Kultura

Sekta, sława i obsesja. John Malkovich błyszczy w jednym z najbardziej intrygujących thrillerów roku

Sekta, sława i obsesja. John Malkovich błyszczy w jednym z najbardziej intrygujących thrillerów roku
"Opus"
Fot. Materiały prasowe

Kiedyś studio A24 było wyznacznikiem jakości, dziś w katalogu firmy coraz częściej pojawiają się tytuły przeciętne – takie jak „Opus”.

Wszyscy kochamy studio A24. Firma założona w 2012 roku bez dwóch zdań zrewolucjonizowała amerykańskie kino niezależne. Pomogła zadebiutować i dotrzeć do szerokiej publiczności takim współczesnym klasykom jak Robert Eggers, Ari Aster czy Greta Gerwig. Logo A24 szybko stało się wyznacznikiem jakości. Krótkie mignięcie przed rozpoczęciem seansu wystarczyło, aby zgromadzonym na sali kinofilom automatycznie skoczyło tętno. Dziś studio nie tylko dystrybuuje, ale również produkuje filmy, wypuszczając w świat coraz więcej coraz droższych rzeczy. Przy rosnącym tempie pracy trudno było jednak utrzymać stałą jakość. W dorobku studia zaczęły pojawiać się regularnie tytuły przeciętne, niewykorzystujące tkwiącego w nich potencjału. Jednym z nich jest ubiegłoroczny „Opus”.

1324257_1.13
"Opus"
materiały prasowe

Debiut reżyserski Marka Anthony’ego Greena zaczyna się dość obiecująco. Po kilkudziesięciu latach milczenia gwiazdor muzyki pop, niejaki Moretti (John Malkovich), postanawia wrócić z przytupem do świata muzyki. Premiera nowego albumu ma odbyć się w jego rezydencji, położonej pośrodku pustyni. Zaproszenie na to ekskluzywne wydarzenie otrzymuje zaledwie kilkoro przedstawicieli mediów, starannie wyselekcjonowanych przez artystę. Jest wśród nich młodziutka Ariel Ecton (Ayo Edebiri), stawiająca dopiero pierwsze kroki w świecie dziennikarstwa. Dziewczyna nie zastanawia się długo – wyrusza do rezydencji muzyka wraz ze swoim bufonowatym szefem. Ekscytacja stopniowo ustępuje miejsca niepokojowi, a to wszystko za sprawą kultu, którym otoczony jest Moretti.

1324265.13
"Opus"
materiały prasowe

Przy wykorzystaniu kilku prostych zabiegów reżyserowi udaje się wykreować gęstą, tajemniczą atmosferę. Posiadłość Morettiego debiutant wypełnia setkami wyznawców artysty. Wszystkich odziewa w identycznie, niebieskie szaty i powierza zadania nie z tej epoki – jedna osoba otwiera ostrygi i wygrzebuje z nich perły, ktoś inny zajmuje się garbowaniem skór. Sekta pełną gębą. Gościom odebrane zostają na wejściu wszelkie urządzenia elektroniczne, a przydzieleni tzw. konsjerżowie – na pozór osobiści lokaje, a tak naprawdę podstawieni agenci, których zadaniem jest inwigilacja przyjezdnych.

Punkt wyjścia jest więc schematyczny, ale interesujący. Przyjmując perspektywę bohaterów, długo czekamy w napięciu na to, co się wydarzy. Kiedy maski opadają i rozpoczyna się krwawa rzeźnia, pozostaje nam jednak tylko wzruszyć ramionami, a następnie stworzyć listę filmów zrealizowanych według identycznego przepisu, ale w ciekawszy sposób. Opus nie oferuje nam bowiem niczego prawdziwie oryginalnego, niczego ekstra. Trudno dokładnie ustalić, o czym Green w ogóle próbuje nam opowiedzieć. Z jednej strony czuć tu satyrę na współczesne media, które zamiast rozkładać na czynniki pierwsze twórczość artysty, wolą żerować na jego życiu prywatnym. Z drugiej – igraszkę wymierzoną w fanów podążających ślepo za idolami. Gdzieś w tle majaczy zaś historia o czystym talencie – wyjątkowym darze, którym obdarzone zostają jednostki wybitne, takie jak Ecton czy Moretti. Czy można te wszystkie elementy ze sobą połączyć? Green próbuje, ale im usilniej się stara, tym jego film staje się bardziej poplątany i ideowo rozmyty.

1324256_1.13
"Opus"
materiały prasowe

Zanim Green wkręcił się w branżę filmową, zarabiał na chleb jako dziennikarz związany z kultowym magazynem „GQ”. W swoim debiucie orbituje więc wokół tematów, które zna od podszewki – tym bardziej dziwi, a może nawet delikatnie smuci fakt, iż nie potrafi przekuć ich w spójną opowieść. Nie spisywałbym go jednak na straty. Choć „Opus” trudno uznać za projekt udany, wciąż jest w nim kilka rzeczy, które warto docenić – jak chociażby John Malkovich grający na swoim zwyczajowym poziomie. Oglądając aktorskie popisy Brytyjczyka, nie dziwimy się, że wokół Morettiegio wytworzył się ruch quasi-religijny. Szkoda jedynie, że sam film przypomina momentami życie w sekcie: oparte na pustych obietnicach i kiepskiej manipulacji. W tym przypadku nie warto dać się oszukać.

Jednym zdaniem:
Lepiej wrócić po raz enty do „Midsommar” Ariego Astera.

1324271.13
"Opus"
materiały prasowe
logo@2x-new