Odburknie, rzuci słowo jak ochłap, ty się zdenerwujesz i trzaśniesz drzwiami. Rozmowy z nastolatkami nie są łatwe, ale ich brak prowadzi do utraty relacji. Trenerka Renata Korolczuk od lat radzi rodzicom, jak nie stracić więzi z dzieckiem w okresie dorastania i jak nawiązać kontakt zerwany przez nieporozumienia.
PANI: W książce „Nie trzaskaj drzwiami” pisze pani, że „można schrzanić rozmowę z dzieckiem czterema słowami”. Naprawdę?
RENATA KOROLCZUK: Od wielu lat pracuję z młodzieżą, z rodzicami, nauczycielami i na bazie obserwacji, rozmów, warsztatów wyłoniły się przykłady takich fraz, które psują rozmowę albo nie dają jej szans na rozpoczęcie. To może być: „Jak było w szkole?”: „Znowu leżysz i gnijesz?”, „Znowu oglądasz jakieś bzdury?”, „Boże, jaki tu syf!”.
To trochę przerażające, bo chyba używamy takich słów dość często.
Szczególnie pytania „jak było w szkole?”. Bo to jest przecież całkiem dobre pytanie. Tylko niestety czasem jedyne, jakie zadajemy dziecku – odhaczone i zaliczone po jego zdawkowym: wszystko OK. Mogłoby być dobrym początkiem rozmowy, tylko że dziecko szybko orientuje się, czy pytamy naprawdę z ciekawością, czy też formalnie, bardziej, żeby się uspokoić, że nie nabroiło, nie przyniosło pały. A wtedy dzieci odpowiadają nam równie formalnie. Natomiast w innych frazach problem polega na tym, że padają tam słowa zamykające, takie które odpalają nastolatka emocjonalnie. Syf, bzdura – nie pomagają w komunikacji, raczej powodują odruch obronny albo wycofanie się.
Czy chodzi o to, że to są zdania oceniające?
Również o to. Oczywiście wiele zależy od tego, jaką relację mamy z dzieckiem, bo to samo zdanie może być w jednej nieznaczące, a w innej blokujące. Mówimy: „Synu, ależ ty masz syf w pokoju” i dziecko może odpowiedzieć: „Nie mam teraz głowy do sprzątania, ogarnę w sobotę”. A może powiedzieć: „Daj mi spokój, ciągle się czepiasz” – bo nasza relacja jest już pokiereszowana. A taka się staje, jeśli ocenianie, dewaluowanie tego, co robi dziecko, stają się trzonem mojej z nim komunikacji. Jak może być dobra, jeśli masz naście lat i czujesz, że rodzic zakłada twoje złe intencje, krytykuje, nie pyta cię nawet o zdanie, wie lepiej i w gruncie rzeczy nie daje ci nawet przestrzeni, żebyś się wypowiedział(a)?
Jedna z psychoterapeutek powiedziała mi, że rodzice często nie zdają sobie sprawy, jak kruche, łatwe do zarysowania jest poczucie wartości nastolatka. Nawet gdy nie mamy złych intencji, możemy ranić?
Zdarza nam się na przykład zadawać wiele razy to samo pytanie. Wyniosłeś śmieci? Wypakowałeś już tę zmywarkę? Jakbyśmy nie wierzyli, że da radę. Często robimy to w dobrej wierze, uważamy, że tylko przypominamy, wspieramy. Ale warto przenieść tę sytuację na siebie. Mam do wykonania jakąś pracę w domu, układam sobie w głowie plan, zastanawiam się, kiedy najlepiej się tym zająć. Jak bym się czuła, gdyby partner sześć razy mnie spytał: „nastawiłaś już to pranie?”. Czy moja motywacja by wzrosła? Czy nie wkurzyłabym się na osobę, która wciąż mnie o to pyta? Przecież ja wiem, że mam to zrobić, jestem odpowiedzialna i samodzielna. Nieustanne dopytywanie, sprawdzanie, potwierdzanie jest odbierane jak sygnał: „nie wierzę w twoją odpowiedzialność”. Jeśli ci nie przypomnę, na pewno tego nie zrobisz. A to uderza w poczucie sprawczości nastolatka. Jeśli młoda osoba ma budować samodzielność i poczucie odpowiedzialności za umowy i obowiązki, trzeba zostawić je na jej głowie. Przypomnieć najwyżej raz.
Odkryłam kiedyś, że moim najczęściej kierowanym do syna zdaniem jest: „Wstawaj, bo się spóźnisz!”.
O to właśnie chodzi, żebyśmy to odkrywali. Sprawdź, co codziennie mówisz do dziecka, przyjrzyj się temu trochę z boku. Są takie zdania, które wychodzą nam z ust szybko, bez namysłu, one tworzą schemat relacji. Czy są takie przekazy, których nadużywasz? Nie chodzi o to, by rodzic oceniał i krytykował siebie, lecz by zauważał, co mówi, i sprawdzał: czy to działa? Bo może być tak, że codziennie wołamy: „wstawaj”, a dziecko nie wstaje. „Chodź na obiad”, a ono nie przychodzi. Czyli komunikacyjnie stoimy w miejscu. Może więc zamiast się frustrować (piąty raz cię wołam!), warto zmienić sposób, w jaki to mówię, spróbować inaczej i zobaczyć, co się wydarzy. Czasem nawet usunięcie jednego słowa może coś zmienić w komunikacji.
Zauważyłam, że można zabić kontakt słowem „znowu”. Czego znowu chcesz? Czemu znowu mnie wołasz?
Zapraszam do ćwiczenia – wyobraźmy sobie, że ktoś mówi tak do nas. „Znowu zapomniałaś?” „Znowu nie odłożyłaś na miejsce?” „Znowu oglądasz bzdury?” „Ogarnij się”. Gdyby ktoś tak do mnie mówił, czy miałabym ochotę z nim współpracować? Zwierzać się? Raczej by mnie zmroziło, poczułabym opór. Kluczowa jest więc chwila refleksji, jak moja komunikacja wygląda, co mogę zmienić?
Jakie jeszcze nawyki, słowa psują relację?
Wolałabym nie tworzyć checklisty naszych błędów. Spotykam rodziców, którzy mówią: „Ojej, robię sześć błędów na dziesięć, jestem do niczego, jestem niewystarczająco dobra”. Staram się pracować w taki sposób, żeby pokazywać, co możesz zrobić dobrego, co będzie dobre dla waszej relacji. Zapraszam rodziców do tego, żeby słuchali bez komentowania, przerywania, narzekania i oceniania, nawet jeśli to, co ich dziecko mówi, trochę przeraża. Wysłuchaj do końca, nawet jeśli się nie zgadzasz. Słuchanie nie oznacza zgody z tym, co mówi twoje dziecko. Możesz mieć inne zdanie, ale słuchanie jest otwierające, daje przestrzeń na to, żeby waszą relację wzmacniać. Zapraszam też rodziców do tego, żeby sprawdzać własne emocje. Bo kiedy jestem wzburzona, zmęczona, w smutku albo w lęku, moje emocje będą miały duży wpływ na komunikację z dzieckiem i nie będzie to wpływ pozytywny. Może w tym momencie lepiej będzie, jeśli powiem: „Nie teraz, synu”. „Porozmawiajmy za godzinę, córeczko”. „Jestem zdenerwowana, mam zły nastrój, potrzebuję chwili dla siebie”.
Nasze rozmowy z nastolatkiem wyglądają czasem tak: pytamy, co u ciebie. I słyszymy: „OK”. „Co porabiasz?” „Nic”.
No tak, ale „co u ciebie?” wcale nie jest pytaniem prostym. U mnie w szkole? W głowie? W telefonie? U mnie w marzeniach? W przyjaźni z Zośką? A może na matematyce, bo mam poprawkę i jeszcze ci o tym nie powiedziałe(a)m, a ty nie zajrzałaś do dziennika elektronicznego. To jest dla młodego człowieka za ogólne pytanie i nie dziwię się, że odpowiedź brzmi „OK”, bo tak naprawdę, o co ty mnie, mamo, tato, pytasz?
Ale wiem, o co pani chodzi. My rodzice, odbieramy taką odpowiedź jako: dziecko nie chce rozmawiać, zbywa mnie. W pewnym sensie to trafna diagnoza, bo nie jesteśmy już dla nastolatka całym światem jak jeszcze kilka lat temu. Już nie uważa nas za osobę, która wie wszystko, wszystko naprawi i uratuje. I to jest naturalne dla młodego człowieka, bo ma się już szykować do własnej dorosłości, a dla rodzica trudne, jeśli nie złapał tego momentu rozwojowej zmiany. Rodzice mówią: „Dawniej tyle gadaliśmy wieczorami, a teraz…”. Frustrują się, szukają przyczyny, a doświadczają elementu dorastania, bo nastolatki mają potrzebę posiadania własnego świata, do którego rodzic ma ograniczony dostęp.
Może powinniśmy pytać jakoś inaczej?
Albo nie pytać, tylko usiąść obok lub zrobić coś razem. Jestem fanką bycia w działaniu z nastolatkiem, czyli robienia czegoś wspólnie: gotowania, pójścia razem na zakupy, na rower, wyjścia do kina, do teatru, na wystawę, popracowania w ogródku. Ważna rzecz, którą rodzic może zrobić dla swojego dziecka, to pójść z nim na koncert jego ukochanej grupy. Taki, na który w życiu bym nie poszła sama. Ale jadę z dzieckiem żeby potowarzyszyć i wtedy przy okazji możemy rozmawiać. Pytam i słucham odpowiedzi. Co o tym myślisz? Jaki masz na to pogląd? Jak odbierasz tę sytuację? Jaki masz pomysł? Jak byś to zrobił(a)? Tak, ja jestem dorosła, mam doświadczenie i lepiej przewiduję konsekwencje, ale pytam ciebie, bo cię uznaję, jestem ciekawa twojej opinii. I słucham, bez komentowania, bez przerywania.
Czasem to nastolatki psują rozmowę. Kwestionują, wygłaszają perory, robią fochy.
Psują, ale weźmy to „psują” w cudzysłów. Bo rozwojowo są w takim miejscu, że mają kwestionować, mają sprawdzać wartości, które im wpajaliśmy, podważać standardy, poglądy. Muszą zajrzeć pod spód, nawet je zburzyć. To jest dla rodziców trudne, ale dla nich niezbędne, żeby zbudować własną tożsamość. Często po kilku latach rodzic ze zdumieniem zauważa w dorosłym już dziecku te wartości, których go uczył, ale ten okres buntu, podważania musi się wydarzyć, żeby dojrzało i poszło w świat.
Porozmawiajmy o przykładzie z waszej książki: trwa rozmowa o przyszłości dziecka. Mama proponuje studia, a nastolatek na to: „Propozycja do kitu, nie zamierzam pracować u kogoś, nie będę się jak ty płaszczyć przed szefem”.
A my czujemy wzburzenie: „ja się płaszczę”? W takim momencie doświadczamy skutku obserwacji młodego człowieka, a ich spostrzeżenia są w tym czasie bezlitosne. Ale jeśli od trzech lat wracam do domu i utyskuję na pracę, trudno, żeby dziecko tego nie widziało. I może myśleć: „Ja tak nie chcę, chcę mieć satysfakcję, chcę mieć wolność”. Oczywiście, wyobrażenie 17-, 18-latków o tym, jak wygląda świat, jest niepełne, pozbawione doświadczenia, i my to wiemy. Teraz albo spalimy rozmowę albo stworzymy do niej przestrzeń. Możemy pójść za wzburzeniem („Ja się płaszczę? Jak możesz tak mówić?”) albo powiedzieć: „OK, to ty w taki sposób widzisz moją pracę. Wiesz co, ja faktycznie narzekam na szefa, bywa trudny, ale jednocześnie uwielbiam pracować nad raportami, analizować dane. To jest dla mnie taka wartość, że te drobne niewygody są do zaakceptowania. Chyba muszę częściej opowiadać w domu o plusach mojej pracy. Tak to jest, jak się człowiek skupia na negatywach”. Ale jest też inna droga. Można zostawić temat „płaszczenia się” i skupić się na dziecku: „No dobra, to jaki masz w ogóle w tym momencie pomysł na siebie? Opowiedz mi o tym”. Jak już wysłuchamy nastoletnich fantazji na temat super przyszłości, wolności i świetnej pracy nie na etacie za grube pieniądze, możemy sprawdzić, jakie są tu możliwości rozwoju? Może są jednak studia, które wesprą te konkretne marzenia naszego dziecka? Jakie są opcje, jakie stawki na rynku? Gdy się ma 18 lat i nie ma się wykształcenia ani doświadczenia, taka rozmowa będzie poszerzeniem perspektywy dziecka, nie przez pouczanie, tylko dyskusję i sprawdzanie faktów. Ważne, by pamiętać, że rozmowa nie oznacza podjęcia decyzji o przyszłości; takich dyskusji będzie jeszcze wiele, a plany i poglądy dziecka nieraz będą się zmieniać.
Inny przykład: nastolatek wchodzi, otwiera lodówkę i mówi: „Dlaczego w tym domu nigdy nie ma nic dobrego do jedzenia?” A ja właśnie przytachałam pełną siatkę zakupów i ręce mi się urywały od dźwigania. Zgroza!
„Niewdzięczny. Ma przewrócone w głowie!” Trzeba mieć w sobie dużo dojrzałości, żeby pomieścić emocje, które się pojawiają, gdy dziecko mi wytyka albo nie docenia, nie zauważa ani siatek z jedzeniem, ani mojego wysiłku. Żeby się zatrzymać, wziąć oddech, trochę się wyregulować i nie wejść w tę przestrzeń: to jest atak na mnie, on mnie rani. Jeśli nie odbierzemy słów nastolatka osobiście, możemy dostrzec, że to nie był komentarz o mnie. Ani o tym, jaką jestem mamą, ani o tym, czy robię dobre zakupy. A także nie o tym, że nastolatek nie docenia, że mu kupuję jego ukochane jogurty. To jest informacja o tym, że w tym momencie nie znalazł nic dobrego do zjedzenia w lodówce. Reszta to dobudówka. To jest trudne, ale naprawdę warto wyjść, napić się wody i uświadomić sobie: to nie było o mnie. Nie muszę przyjmować tego personalnie jako niesprawiedliwą krytykę ani jako brak szacunku. Ta przerwa między komentarzem dziecka a naszą reakcją to jest taka niewielka, bardzo cenna szczelina, która sprawia, że nie reagujemy automatycznie. Sama jestem mamą i długo pracowałam nad sobą, potykając się czasem po drodze, żeby nauczyć się, że można nie odpowiedzieć nic, tylko wyregulować emocje, a potem zagadać: „Hej, ale nie zauważyłeś chyba co ja mam w tych siateczkach na stole? Tu jest mnóstwo skarbów, poszperamy?”. Jeśli nie zrobię z komentarza dziecka problemu, nie zepsuję sobie wieczoru. Bo nastolatek za chwilę nie będzie pamiętał, co powiedział, a ja będę się wozić z emocjami przez resztę dnia.
Wyzwaniem w rozmowach bywa niecenzuralny język, którego w pewnym momencie zaczynają używać nasze dzieci. Nie wiemy, jak reagować.
Po prostu reagować. Jeśli jest tak, że w naszym domu takich słów nie używamy, to moim zadaniem jako rodzica jest powiedzieć: „Nie zgadzam się, żebyś tak mówił(a)”. Za każdym razem tak samo: „Przypominam, jakie mamy zasady w domu, jak się komunikujemy ze sobą i jakie słowa są nieakceptowalne”. Bez połajanek i pouczanek. Po prostu stoję na straży języka, jakim się komunikujemy w naszym domu.
Ale to nie jest skuteczne, prawda?
To, że przypominam zasady, że stawiam granice i mówię STOP na słowa, które są nieakceptowalne, to jest po prostu wychowanie. Długofalowe modelowanie zachowania. Nie magiczna metoda, hop i syn przestanie przeklinać. Nie przestanie, na to, jakim językiem porozumiewają się młodzi ludzie między sobą, nie mamy wielkiego wpływu. Ale jeśli od nas za każdym razem usłyszy: „nie zgadzam się”, to będzie wiedział, że mama nie akceptuje wulgaryzmów w rozmowie. Akceptuje moją złość, ale nie daje mi prawa do używania przy niej niektórych słów.
Co jeszcze jest ważne w rozmowie, a o czym często zapominamy?
Docenianie bywa przez nas… niedoceniane. Jesteśmy tak skonstruowani, że wyszukujemy niedoskonałości i koncentrujemy się na nich, a rzeczy dobre i fajne uważamy za oczywiste. Kiedy dziecko wraca zakręcone, opowiada o czymś z entuzjazmem, nie zapominajmy powiedzieć: „Fajna sprawa, dzięki, że się tym ze mną podzieliłeś”. „Ale fajnie się gadało, dziękuję”. „Super, że znalazłaś czas, żeby ze mną posiedzieć”. Lubimy magiczne narzędzia – docenianie jest właśnie takim prostym w użyciu, a ogromnie dobroczynnym dla relacji zachowaniem. Druga rzecz to przyznawanie się do błędu i przepraszanie. Kiedy mnie poniesie, kiedy powiem za dużo, „przepraszam” pokazuje, że każdy ma prawo do błędu. Każdego mogą ponieść emocje, ale potem musi przyjść refleksja, siadam i mówię: „Przepraszam cię, powiedziałam coś, co cię zraniło”. Wiem, że to trudne dla rodziców, choć jednocześnie oczekujemy od dzieci, żeby zauważały, kiedy przesadzą, i umiały przepraszać. Jeśli mają to umieć, musimy im pokazać, jak to się robi. Nie szukajmy wytłumaczeń, usprawiedliwień: „a bo tak mnie zdenerwowałe(a)ś, a bo ty wcześniej się zezłościłe(a)ś”. Nie. „Popełniłam błąd, nawaliłam. Powiedziałam słowa, które mogły sprawić przykrość, i za to cię, kochanie, przepraszam”.
Renata Korolczuk - trenerka, edukatorka, socjoterapeutka, specjalizuje się w pracy z dziećmi, młodzieżą oraz we wspieraniu rodziców w procesie wychowania. Współautorka książki „Nie trzaskaj drzwiami. Rozmowy, których pragną nastolatki, ale nigdy ci o tym nie powiedzą”, Znak Horyzont 2026.