Co to są pypcie? Rozmowa z Michałem Rusinkiem.
Fot. East News

Co to są pypcie? Rozmowa z Michałem Rusinkiem.

Pypcia najłatwiej złapać w podróży - mówi Michał Rusinek. Ale zastrzega, że nie chodzi mu o  - jak mówi - „dermatologiczne wykwity”, tylko o zabawne zbitki słowne. Zebrał je w jednej książce, która stanowi idealną lekturę urlopową. Uwaga, po przeczytaniu nasila się ochota na samodzielne polowanie na „pypcie”. Ale może to i dobrze?

Historyjki zebrane w książce śmieszą, ale też pokazują, że ma pan do siebie niemały dystans. Na przykład przytaczając anegdotę z salonu fryzjerskiego, w którym jako 18-latek podczas strzyżenia usłyszał pan niewesoły komentarz, że  „tak nisko zarasta z tyłu ”.
Michał Rusinek: Kiedy zastanawiałem się, skąd brać materiał do felietonów, zacząłem przypominać sobie różne anegdotyczne sytuacje z mojego życia. Owszem, pojawiła się myśl, czy o niektórych warto pisać. Bo może zbytnio się obnażę? Ale wszystkie one były jakoś związane z językiem, z zabawną frazą. Pomyślałem więc - czemu nie? Dobrze jest mieć do siebie dystans. Uznałem, że i mnie się to przyda. W książce jest np. taka historia o karzełku…

Pamiętam: wcześnie przeszedł pan mutację i już w szóstej klasie mówił barytonem, co wykorzystywali koledzy prosząc o robienie zakupów w monopolowym.
I któregoś dnia, po tym, jak z dumą zamówiłem „pół litra stołowej”, ekspedientka wskazała na mnie głową i szepnęła nowej koleżance: „karzełek”. Wie pani, że ja tę historię wyparłem na lata? Bo dla mnie jako chłopca wiązała się z ogromnym wstydem. Ale teraz, gdy sobie je odtworzyłem przechodząc ulicą koło szkoły i tego sklepu, uznałem, że to cudowny „pypeć”. Myślę jednak, że ja 13-letni na siebie 40-letniego bym się strasznie obraził za podanie tej anegdoty.

Gdzie najczęściej można „złapać pypcia”?
W podróży. Mam spotkania autorskie w różnych częściach Polski, lubię na nie jeździć samochodem i wtedy właśnie „czytam Polskę”. Jeden z pierwszych pypciów, które dostrzegłem, znajdował się w Warszawie. Napis na billboradzie: „Rękawice robocze z drugiej ręki”. Lubię też „pypcie samoistne” - na przykład, gdy odkrywam, że zakład karny w pewnej miejscowości pod Wrocławiem znajduje się przy Placu Wolności. Być może jestem jakimś strasznym zboczeńcem, ale śmieszy mnie też, że w Krakowie punkt krwiodawstwa jest przy ulicy Rzeźniczej.

Mocne. A opisany w książce szyld „Spodnie - rok założenia 1912” - to skąd?
Z Poznania. Z kolei „organizujemy sylwestry, dowolne terminy ” -  z okolic Torunia. A „Night Club czynny do 22” - z jakiejś miejscowości „ciechocinkoidalnej”, zdrojowej - tam kuracjusze chodzą wcześniej spać. Wzruszają mnie slogany zachęcające do korzystania z usług np. stomatologicznych: „Twoje zęby w naszych rękach” czy „Twoje zęby leżą nam na sercu”… Artur Andrus opowiadał mi, że gdzieś wypatrzył napis  „Kuchnia chińska jak u mamy”.  A ja ostatnio odkryłem hasło: „Let’s go Oborniki”. Śmieje się pani. Ja się nie śmieję, ja pytam - jak można? Hasła promujące miasta to nowość, przyszło z zagranicy. Ta zagraniczność nas kiedyś zgubi… (uśmiech).

Mnie wśród pana „pypciów podróżnych” wzruszyła historia z napisem „Ausfahrt” czyli po niemiecku zjazd. Bo też jako młoda osoba, jadąc po raz pierwszy przez Niemcy, zastanawiałam się, co to za miejscowość, do której można zjechać na dowolnym odcinku autostrady. A wracając do Polski: zwraca pan w książce uwagę, że u nas w każdym niemal mieście są kliniki włosa, laboratoria paznokcia i fabryki urody. Czy jest jakieś wytłumaczenie tej mody nazewniczej? 
To jest efekt zmiany, która idzie za nami od ’90 roku. Kiedy umarła komuna, trzeba było pogrzebać słowa, które się z nią wiązały. I tak „muszla łazienkowa” zamieniła się w „ceramikę łazienkową dolną”. To próba nazwania świata na nowo. Zmieniła się rzeczywistość i chcemy to zaakcentować. Mnie w tych nazwach, które pani wymieniła, wzrusza liczba pojedyncza. Dlaczego to nie może być instytut paznokci albo włosów? Przecież włosy występują u człowieka w liczbie mnogiej. Z paznokciami - zauważyłem -  jest podobnie (uśmiech).  

Skoro już jesteśmy przy - tak bliskiej naszemu pismu - tematyce urody: dlaczego pan krytykuje wyrażenie „zabieg na twarz”.
Nie krytykuję. Założyłem sobie, że będę w tej książce dobrotliwy i niegderliwy. Ale dla mnie „zabieg na twarz” brzmi nienaturalnie.  Jak rozumiem, chodzi o to, żeby to odróżnić go od zabiegu chirurgicznego, dokonywanego na twarzy. 

Czyli nasze dziennikarki używają właściwej formy? 
Chyba nie mają innego wyjścia. Jest potrzeba, więc naginamy reguły. Podobnie jest z wyrażeniem „z kim piszesz?”, które ostatnio usłyszałem od mojego dziecka.

W sensie: z kim wymieniasz smsy albo wiadomości na messengerze?
Tak. Nie ma w słowniku takiego wyrażenia przyimkowego, ale myślę, że ono tam wejdzie. Bo przecież nie chodzi o pisanie „do kogoś” jak w przypadku listu. Można rzec: umarł dopełniacz, niech żyje narzędnik.  

Pozostając jeszcze w dziale urody. Pisze pan ze zdziwieniem o proponowanych w spa „ceremoniach” i „rytuałach”.
Odkryłem tę sferę w hotelu w Słupsku i, zachwycony, napawałem się nią językowo. Jednocześnie po cichu bałem się, żeby mnie na taki rytuał albo ceremonię nie wciągnięto. Szczególnie, że stosowano tam substancje - kawior, szampan, czekolada, które ja wolę wprowadzać do organizmu, a tam „podawano” je zewnętrznie (uśmiech).

A propos pana córki i jej „pisania z kimś”. Mnie podobało się w książce jej zdanie, wypowiedziane do pana: „tato jesteś nieogar”. W sensie, że nieogarnięty.
 O, to Bralczykowi też się bardzo podobało. Ja sobie wtedy pomyślałem: ogary, jak wiadomo, poszły w las. A nieogary?

Moja córka, też nastolatka, kiedy ostatnio rzuciłam jakimś modnym moim zdaniem powiedzonkiem, powiedziała z nutką politowania: „tak to się mówiło w latach 2000”.
Ja z kolei powiedziałem niedawno do córki „LOL”, a ona, że już nie mówi się „LOL” tylko „XD”.

U nas jeszcze  „x deszki”.  
I sztos.

A to nie stare?
Stare, ale wróciło. Teraz jak coś jest fajne, jest sztosowe. Albo git.

I jeszcze „dziko” - też ostatnio słyszałam. W języku młodzieży fascynujące są też skróty w smsach.  „Kc” zamiast „kocham cię” , „cr” - co robisz. Czy my, rodzice, mamy rwać włosy z głowy? Gdzie ta poprawna polszczyzna? Same pypcie!
Nie ma sensu z tym walczyć, trzeba spojrzeć na ten temat inaczej. Są różne style językowe. A styl jest jak strój. W szafie powinien być i garnitur, i dres. W życiu spotykają nas różne sytuacje i trzeba umieć się w nich zachować. Więc niech młodzi porozumiewają się swoim językiem, ale niech też umieją innymi. Niech w tej szafie będą zestawy ubrań.

Tekst ukazał się w magazynie Twój STYL nr 08/2017
Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również