Frances McDormand, najmniej hollywoodzka gwiazda ma szanse na trzeciego Oscara!
Fot. mat. prasowe

Frances McDormand, najmniej hollywoodzka gwiazda ma szanse na trzeciego Oscara!

Nie zabiega o role, mieszka z dala od Hollywood, ma twarz nietkniętą botoksem, a na filmowe gale potrafi przyjść w klapkach. A jednak niepokorna Frances McDormand jest liderką wyścigu po tegoroczne Oscary – tym razem za poruszającą rolę w filmie „Nomadland”. Byłaby to trzecia statuetka na koncie tej najmniej hollywoodzkiej amerykańskiej gwiazdy.

Jako aktorka zdobyła już tzw. Potrójną Koronę – ma na koncie Tony Award, Oskara oraz Emmy i depcze po piętach samej Meryl Streep. Jasno jednak deklaruje, że nie pracuje dla nagród. „One są dodatkiem, nie celem. I bez nagród wiem, że gram w dobrych filmach”, zapewniała w wywiadzie dla jednego z magazynów. Swoje postacie obdarza mocą, silnym charakterem i ciętym językiem. W serialu „Olive Kitteridge” była jak Brudny Harry, w „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” jak John Wayne, w „Nomadland” jest jak pionier z Dzikiego Zachodu. McDormand uwielbia łamać schematy i denerwuje się, że reżyserzy nie mają ciekawych propozycji dla aktorek.

„Powtarzam często Joelowi: dlaczego faceci nie piszą lepszych ról dla kobiet? Dlaczego nie napiszesz roli dla faceta i pozwolisz zagrać ją mnie?”

– wyznała niedawno w jednym z wywiadów, wspominając o mężu, znanym reżyserze Joelu Coenie. Gdy trzy lata temu obierała Oscara dla najlepszej aktorki (za „Trzy billboardy...”), poprosiła, by wszystkie nominowane artystki wstały i okazywały sobie wsparcie w branży. „(...) rozejrzyjcie się dookoła, bo każda z nas ma do opowiedzenia niezwykłe historie i projekty, na które potrzebuje dofinansowania. Ale nie róbcie tego na dzisiejszych imprezach. Zaproście nas do swoich biur za kilka dni. Albo możecie przyjść do naszych”, apelowała. Nie rzuciła słów na wiatr – dowodem jest „Nomadland”, który zrealizowała (także jako producentka) z utalentowaną reżyserką chińskiego pochodzenia, Chloé Zhao.

nomadland

Nomadka, buntowniczka, abnegatka?

Od 16 lat wraz z mężem Joelem dzieli życie między Upper West Side na Manhattanie a uroczą miejscowość na Zachodnim Wybrzeżu, gdzie wszyscy się znają, ale nikt nie traktuje jej jak gwiazdy, z czego jest nader zadowolona. „Tu można żyć bardziej autentycznie – nie muszę nikogo udawać”, tłumaczy w rozmowie z „New York Times”. Sprawia wrażenie osoby praktycznej i samodzielnej jak jej filmowe bohaterki. Pilnie strzeże prywatności i prosi dziennikarzy, by nie ujawniać nazwy miejscowości (podobno niedaleko stąd, na Wybrzeżu Mendocino filmowano część scen „Nomadland”).

Stroni od blichtru, brylowania na salonach i sama kreuje swój wizerunek. Dlatego zawsze wyróżnia się na czerwonym dywanie: nie tylko twarzą dumnie pokrytą zmarszczkami, ale i kreacjami z własnej garderoby (zamiast haute couture). Na festiwalu filmowym w Rzymie w 2019 roku wystąpiła w klapkach i dżinsowej kurtce. A na premierę „Nomadland” w Pasadenie zamiast limuzyną zamierzała przyjechać wysłużonym vanem z planu filmowego. Zresztą do gali filmowych i sławy ma nastawienie sceptyczne. „Nie potrzebuję wspomagania mojego ego z zewnątrz. Nie interesuje mnie bycie na okładkach kolorowych magazynów czy ilość ploteczek na mój temat”, wyznała w jednym z wywiadów. Dwa miesiące temu pojawiła się jednak na okładce. Sfotografowana bez grama makijażu przez Annie Leibovitz.

Boczną drogą

Adoptowana w dzieciństwie, wychowała się w rodzinie pastora Kościoła Uczniów Chrystusa, Vernona McDormanda. Parafianka Kościoła, samotna matka, oddała ją do adopcji, gdy dziewczynka miała roczek. Przybrani rodzice dali Cynthii Ann Smith nową tożsamość. Po latach Frances napisała do biologicznej matki, ale nie udało się jej nawiązać relacji. Wraz z rodzicami i przybranym rodzeństwem dużo podróżowali po Stanach – ojciec nauczał i zmieniał parafie. Nie sprawiała problemów, walczyła z nieśmiałością. Pamięta, że jako piątoklasistka po raz pierwszy pomyślała; „Wiem, co o mnie myślą i zamierzam to zmienić”.

Swoje „powołanie” odkryła na warsztatach z języka angielskiego – odegrała rolę Lady Makbet i nagle okazało się, że nieśmiała i nieco podejrzliwa uczennica potrafi stanąć przed grupą ludzi i skupić ich uwagę. Połknęła haczyk i dostała się do Yale School of Drama. Rozpoczęła nowe, artystyczne życie – przyznaje, że ma na koncie eksperymenty z LSD i grzybami halucynogennymi i zdarza się jej popalać marihuanę (w 2003 roku wystąpiła z jointem na okładce magazynu „High Times”).

Szybko zaistniała w teatrze, ale na sukces filmowy musiała jednak trochę poczekać. W filmie braci Coen „Śmiertelnie proste” zagrała przez przypadek: poszła na przesłuchanie w zastępstwie koleżanki Holly Hunter. I od razu ujęła reżysera – z Joelem pobrali się zaraz po zakończeniu zdjęć i są razem już 37 lat. To on dał jej przełomową rolę – ciężarnej policjantki w „Fargo”. „Fakt, że sypiam z reżyserem, może mieć coś wspólnego z tym, że ją dostałam”, żartowała w wywiadach. Film okazał się przepustką do sławy. Ale tego McDormand wcale nie pragnęła. I gdyby wówczas otrzymała propozycję bycia na okładce jakiegokolwiek z czołowych amerykańskich magazynów, pewnie by ją odrzuciła, tak jak odrzucała propozycje wywiadów, sesji oraz kampanii reklamowych przez kolejne 10 lat.

„Dzięki temu odkryłam, kim jestem, a potem poprzez role, które grałam, mogłam zabrać publiczność w miejsca, do których ktoś sprzedający zegarki, perfumy i czasopisma zabrać by jej nie mógł”

- tłumaczyła w „NYT”. Mogła też skupić się na wychowaniu synka Pedra. Razem z mężem adoptowali go w 1995 roku z Paragwaju, gdy chłopiec miał pół roku. Podobnie jak kiedyś Frances, nie poszedł w ślady przybranych rodziców. Dziś jest masażystą i trenerem.

 

fargo:akpa

 

„Sama tworzę siebie”

Od dawno apeluje: „Pozwólmy sobie być sobą, zamiast wciąż poprawiać siebie. Nie niszczmy własnej osobowości. Może nie będziemy doskonałe, ale będziemy jakieś. Wyraziste, prawdziwe”. I tłumaczy: 

„Piękno to także niezależność, własne poglądy, to czar, nie wynikający z tak zwanych kobiecych atrybutów, ale z godności, świadomości, oczytania".

Jej głos słychać coraz głośniej – dziś jest jedną z największych osobowości amerykańskiej kultury. A całkiem niedawno marzyła o tym, by rzucić Hollywood, zmienić nazwisko i po 60-tce ruszyć kamperem w drogę. Jak wyznała w „NYT”, przybrałaby wówczas imię Fern – na razie dała je swojej bohaterce w „Nomadland”. Swoją drogą, reżyserka chciała obsadzić w filmie syna i męża Frances, ale McDormand postawiła granicę. „Muszę wierzyć, że to nie jest dokument o mnie. Po prostu tworzę postać, tak jak tworzę siebie od 63 lat”.

Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również