„Kiedy śpiewam, zapominam o całym świecie, jestem tylko z moimi uczuciami”, trafnie opisała się Violetta Villas, czego dowodzą jej piosenki. A życie miała równie fascynujące jak głos, którym oczarowała publiczność. Odkryjmy kobietę, która kryje się za legendą.
Spis treści
Już niedługo, 27 listopada, na ekrany kin trafi „Violetta Villas” z Sandrą Drzymalską w roli tytułowej, historia divy, która zachwycała czterooktawowym głosem, szokowała kiczowatym stylem i nie mieściła się w ramach swojej epoki. Zanim jednak poznamy jej filmowy portret, namalowany przez Karolinę Bielawską, zajrzyjmy do książek i sami spróbujmy odkryć, kim naprawdę była kobieta, która talentem podbiła świat, ale za sławę zapłaciła najwyższą cenę.
Barwny ptak? W szarej rzeczywistości PRL-u wyglądała bardziej jak... kosmitka. Talentem i ekstrawagancją sięgała gwiazd. To one otwierały jej drzwi do największych sal koncertowych świata. Śpiewała w paryskiej Olympii, nowojorskiej Carnegie Hall, podbijała Las Vegas, jako gwiazda rewii Casino de Paris, i wszędzie dostawała owacje na stojąco. W Polsce częściej niż zachwyt budziła kontrowersje. Dla jednych była ikoną i narodową dumą, dla innych cennym „towarem eksportowym”, a dla jeszcze innych symbolem kiczu i sztucznie wykreowaną divą.
Jak to możliwe, że gwiazda takiego formatu nie zdołała spełnić wszystkich swoich ambicji, a u schyłku życia znalazła się na marginesie? Autorzy książki „Villas”, Iza Michalewicz i Jerzy Danilewicz, postanowili oddzielić prawdę od mitu. Z reporterską dociekliwością przyglądali się losom artystki, która zdobyła międzynarodową sławę, a u kresu życia została niemal sama. Wyłonił się z tego portret divy, która wyprzedziła swoje czasy, ale przede wszystkim kobiety pełnej sprzeczności, niezrozumianej przez świat. Bohaterki tragicznej, która odeszła w nędzy i poniżeniu... Nowe wydanie biografii zostało uzupełnione o rozdziały dotyczące medialnych wydarzeń (i skandali) po śmierci Villas w 2011 roku, z jej jedynym synem i opiekunką w tle.
O ile autorzy książki „Villas” na literacki tapet wzięli fakty i mity, chcąc rozszyfrować, jaka naprawdę była Primadonna Assoluta, tak Iwona Kienzler bardziej skupiła się na jej emocjach, niespełnionych pragnieniach oraz cenie, jaką zapłaciła za swoje wybory. A cena, jak wskazuje podtytuł książki, „Baśń bez happy endu”, była wyjątkowo wysoka. Autorka biografii Violetty Villas szukała odpowiedzi na pytanie: jak to możliwe, że kobieta obdarzona tak niezwykłym talentem i otoczona sławą nie odnalazła osobistego szczęścia? I miłości, za którą tak bardzo tęskniła.
Kienzler zagląda za kulisy pracy i życia divy, próbując zrozumieć, skąd brał się jej smutek i dojmujące poczucie pustki, które znikały, kiedy stawała w blasku fleszy. Ale później wracały, ze zdwojoną siłą... Poruszająco brzmią tutaj słowa samej gwiazdy, która po latach zrozumiała, że goniąc za marzeniami, złożyła „ofiarę z samej siebie”. „Inaczej rozłożyłabym akcenty w swoim życiu. Nie marnowałabym cennego czasu na niepotrzebne, czcze rozmowy, zbędne spotkania, życie między płytkimi, pustymi, a jednocześnie mocno zadufanymi w sobie ludźmi”, wyznała. „Żeby śpiewać, musiałam zaistnieć w różnych kontaktach międzyludzkich, w rozmaitych środowiskach. Strwoniłam wiele czasu na bzdury – i to dziś boli najbardziej”.
Burza blond loków, suknie godne rewiowej gwiazdy i ten głos.... Violetta Villas doskonale wiedziała, jak rozpalić wyobraźnię publiczności. Ale co działo się, kiedy wybrzmiał ostatni przebój, ten na bis, światła reflektorów zgasły, makijaż został zmyty, peruka trafiała na swoje miejsce, a za drzwiami garderoby zostawała już tylko ona? Kogo diva widziała w lustrze? Już nie gwiazdę z pierwszych stron gazet, tylko kobietę z krwi i kości, z jej lękami i słabościami. Takiej Violetty nikt nie znał. Oprócz ludzi zza kulis, którzy tworzyli jej sceniczny wizerunek.
Jedną z takich osób jest Halina Prewiak, wieloletnia fryzjerka i powierniczka divy, bohaterka powieści „Violetta” Wiktora Słojkowskiego, inspirowanej historią Villas. I właśnie do niej, po śmierci piosenkarki, zgłasza się młoda dziennikarka, Marta Radecka, pragnąca odkryć prawdę o tej kapryśnej gwieździe. Zamiast wywiadu dostaje jednak coś znacznie bardziej osobistego: zaproszenie do świata fryzjerki. Ma przychodzić do salonu, przysłuchiwać się opowieściom i oglądać stare fotografie. A z nich stopniowo wyłania się portret kobiety pełnej sprzeczności – fascynującej, nieprzewidywalnej, trudnej, ale też kruchej, samotnej, spragnionej miłości. Bo za wielką sławą rzadko idzie szczęście, a człowieka można odkryć, gdy cały blichtr opadnie.