Rozmowy

Dlaczego przyjemne życie wcale nie musi być szczęśliwe? Psycholożka emocji wyjaśnia

Dlaczego przyjemne życie wcale nie musi być szczęśliwe? Psycholożka emocji wyjaśnia
Fot. Getty Images

Czy przyjemność jest paliwem dla szczęścia? Ile jej potrzebujemy i dlaczego potrafimy ją sobie zepsuć? O roli rozkoszy w naszym życiu rozmawiamy z psycholożką emocji Dr Ewą Jarczewską-Gerc.

PANI: Co dziś sprawiło pani przyjemność?

DR EWA JARCZEWSKA-GERC: Rano padało, gdy jechałam do pracy. Nagle wyszło słońce. To był ogromnie przyjemny moment. Poczułam ją też w pracy: mam teraz przed sobą zadanie zawodowe, w które zagłębiam się z przyjemnością. Jadłam na obiad sushi, które bardzo lubię, to również było dla mnie pozytywnym doświadczeniem.

Tak w psychologii określa się przyjemność – pozytywne doświadczenie emocjonalne lub zmysłowe, prawda?

Tak, pozytywny afekt związany z aktywacją ośrodka nagrody w naszym mózgu. Towarzyszy mu wzmożone wydzielanie się neuroprzekaźników, takich jak dopamina, a w zależności od rodzaju doświadczenia również endorfin czy serotoniny. Odczuwamy ją na różnych poziomach; najbardziej bazowa jest przyjemność zmysłowa, biologiczna, którą dzielimy ze światem zwierząt. Jest nam przyjemnie, gdy uprawiamy seks, wygrzewamy się w słońcu, czujemy piękny zapach, jemy lody. Drugi poziom to przyjemność związana z zaangażowaniem w działanie – proces, w którym szczególną rolę odgrywa aktywacja układu dopaminergicznego (dopaminowego) odpowiedzialnego za motywację, uczenie się i oczekiwanie nagrody. Dzięki temu możemy odczuwać satysfakcję nie tylko z osiągniętego celu, ale również z samego procesu działania. Dziś w firmie, z którą współpracuję, pracownice mówiły, że czują się nieszczęśliwe, bo nie mają co robić. Brakowało im zadań, ciekawych, budzących zaangażowanie, bo z takich płynie przyjemność. No i wreszcie jest poziom poczucia sensu – odczucie przyjemności wykraczające poza sferę instynktów, poza bezpośrednie doświadczenie. Może być związane z osiąganiem celów, które uważamy za wartościowe, z poczuciem misji, gdy czujemy, że to, co robimy, jest ważne społecznie. Jak wtedy, gdy opiekujemy się swoją babcią, co w gruncie rzeczy jest nieprzyjemne i uciążliwe, a jednak czujemy rodzaj radości, zadowolenia.

Czy przyjemność jest nam do czegoś potrzebna? Po co ona jest?

To nagroda. Jest nam potrzebna, bo wzmacnia konkretne zachowanie, czyli sprawia, że ma szansę się powtórzyć. Zrób to jeszcze raz, będzie ci przyjemnie. Biologia wymyśliła ten mechanizm, żeby zwiększyć naszą motywację, dać zachętę.

Czyli przyjemność to motywator?

Tak, proszę zwrócić uwagę, jak my z tego korzystamy, żeby wywołać pożądane zachowania u innych ssaków. Podaj łapę, mówimy do psa, a jak poda, dostanie smaczek, przyjemność. To warunkowanie, uczenie się asocjacyjne, my też mu podlegamy. Ale nasz rozwinięty mózg daje nam też możliwość uczenia się przez inne, bardziej skomplikowane mechanizmy. Mamy zdolność do samoświadomości na wysokim poziomie, nazywamy to metapoznaniem. Mamy dostęp do refleksji nad sobą, do myślenia o przyszłości, potrafimy nadawać znaczenie własnym działaniom. To pozwala nam czerpać przyjemność z realizowania celów zgodnych z tym, kim chcemy być, odczuwać dumę z własnych działań, satysfakcję z tego, że komuś pomogliśmy. Ten poziom przeżywania jest u ludzi znacznie bardziej rozwinięty niż u innych ssaków.

Coś jeszcze nas różni od świata zwierząt: potrafimy sobie przyjemność zepsuć. Koleżanka opowiadała mi o swoich wakacjach we Francji. Dużą ich część przesiedziała w wynajętym pokoju, ponieważ uważała, że źle wygląda i jest źle ubrana. Po powrocie powiedziała: „Sama sobie odebrałam przyjemność z tego wyjazdu”.

To jedna z możliwości, jakie daje nam metapoznanie. Ono z jednej strony pozwala nam poczuć przyjemność z całkiem zwykłych rzeczy, jak mojej pacjentce, która tuż przed naszą rozmową opowiadała mi, jaką błogość czuła, siedząc w ogrodzie rodziców i patrząc na oczko wodne. Potrafimy więc tak kierować swoją świadomością, swoją uwagą, że będziemy delektować się drobnymi rzeczami. Ale z drugiej strony możemy też skierować uwagę w stronę deficytów, uczynić z nich zagrożenia, bariery, jak zrobiła to pani koleżanka. A to nie koniec, bo proszę zwrócić uwagę, że ona już rozumie, że sama swoim myśleniem zepsuła sobie urlop, który mógł być piękny. Metapoznanie to taki menedżer w naszej głowie, który sprawia, że możemy odebrać lekcję, wyciągnąć wnioski i zupełnie inaczej przeżyć następny urlop. Życie na tym polega - odbywamy lekcje i nasuwają się nam refleksje, dochodzimy do konkluzji, które powodują, że jesteśmy bardziej świadomi, uważni, żyjemy pełniej. Albo nie wyciągamy wniosków i wtedy sytuacja będzie się powtarzać.

Czy można żyć bez przyjemności?

Można, ale co to za życie? Niemożność odczuwania przyjemności jest jednym z głównych symptomów depresji. Nosi nazwę anhedonia, stan, w którym miłe rzeczy, które wcześniej dawały nam przyjemność, jak wyjście do teatru, oglądanie serialu, seks, aktywność fizyczna, kupienie nowej sukienki, już jej nie dają. Utrata zdolności odczuwania przyjemności może też wystąpić poza depresją, na przykład po doświadczeniu traumatycznym albo w chronicznym stresie. Czyli można tak żyć, tylko jakość życia będzie niska. Może też wzrastać skłonność do myśli, zachowań autodestrukcyjnych. Mówiąc w skrócie, bez przyjemności po prostu nie chce się żyć.

Pytam o to, bo przecież nie zawsze ceniliśmy przyjemność tak wysoko jak dziś. Uważano kiedyś, że ona stoi na szarym końcu tego, co ważne. Pamiętam z dzieciństwa powiedzenie, że najpierw obowiązek, potem przyjemność.

Ale to jest bardzo sensowne powiedzenie. My dziś idziemy w kierunku przyjemności wolnej, niekontrolowanej, jakby ona miała być sensem istnienia. Ale ona, zdefiniowana w hedonistycznej formie używania życia, zażywania rozkoszy, pławienia się w niej, nie nadaje się na cel życia, nie nadaje mu sensu. Paradoksem przyjemności jest to, że gdy jest niekontrolowana, to się do niej przyzwyczajamy i stare rozkosze przestają nam wystarczać. Dobrze to opisuje w swojej książce „Dopamina i sernik” Manfred Spitzer, niemiecki psychiatra i neurobiolog: kiedy frywolnie i w sposób nielimitowany aktywujemy nasze szlaki dopaminergiczne, czyli neurobiologiczne podstawy przyjemności, szybko się uzależniamy. A uzależnienie ma to do siebie, że prowadzi do zobojętnienia na dotychczasową dawkę i do jej zwiększania. Co rusz się dowiadujemy, że ludzie oddają się jakimś kompletnie niezrozumiałym dla większości praktykom seksualnym, bo zwykłe przestały sprawiać im przyjemność. Studenci często mnie pytają, czy tak jest też z pornografią. Tak, nielimitowana przestaje podniecać, chcemy coraz więcej, coraz dziwniej, coraz mocniej. Przyjemność pozostaje przyjemnością, jeśli ją reglamentujemy, dozujemy. Dlatego próby ograniczania jej ilości, które były obecne choćby w religiach, miały sens. To jak z lekiem. W małych dawkach dobroczynny, w nieograniczonych może nawet zabić, dlatego wydajemy go na receptę pod kontrolą lekarza. Dlatego próby okiełznania przyjemności choćby hasłem „najpierw obowiązek...” są korzystne, bo wtedy przyjemność jest właśnie nagrodą, spełnia swoją pierwotną rolę motywatora. Kiedy mamy jej za dużo, nie motywuje.

 

No dobrze, ale ile to jest za dużo? Ile przyjemności potrzebujemy?

Ba, szukanie odpowiedzi na to pytanie to wielka przygoda. Psychologia ma swoje korzenie w filozofii, może ona będzie tu pomocna. Szczególnie filozofia Hegla, który znalazł sposób na przezwyciężenie dualizmu miedzy tezą i antytezą. Teza – przyjemność jest dobra i potrzebna, powinniśmy jej szukać. Antyteza – przyjemność może nam szkodzić, powinniśmy jej unikać. Hegel by spytał: jaka jest synteza? Nie chodzi o kompromis, ale o stworzenie nowego pojęcia. Przyjemność nie jest ani dobra, ani zła. Może być dobra, jeśli umiesz obserwować siebie, jeśli umiesz tworzyć dla niej swoje reguły, jeśli masz samokontrolę. Może być szkodliwa, jeśli puszczasz hamulce i robisz, na co masz ochotę.

Czyli odpowiedzią jest umiar?

Gdybyśmy jeszcze wiedzieli, ile wynosi umiar. Każdy musi troszeczkę sam ten swój umiar wypracować. To, że przyjemności mamy za dużo, można poznać po tym, że ona słabnie, że pojawia się myśl: „muszę więcej”. To znak, żeby się zatrzymać. Dlatego w religiach mamy post po karnawałach, potrzebujemy momentu czyszczenia szlaków dopaminowych. Post od słodyczy, post od imprez, od telefonu, od oglądania seriali. Często dziś mam ochotę doradzić ludziom post od podróżowania, bo już sami nie wiemy, dokąd by jeszcze pojechać, co jeszcze zobaczyć, czym sobie dogodzić.

A po czym poznać, że mamy jej za mało?

Wskazówką może być to, że czujemy się wypaleni, mamy poczucie, że nasze życie obraca się jedynie wokół obowiązków, że nie ma smaku, czegoś w nim brak. Ale z drugiej strony to uczucie deficytu przyjemności to jest sygnał, żeby się sobie przyjrzeć, bo może być tak, że czekamy na przyjemności spektakularne, a brakuje nam uważności, by dostrzec małe. Wyjazd do Kambodży to dopiero będzie rozkosz, a nie jakieś tam Bieszczady. Kiedy nie jesteśmy obecni, uważni, nie potrafimy dostrzec przyjemności w tym, co mamy, nie cieszą nas słońce, dobry posiłek, czułość partnera, miłe, dobre rzeczy.

Przypomina mi się serial „Westworld”, zna go pani? W parku rozrywki utworzonym nomen omen dla przyjemności ludzi, stylizowanym na Dziki Zachód, można było robić, co się tylko chciało. Turyści mogli pić, niszczyć, gwałcić, zabijać. Oczywiście mogli też robić rzeczy dobre i piękne, ale tego nie robili. Dla mnie ten serial to świetne studium przypadku – kiedy nie stawiamy granic przyjemności, łatwo się degenerujemy, to znaczy posuwamy się w poszukiwaniu uciechy aż do krzywdy innych. Proszę zwrócić uwagę, jakie hasła widzimy dziś wokół siebie: masz prawo do przyjemności, sięgaj po to, czego pragniesz. Przyjemność staje się priorytetem, każda potrzeba jest normalizowana. To nie jest dobry kierunek, bo w ludzkiej naturze są instynkty, które wymagają kontroli norm społecznych. Dlatego wytworzyliśmy zasady, prawo, moralność, etykę.

Zaskoczyła mnie pani. Częściej mówi się dziś o tym, że kobietom brakuje przyjemności w życiu, że rezygnują z przyjemności zbyt łatwo. To już nieprawda?

Kobiety rzeczywiście są przeciążone zadaniami, obowiązkami. Bo się realizują w różnych sferach, czyli i zawodowo, i w życiu prywatnym jako partnerki, żony, matki. Bez wątpienia mają na co dzień więcej obowiązków niż mężczyźni, badania pokazują, że tylko 30 proc. z nich uczestniczy w zadaniach domowych. Moja wątpliwość dotyczy stwierdzenia, że w życiu kobiet brak przyjemności. Jedna z moich studentek przeprowadziła badanie, które pokazało, że aż jedna trzecia badanych młodych kobiet używa alkoholu w sposób ryzykowny, że dość powszechnie korzystają z pornografii. Powiedziałabym więc, że w życiu kobiet brakuje zdrowych, regenerujących przyjemności. Tak samo zresztą jak w życiu mężczyzn. Z badań, które zrobiłam razem z koleżanką z katedry, dr Magdaleną Nowicką, wynika, że są w kiepskim stanie psychicznym. Badania dotyczyły męskiej depresji, ale wyłonił się z nich podobny wniosek – mężczyźni, żeby radzić sobie ze stresem, używają regulatorów emocji, które nazwałam roboczo ZUCH. Zaprzeczanie, unikanie, chlanie. To ostatnie to wszystkie impulsywne niekontrolowane przyjemności– alkohol, środki psychoaktywne, objadanie się, zakupoholizm, pornografia, hazard. Bez względu na płeć potrzebujemy lepszych strategii radzenia sobie ze stresem. Konfrontacji z problemami, rozwiązywania problemów, a także uważności, spowolnienia tempa życia, przyjrzenia się swoim zadaniom. Selektywnego podejścia: z czego mogę zrezygnować, co mogę odpuścić?

Jakie przyjemności są zdrowe i regenerujące?

Masaże, kąpiele, aromaterapia, kontemplacja przyrody – to są zdrowe przyjemności obniżające napięcie. Oczywiście to za mało, żeby poradzić sobie ze stresem, z przeciążeniem poznawczym i emocjonalnym, którego doświadczamy. Używam takiej metafory, że efektywne strategie radzenia sobie to lokomotywy, a przyjemności są dla nich paliwem. Żeby zmienić swoje życie, potrzebujesz lokomotywy, ale żeby mieć do niej paliwo, poćwicz jogę, idź pobiegaj, zdrowo się odżywiaj.

Ale jest jeszcze coś. Muszę wrócić do początku naszej rozmowy i przypomnieć: rolą przyjemności jest nas nagradzać i motywować. Wtedy jest zdrowa. Problem w tym, że często traktujemy ją jak ucieczkę od problemów. To nasze podejście robi różnicę. Weźmy aktywność fizyczną – nie ma wątpliwości, że jej wpływ na ludzki organizm jest korzystny, choćby to, że wspiera procesy neurogenezy i neuroplastyczności mózgu. Ale jeżeli ktoś ucieka na siłownię, żeby się nie skonfrontować z mężem, żoną, to ta przyjemność wpędzi go w spiralę kryzysu. To samo działanie może być cudownym wzmacniaczem lub czarną dziurą.

A słyszałam, że przyjemność jest paliwem dla szczęścia.

Nie zgadzam się z tym. Może być jednym ze składników, ale ani niejedynym, ani niekluczowym. Gdyby przyjemność była aż tak ważna, Hollywood zamieszkiwaliby sami szczęśliwcy. Mają tyle pieniędzy, sławy, wygody, rozkoszy… Oglądałam jakiś czas temu dokument o Whitney Houston. Jak to jest, że ktoś tak piękny, obdarzony cudownym głosem, kto był tak uwielbiany, zniszczył siebie, a także własną córkę? Miała trudne dzieciństwo, traumatyczne przeżycia, ale potem życie wypełnione przyjemnościami. Nie uchroniły jej przed autodestrukcją. Przyjemność bywa też niestety paliwem zniszczenia i samotności. Trójskładnikowy model szczęścia Martina Seligmana mówi nam, że hedonistyczną przyjemność trzeba sobie dozować, a oprócz niej angażować się w działania i szukać poczucia sensu. Jeśli hedonizm dominuje w życiu, lokomotywie zepsuje się silnik i nigdzie nie dojedziemy.

Dr Ewa Jarczewska-Gerc – psycholożka, adiunktka na Wydziale Psychologii Uniwersytetu SWPS. Specjalizuje się w problematyce emocji i motywacji, odporności psychicznej, treningu mentalnego i zdrowia psychicznego.

Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 09/2026