Być może tego lata twoja córka się zakochała. A może twój syn przeżył swój pierwszy raz. Jak wygląda dziś zauroczenie? Czy to prawda, że zetki wiedzą o miłości wszystko, nim ją poznają? – pytamy psychoterapeutkę dr Agatę Stolę.
PANI: Czy nasze dzieci jak my 20–30 lat temu umawiają się na randki i przeżywają pierwsze zauroczenia? Zakochują się tak samo jak my czy też są jakieś różnice?
DR AGATA STOLA: To zależy o jakiej grupie wiekowej mówimy. Może zacznę od młodszych nastolatków, tych w wieku 13–14 lat. Są tymi dziećmi, których rozwój społeczny przypadł na czas lockdownu. Chodzę do szkół, spotykam się z nimi, sama zresztą mam dzieci w tym wieku: obserwuję, że w porównaniu z poprzednimi pokoleniami są bardziej wycofane w rozmowach na temat relacji romantycznych, szukania potencjalnego chłopaka czy dziewczyny, bliskiej osoby. Można powiedzieć, że są spóźnione w relacjach społecznych, bo przedłużono im okres dziecięcego, domowego czasu. Ale w paradę weszła też technologia, która daje poczucie fikcyjnej bliskości: dziecko włącza grę online czy social media i jest w bańce, w swojej grupie. Czuje, że ma relacje, ale to są tylko e-kontakty, wycinki relacji przyporządkowane konkretnym czynnościom w sieci, często z anonimowymi osobami. A czasami nawet nie wiadomo, czy to prawdziwe osoby, czy też boty.
Czy to znaczy, że będą miały problemy z relacjami romantycznymi?
Tego jeszcze nie wiemy, ale dziś mają trudność, bo wiele z nich nie nabyło rzeczywistych umiejętności relacyjnych. My, kiedy chcieliśmy mieć relacje, musieliśmy pokonywać przeszkody: żeby wyjść z kimś na podwórko, trzeba było pójść, zapukać, powiedzieć, po co się przyszło, zadzwonić na telefon domowy, który mogła odebrać babcia, czyjś ojciec. Dla dzisiejszych nastolatków już to jest trudne. Potrzebują od nas popchnięcia w kierunku tych zwyczajnych kontaktów społecznych, żeby się ich nie bały, żeby nie chowały się do skorupki przy rozczarowaniu, przykrości, przy nieudanej przyjaźni i złamanym sercu. Potrzebują od nas pozytywnego wzmocnienia, że to jest normalne, że trzeba się parę razy pomylić, sparzyć, że tak to jest.
To dla nich powstał e-book Fundacji Cześć Ciało „Pierwsze relacje”, którego jest pani współautorką?
Tak, między innymi. To jest e-book edukacyjny, w którym mówimy nastolatkom, czym są relacje i jak działają. Nie z pozycji autorytetu, który wskazuje, jak żyć, bo tego nienawidzą najbardziej: mówienia, co mają robić, jak się mają zachowywać, jacy mają być w relacjach. Często rozmawiam o tym z rodzicami: nie dążmy do tego, żeby wyznaczyć dzieciom ścieżkę i otworzyć nad nimi parasol, który ochroni je przed błędami. On sprawia, że je upośledzamy, nie zdobywają doświadczenia i poczucia sprawczości, a nabywają niepewność. Nastolatki potrzebują wiedzieć, jak to jest z relacjami, ale żeby poczuć się dobrze w swojej tożsamości, muszą same szukać swojej ścieżki do innych w realu, ucząc się z własnych błędów.
A co z pierwszymi relacjami starszych nastolatków i młodych dorosłych, zetek? Na nich też zaciążyła pandemia?
Im również wypadł z życia pewien czas. Okres testowania rzeczywistości, tej pierwszej wolności, samodzielnego chodzenia na koncerty, na festiwale, wyjazdu pod namiot z kolegami, koleżankami, który najczęściej przypada na ostatnie lata liceum czy początek studiów. Pytanie, czy jako rodzice zadbaliśmy, żeby mogli to przegapione doświadczenie swobody, ekscytacji przeżyć, nadrobić stracony czas w przyjacielskich relacjach?
Spotyka pani w gabinecie zakochane zetki?
Jako psychoterapeutka par spotykam ogromnie ciekawą grupę dwudziestoparolatków. Takich par nigdy przedtem nie było – w historii terapii są zjawiskiem nowym, nieopisanym. Znaleźli się, połączyli w relację, kochają, planują wspólną przyszłość i przychodzą do psychologa, żeby przegadać tematy, które potencjalnie w przyszłości mogą wywołać kryzys.
Są tak zapobiegliwi czy może boją się nieudanych związków?
Myślę, że to jest ostrożne i pragmatyczne pokolenie. Chcą być przygotowani. Dostęp do informacji jest dla nich czymś naturalnym, sięgają po narzędzia i szukają najlepszych strategii. Potrafią rozmawiać o samotności i odrzuceniu, mają wiedzę o czerwonych flagach i przekraczaniu granic. Można by się zastanowić: na ile to wynika z lęku? Przecież taki dostęp do informacji oznacza też większą niż dawniej wiedzę o potencjalnych ryzykach związanych z relacjami. Że mogę spotkać kogoś, kto będzie mnie krzywdził, że mogę doświadczyć ghostingu, że intymność i seks może się nam nie udać. Taka wiedza generuje więcej lęku przy decyzji, żeby komuś zaufać, żeby się zaangażować emocjonalnie.
Wielu kolegów mojego dwudziestoparoletniego syna właściwie nigdy nie było w romantycznej relacji.
Płeć ma tu spore znaczenie. Młodzi mężczyźni z jednej strony chcą być partnerami dla kobiet, stanąć na wysokości zadania w partnerskim związku, ale z drugiej strony czują się obarczeni rachunkiem za poprzednie pokolenia. Jest w dzisiejszych relacjach element podejrzliwości: czy ten twój romantyzm nie pachnie patriarchatem, czy ty czasem, chłopaku, nie dążysz do męskiej dominacji? To jest dla nich trudne. Kiedyś elementem męskiego tańca godowego było podrywanie kobiet, ale czy dziś, w postpatriarchalnym społeczeństwie, kiedy nie kierujemy się rolami przyporządkowanymi płciowo, chłopak może podrywać dziewczynę? Czy w ogóle wypada dziś mówić o podrywaniu? Nie znajdują odpowiedzi, tracą pewność siebie. Gdyby przeanalizować social media i fora, na których postują młodzi ludzie, okazuje się, że za najlepszy wzór zawiązywania relacji uważany jest ten, który powstaje z przyjaźni. Najpierw bezpieczeństwo, poznanie się, a dopiero potem zobaczymy, może to wyewoluuje w związek romantyczny.
Spotkałam się z opinią, że zetki boją się miłości, bo patrzyły na rozpad relacji swoich rodziców.
Takie opinie pojawiają w komentarzach do badań amerykańskich – tam lansowana jest ta teza, że lęk zetek jest konsekwencją trudnych rozwodów, obserwowania tego, co działo się między rodzicami. Ale ja bym była ostrożna w generalizowaniu. Myślę, że wiele czynników wpływa na tę rezerwę i ostrożność młodych ludzi. Patrzę na to tak: może to dobrze, że zetki nie lecą disneyowskim sznytem miłości romantycznej „a potem żyli długo i szczęśliwie”. Może ich pragmatyzm jest szansą, a nie obciążeniem? Patrzę optymistycznie na ich rozwagę, ostrożność, brak pośpiechu w zawieraniu związków. W końcu odraczanie gratyfikacji jest cenną umiejętnością szczególnie w kontekście osiągania dojrzałości.
To prawda, ale z drugiej strony bycie w relacji można odraczać w nieskończoność i pozostać samotnym.
Zgadzam się, że taka ostrożność, nadmierna analiza może odbierać emocjonalną umiejętność puszczania kontroli, dawania się ponieść chemii zakochania. Ale jakoś więcej zagrożenia widzę właśnie w nadmiernym poddawaniu się emocjom i patrzeniu na rzeczywistość przez różowe okulary niż w pragmatyzmie. Niedawno podczas lotu samolotem odbyłam przypadkowo ciekawą rozmowę z pasażerem siedzącym obok mnie, dwudziestoparoletnim chłopakiem. Rozmawialiśmy o relacjach i słuchając go pomyślałam, że tak dojrzałego podejścia nie widzę u moich równolatków, czterdziestolatków. Właściwie to on mógłby zrobić wykład moim kolegom, którzy właśnie się rozwodzą i szukają dla siebie nowej ścieżki.
Pewien dwudziestoparolatek powiedział mi niedawno, że to, jak się czuje przy kobiecie, jest dla niego o wiele ważniejsze niż jej uroda. Pomyślałam, że właśnie rozpada się tradycyjny porządek świata, w którym mężczyzna traktował kobietę jak trofeum.
Powiem więcej, to zupełny fenomen, bo widzimy w tym pokoleniu wiele takich zmian. Obserwujemy coraz więcej związków młodych mężczyzn ze znacznie starszymi kobietami; nie dochodzi do nich w sposób przypadkowy, mężczyźni w aplikacjach randkowych rezygnują z ustawiania opcji wieku u poszukiwanych partnerek lub z rozmysłem wybierają osoby starsze. Wiedzą, że dojrzałe kobiety szukają w relacji dobrego samopoczucia, miłych przeżyć, że mają tendencję do opiekowania się partnerem, która wynika jeszcze z tradycyjnego porządku. Oczywiście złośliwe osoby powiedzą, że od jednej mamy przechodzą do drugiej; sama też miałam taką myśl. Ale niezależnie od naszych ocen tych związków jest coraz więcej, a ci młodzi mężczyźni wchodzą często w rolę ojczymów dla dzieci swoich partnerek z poprzedniego związku. To już nie jest sytuacja wyjątkowa, lecz tendencja. W tych relacjach jest dużo mniej presji, którą czują na sobie młodzi mężczyźni.
A co z dziewczynami?
Niosą na plecach oczekiwanie, że skoro żyją w czasach, które dają kobietom szansę, że skoro mogą wszystko, muszą to wykorzystać. Są nastawione na rozwój, osiągnięcia i często są całkowicie samowystarczalne. Kiedy ich słucham, nieodmiennie czuję zdumienie, zaskoczenie, jak wiele się zmieniło w tak krótkim czasie.
A miłość?
Dwudziestolatki, które do mnie przychodzą, przeżywają często wewnętrzny konflikt pomiędzy tym, czego same dla siebie chcą, a pomiędzy oczekiwaniami świata. Z jednej strony są zakochane i chcą ze swoim partnerem coś budować, a z drugiej nie chcą być wtłoczone w role poprzednich pokoleń. Znacznie częściej to młodzi mężczyźni mówią o założeniu rodziny i posiadaniu dzieci niż one. Dla nich pogodzenie macierzyństwa z wizją własnego rozwoju, kariery, poziomu życia jest trudne. Czują złość, bunt, bo chcą iść nowym porządkiem, czują, że muszą odrzucić starą wizję kobiecości, żeby stać się nowoczesnymi kobietami.
Co odrzucić?
Na przykład macierzyństwo, zależność od partnera. Są w procesie transformacji tak samo jak mężczyźni – nie ma szans, żeby ktoś przeciągnął je na swoją stronę. Tutaj trzeba się spotkać w połowie drogi. Znam młode pary, które budują indywidualny, dopasowany do wzajemnych potrzeb model związku. Zawierają umowę partnerską, pracują nad nią, najczęściej z terapeutą.
Czy jako rodzice mamy tu w ogóle jakąś rolę do odegrania? Bo jak pamiętam swoją pierwszą miłość, to nie radziłam się mamy, nie pytałam taty o zdanie.
Myślę, że dziś dzieci są bardziej związane z rodzicami. To kolejny fenomen naszych czasów – rodzicielstwo stało się ważniejsze niż kiedykolwiek. Na marginesie – przecież mężczyźni przychodzą do naszego instytutu na terapię najczęściej wtedy, kiedy mają zostać lub właśnie zostali ojcami. To jest najsilniejsza motywacja. Chcą być lepsi niż ich właśni ojcowie. Ale wracając do pani pytania: jeśli dziecko jest nastolatkiem, najważniejsze to nie ulec pokusie i nie wejść w rolę kumpla, przyjaciela. Pozostać rodzicem. Stawiać granice, wyznaczać zasady. Znam rodziców, którzy mówią: „Ja mam pełne zaufanie do mojej córki”. A ona ma 14 lat i wychodzi z chłopakiem wieczorem. Wielu rodziców dziś ma przekonanie, że ich nastoletnia dziewczynka czy chłopiec jest z nimi tak blisko, tak się dobrze rozumieją, że próbują traktować dziecko jak osobę emocjonalnie dojrzałą. Robimy tak, bo chcemy myśleć o sobie jako o fantastycznych rodzicach. To jest niebezpieczny trend współczesnego świata – z chęci zachowania dobrego samopoczucia i czucia się dobrym rodzicem możemy zaniedbać nasze dziecko. Nie wyznaczyć mu granic, nie pokazać kierunku, nie przekazać wartości. Współczesnym rodzicom trudno się pogodzić z tym, że dziecko czasami MUSI nas nie rozumieć. Pięciolatek też nie rozumie, dlaczego mama nie pozwala mu zjeść trzeciego loda. Muszą istnieć sytuacje, że dziecko jest niezadowolone, że czuje się ograniczane, atmosfera się psuje. To właśnie jest normalne.
Czy dobrym pomysłem jest opowiadanie dzieciom, jak to było ze mną, co mnie się przydarzyło, jak ja się zakochałam pierwszy raz?
Dzieci kochają historie swoich rodziców. To jest taki naturalny zasób bezpieczeństwa, obniża lęk na każdym etapie życia. Tylko one powinny być częścią codzienności, nie być rzucane wyłącznie w sytuacjach kryzysowych, żeby pokazać, jak to my sobie poradziliśmy lepiej albo że my mieliśmy gorzej i daliśmy radę. Choć potrafię sobie wyobrazić i taką sytuację, że rodzic, który nigdy nie dzielił się swoimi trudnościami, w momencie kryzysu dziecka ujawnia swoją niedoskonałość. To będzie wzmacniające. Historie mają ogromne znaczenie: budują szerokie pole widzenia, ujawniają tło, przeszłość relacji naszych bliskich, w naturalny sposób pokazują wartości, które w rodzinie były ważne. Czym innym jest mówienie dziecku, że ważna jest w życiu życzliwość, uczciwość, wiara w drugiego człowieka, a czym innym opowiadanie, jak dziadek zaufał mamie, mimo że nie rozumiał jej decyzji, a nawet uważał za absurdalną. Albo jak mama wbrew własnemu interesowi pomogła przyjaciółce. Albo jak tata przemógł się i w konflikcie zadzwonił do mamy pierwszy.
Czy rodzic nadaje się na powiernika w miłości?
Może nie w każdym znaczeniu, bo dzieci nie muszą i nie będą mówić nam wszystkiego. Ale jeśli na przykład obserwujemy, że dziecko cierpi, to jako rodzice jesteśmy fundamentem wsparcia. Nawet jeśli nie jest gotowe rozmawiać, samo to, że przychodzi, chce posiedzieć na kanapie, zjeść zupę i obejrzeć serial, pobyć z nami, to bardzo dużo. To rodzicielski sukces, gdy dwudziestoletnia córka przyjeżdża do nas jak do bezpiecznej przystani, bo rzucił ją chłopak. Czasami trzeba dziecko ratować, bo się wpakowało w toksyczną relację, w związek przemocowy. To naturalne. Ale może się zdarzyć, że sytuacja się powtarza i rodzic wchodzi w rolę ratownika: co jakiś czas córka dzwoni, że potrzebuje wsparcia i ojciec jedzie, zabiera jej rzeczy z mieszkania partnera. Wtedy warto rozmawiać: zastanówmy się, dlaczego tak się dzieje, że to się powtarza? Pomyślmy razem, jakiego wsparcia potrzebujesz? Bo dopóki nie przestanie ratować, niewiele się zmieni.
Mamy dziś taką tendencję, by chronić dzieci przed przykrością, przed porażką.
Zamiast pozwolić im się pomylić, popełnić błąd. Robimy tak, biegniemy na ratunek, bo skąd mamy wiedzieć, czy teraz lepiej się wtrącić, czy wycofać? Musimy ufać swojej intuicji, a ona jest omylna. I tak jest OK, nie przyjmujmy sztywnej pozycji, pozwólmy sobie na elastyczność, słuchajmy, co mówi dziecko, patrzmy, jak się zachowuje. Czy stawia nam granice? Mówi: „Mamo, nie wtrącaj się, to mój wybór i moje życie”. To może być dla nas sygnał do kroku w tył. Nie dlatego, że dziecko wybrało dobrze, tylko dlatego, że wybrało i chce sprawdzić, czy dobrze. Ale jeżeli widzimy, że młoda osoba się zapada, zamyka, nie odzywa, ucieka w używki – mamy zupełnie inną sytuację. Ktoś potrzebuje pomocy. Gdybym widziała w tym stanie przyjaciółkę czy znajomego, też by mnie to niepokoiło. I po prostu działamy, angażujemy się, bo chcemy pomóc. To naturalne. Rodzice, którzy przychodzą do mnie na terapię, mówiąc o swoich dwudziestoparoletnich dzieciach, najczęściej oświadczają, że ich nie rozumieją. Na co oni czekają, co oni robią, dlaczego tak żyją? Weszły w dorosłość, dlaczego nie chcą być samodzielne, szukać własnego mieszkania? Pytam: ile lat ma to dziecko? 24? To nie jest dziecko, tylko dorosły człowiek. Może podejmować swoje decyzje i żyć tak, jak mu się podoba. Nie chce założyć rodziny, wybiera dziwnych partnerów i pracę poniżej kwalifikacji, a ty byś chciała inaczej. To boli, wiem. Martwisz się. Ale to, co ważne w relacji, to akceptacja. Twoje dziecko stało się dorosłą osobą, która może dokonywać swoich wyborów, a my nie zawsze musimy je rozumieć.
Dr Agata Stola – badaczka, psychoterapeutka, specjalistka terapii seksuologicznej i terapii uzależnień. Współzałożycielka Instytutu SPLOT. Współprowadzi podcasty „W łóżku: rozmowy dopasowane” i „Chłopaki też płaczą”. Współautorka książek „Sztuka bycia razem” i „Sztuka rozstania” oraz e-booka „Pierwsze relacje” Fundacji Cześć Ciało.