie kompletnej bezwartościowości. Zwykła prośba o więcej przestrzeni brzmi jak zapowiedź rozstania. Takie reakcje często mają źródło nie w tym, co dzieje się tu i teraz, ale w doświadczeniach z dzieciństwa.

Zakochujemy się jako dorosłe kobiety, ale kłócimy jak kilkuletnie dziewczynki?

Czasami tak jest. Nasze emocjonalne reakcje bywają bardzo dziecięce. Kiedy czujemy się zagrożone, uruchamiają się strategie, które kiedyś pomagały nam przetrwać. Te zachowania nie są przypadkowe. I kiedyś miały sens. Problem polega na tym, że dziś często utrudniają budowanie bliskości.

Pisze pani też, że nie wybieramy partnerów przypadkowo.

Wydaje nam się, że kierujemy się wyłącznie uczuciem, a często pociąga nas to, co jest znajome emocjonalnie. Jeżeli ktoś dorastał w domu, w którym miłość trzeba było sobie wypracować, może nieświadomie szukać partnera, którego również będzie musiał z trudem zdobywać. I nieustająco się o niego starać. To nie znaczy, że świadomie wybieramy cierpienie. Raczej próbujemy stworzyć lepszą wersję relacji, która kiedyś zakończyła się bólem. Mamy nadzieję, że tym razem wszystko potoczy się inaczej. Że wreszcie zdołamy spuentować starą bolesną historię happy endem.

Czy dlatego tak wiele kobiet mówi po kolejnym rozstaniu: „Znowu trafiłam na ten sam typ mężczyzny”?

Zmieniają się twarze, zawody, temperamenty, ale mechanizm emocjonalny w relacji pozostaje podobny. Jeżeli nie rozumiemy własnych schematów, łatwo odtwarzamy ten sam scenariusz z różnymi partnerami.

Skoro schemat można rozpoznać, można go też przerwać?

Uświadomienie sobie schematu nie rozwiązuje jeszcze problemu, ale sprawia, że przestajemy działać automatycznie. Zamiast zastanawiać się: „Dlaczego znowu mi się to przydarzyło?”, możemy zapytać: „Co właśnie się we mnie uruchamia? Czy chcę za tym pójść kolejny raz?”. Nie zmienimy dzieciństwa, ale możemy zdecydować, co zrobimy z jego konsekwencjami.

Gdy zaczynamy rozumieć własne schematy, łatwo wpaść w pułapkę obwiniania rodziców. Zwłaszcza matek. Dziś to często spotykany motyw.

Większość matek nie chciała skrzywdzić swoich dzieci. Wychowywały je tak, jak same zostały wychowane. One również były czyimiś córkami, miały własne ograniczenia i niezaspokojone potrzeby. To nie znaczy, że mamy usprawiedliwiać wszystko, czego doświadczyłyśmy. Chodzi raczej o zrozumienie zasady niż o szukanie winnych.

Celem nie jest naprawienie relacji z mamą?

Niekoniecznie. To ważne rozróżnienie. Wiele osób myśli, że dopóki nie pogodzi się z matką albo nie usłyszy od niej przeprosin, nie będzie mogło żyć spokojnie. Tymczasem zmiana jest możliwa również wtedy, gdy matka nie chce rozmawiać, nie rozumie naszych doświadczeń albo już nie żyje. Pracujemy przede wszystkim nad sobą. Nad tym, jak dziś reagujemy, jakie decyzje podejmujemy. To jest obszar, na który mamy realny wpływ.

Opisuje też pani proces reparentingu. Na czym on polega?

Najprościej mówiąc, uczymy się dawać sobie to, czego kiedyś zabrakło nam w relacji z rodzicem. Chodzi o rozwijanie w sobie troskliwego, stabilnego dorosłego, który potrafi zadbać o własne potrzeby, postawić granicę, poprosić o pomoc czy powiedzieć sobie: „Widzę cię. Rozumiem. I wiem, co zrobić”.

Wiele kobiet, które czytają pani książkę, jest już matkami. Często mówią: „Jeśli ja tyle złego dostałam od własnej mamy, która mnie kochała, to może nieświadomie robię to samo swoim dzieciom”. Bolesna myśl...

Często wzbudza poczucie winy. Chciałabym jednak powiedzieć matkom coś ważnego: nie chodzi o to, by być idealną. Dzieci nie potrzebują rodziców idealnych, tylko wystarczająco dobrych, takich, którzy potrafią kochać, dostrzegać potrzeby dziecka, ale też przyznać się do błędu i naprawiać relację. To właśnie naprawianie więzi jest jednym z najważniejszych doświadczeń, jakie możemy dać dziecku.

Czyli można popełniać błędy i nie krzywdzić tym dziecka?

Oczywiście. Każdy rodzic je popełnia. Problemem nie jest sam błąd, tylko udawanie, że nic się nie stało. Kiedy potrafimy powiedzieć dziecku: „Przepraszam. Byłam zmęczona. Zareagowałam za ostro”, uczymy je czegoś niezwykle ważnego. Pokazujemy, że relacje nie muszą być perfekcyjne, żeby były bezpieczne. To ogromny prezent.

W książce często pani powtarza, że zadaniem rodzica nie jest wychowanie posłusznego dziecka, ale samodzielnego człowieka.

Tak, bo naszym celem powinno być stworzenie człowieka, który zna swoje potrzeby, potrafi stawiać granice, budować bliskie relacje i jednocześnie pozostaje sobą. To oznacza, że czasem dziecko się z nami nie zgodzi. Będzie miało własne zdanie, odmienne wybory, odrębne życie. Paradoksalnie właśnie wtedy możemy powiedzieć, że dobrze wykonaliśmy swoją pracę.

Spodobała mi się metafora, że dobra mama jest trochę jak kibic.

Bo kibic nie biegnie za zawodnikiem po boisku ani nie kopie za niego piłki. Jest obok. Wspiera, dodaje odwagi, wierzy, że dziecko poradzi sobie z kolejnym wyzwaniem. Myślę, że właśnie taka obecność daje dzieciom największe poczucie bezpieczeństwa. Nie kontrola, wyręczanie, ciągłe poprawianie. Tylko komunikat: „Jestem przy tobie i wierzę, że dasz radę”.

Gdyby miała pani zostawić czytelniczki z jedną myślą, co chciałaby pani powiedzieć?

Żeby spojrzały na siebie z większą czułością. Łatwo oceniamy siebie przez pryzmat tego, co nam nie wychodzi. Tymczasem większość reakcji, które dziś nam przeszkadzają, kiedyś była próbą poradzenia sobie z trudną rzeczywistością. Możemy zmienić sposób, w jaki odnosimy się do siebie dzisiaj. A gdy zmienia się relacja z samą sobą, zmieniają się także nasze związki, relacje z dziećmi i całe dorosłe życie.

Marta Suska - Psychoterapeutka z wieloletnim doświadczeniem, psycholożka, autorka książki "Szczęśliwa dorosła córka. Uzdrawianie ran z dzieciństwa".

 

Tekst ukazał się w magazynie Twój STYL nr 10/2026