Jak patrzeć na obrazy? O podziwianiu i przeżywaniu sztuki rozmawiamy z Justyną Stasiek-Harabin
Justyna Stasiek-Harabin, historyczka sztuki i autorka bloga Minerva
Fot. Kamil Śliwiński

Jak patrzeć na obrazy? O podziwianiu i przeżywaniu sztuki rozmawiamy z Justyną Stasiek-Harabin

W związku z pandemią muzea udostępniły zbiory w internecie. Płótna największych mistrzów można oglądać w domu. Awangardowa rozrywka? – Sztuka nie jest dla elit, lecz dla wszystkich. Nie trzeba się na niej znać, żeby móc podziwiać i przeżywać – przekonuje Justyna Stasiek-Harabin, historyczka sztuki i autorka bloga Minerva.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Minerva (@justynastasiek)

Rozumienie malarstwa to wyższa umiejętność?

Nie ma jednej recepty na to, jak je odbierać. Owszem, są dzieła, w których dużą rolę odgrywają symbole, a ich znajomość otwiera drzwi do zrozumienia i właściwej interpretacji. Pierwszy przykład, jaki przychodzi mi na myśl, to obraz Jana van Eycka, „Małżenstwo Arnolfinich”. Przedstawia parę we wnętrzu mieszkania. Przedmioty, które się tam znajdują, nie są przypadkowe. Piesek u ich stóp to nie tylko słodki pupil, ale też symbol wierności małżeńskiej. Brzoskwinie po lewej stronie za mężczyzną są metaforą pomyślności wynikającej z zawarcia związku małżeńskiego. Wiele dzieł sztuki funkcjonuje na dwóch poziomach: pierwsza warstwa jest dosłowna, estetyczna. Tu liczy się po prostu nasza wrażliwość i indywidualne spojrzenie. Druga warstwa – głębsza, symboliczna – pozwala lepiej zrozumieć obraz i jego wydźwięk. To piękne, że każdy z nas patrzy na to samo dzieło inaczej, zwraca uwagę na inne rzeczy, odbiera je w różny sposób. Natomiast ważny jest czas. Gdy zrobimy to bez pośpiechu i poświęcimy jednej pracy więcej niż kilka chwil, możemy być pewni, że dostrzeżemy i wyniesiemy więcej.

W dużych muzeach są tysiące obrazów. Nie da się obejrzeć wszystkich z należytą uwagą. Na których warto skupić uwagę?

Zwiedzanie ogromnych instytucji, jak National Gallery w Londynie, może być… straszne. Dzieł sztuki jest tam mnóstwo, do tego to malarstwo najwyższej klasy. Żeby się nie pogubić, dobrze zrobić przed wycieczką plan zwiedzania. Sprawdzić, jakie obrazy znajdują się na miejscu, zaznaczyć te, które po prostu musimy zobaczyć. Żeby nie było później rozczarowania… Zdarzało mi się, że otwierałam w domu album kupiony w muzealnym sklepiku i okazywało się, że było tam dzieło sztuki, które bardzo chciałam obejrzeć, lecz w pośpiechu je ominęłam! Warto zarezerwować dużo czasu. Im więcej, tym lepiej. Jeśli ktoś przeznaczy tylko dwie godziny, będzie biegać po salach jak szalony. Co nie ma sensu, bo to będzie tylko „odhaczanie” na liście. W przypadku malarstwa rozmiar nie idzie w parze z „wielkością”. Są obrazy nieduże, jak „Leczenie głupoty” Boscha w zbiorach Prado w Madrycie. Ma 47 na 34 cm, ale jest tak niezwykły, że mały format w niczym mu nie ujmuje.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Minerva (@justynastasiek)

Czy znajomość życiorysu autora, jego czasów jest niezbędna, żeby zrozumieć obraz?

Z pewnością daje pełniejszy ogląd tego, w jakich okolicznościach powstała praca. To istotne, ale czy niezbędne? Żeby popatrzeć na dzieło oczami malarza i zrozumieć jego intencje, poznanie biografii wydaje się kluczowe. Jednak do osobistego przeżywania sztuki tego nie potrzebujemy. Myślę na przykład o płótnach van Gogha. Wywołują ogromne emocje, nie tylko dlatego, że opowiadają historię udręczonego geniusza. Nawet niewyedukowany, nieświadomy widz odnajdzie w nich „coś”, co sprawia, że ta sztuka zachwyca.

Chyba każdy zna słynne „Słoneczniki”. Skąd, przykładowo, ich popularność?

Wydawałoby się, że to proste pytanie, ale muszę pomyśleć… Wydaje mi się, że chodzi o spojrzenie van Gogha na świat i sposób, w jaki go ujmował. Jest wibrujący, pełen emocji, które wyrażał przez charakterystyczne użycie barw i sposób kładzenia farby. Gruby, często nerwowy, zwłaszcza pod koniec życia. Ekspresja i energia, to coś, co mnie w sztuce urzeka najbardziej. U van Gogha to jest. Nie bez powodu ktoś wpadł na pomysł, żeby jego prace „przerobić” na film animowany („Twój Vincent” Doroty Kobieli i Hugh Welchmana – przyp. red.). Patrząc na te obrazy, mamy wrażenie, że zatrzymany kadr za chwilę się poruszy.

Dlaczego jedne obrazy są dziełami sztuki, a inne nie? Co decyduje o ich wartości i geniuszu malarza?

Im dłużej zajmuje się sztuką zawodowo, tym bardziej mam problem z określeniem, czym ona jest. Byłoby zdecydowanie łatwiej, gdyby istniała jedna definicja. Tymczasem pojęcie sztuki od wieków nieustannie się zmienia i dzisiaj także jest rozumiana na wiele sposobów. O tym, że obraz okazuje się być arcydziełem, decyduje wiele czynników, takich jak walory artystyczne, okoliczności powstania, moment w dziejach i odbiór tej sztuki nie tylko przez krytyków, ale ludzi w ogóle. Co ciekawe, wiele prac, okrzykniętych obecnie mianem arcydzieł, nie od początku tak odbierano. Dopiero upływ czasu, możliwość spojrzenia z dystansu pozwoliły dostrzec ważne kwestie i docenić kunszt twórcy. Przykład: portrety Witkacego, okrzykniętego „wariatem z Krupówek”, były przez jemu współczesnych postrzegane jako dziwaczne i nieatrakcyjne, a przecież dziś uznaje się go za jednego z najwybitniejszych polskich artystów. Paul Gauguin miał problem ze znalezieniem chętnych na swoje prace, przez co borykał się z problemami finansowymi, van Gogh za życia sprzedał tylko jeden obraz, Jan Vermeer, też niedoceniany, dorabiał jako handlarz i rzeczoznawca sztuki.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Minerva (@justynastasiek)

Malarstwo realistyczne łatwiej zrozumieć i ocenić. Ale abstrakcję?!

Rzeczywiście, tzw. malarstwo figuratywne przyzwyczaiło nas do mniej lub bardziej jasnego odczytywania obrazów. Abstrakcja jest pozbawiona tych „bezpiecznych” odniesień do świata rzeczywistego. Myślę, że w przypadku takiej sztuki kluczowe jest nie rozumienie dzieła, ale jego odczuwanie, ponieważ tego typu malarstwo kładzie nacisk właśnie na przeżycie artystyczne. Jeden z najsłynniejszych abstrakcjonistów XX wieku, Mark Rothko, mawiał: „Kolor służy tylko wyrażeniu podstawowych ludzkich emocji – tragedii, ekstazy, zagłady. Fakt, że wielu ludzi wybucha płaczem stojąc przez moimi obrazami świadczy o tym, że potrafię tego dokonać”.

Sprawdziłam: jego prace wydają się pogodne. Naprawdę ludzie wzruszają się na ich widok?

Tak. Dla jednej osoby obrazy Rothko to esencja łagodności, optymizmu, ale ktoś inny staje przed nimi i zaczyna płakać. Łzy mogą mieć różny wymiar, niekoniecznie spowodowany smutkiem. W kontakcie z dziełem sztuki płacz jest często efektem emocji, które w nas wzbierają. Napływ uczuć jest za duży i trzeba dać mu upust. Widziałam „na żywo” jeden obraz Rothko, przed którym co prawda się nie rozpłakałam, ale i tak zrobił na mnie ogromne wrażenie. Prace jednego malarza mogą wywoływać różne emocje, często skrajne. Ta różnorodność odbioru wydaje mi się najfajniejsza. Możemy mówić o tym samym dziele sztuki, ale ile jest patrzących oczu, tyle interpretacji i osobistych doświadczeń. Na szczęście nie ma jedynego słusznego sposobu na przeżywanie sztuki. W kontakcie z dziełem każdy z nas może czuć to, co chce.

Dlaczego warto odwiedzać muzea, oglądać obrazy także „oko w oko”? Jak nas to wzbogaca?

Takie spotkanie zapewnia wyjątkowe wrażenia, których każdy powinien raz na jakiś czas doświadczyć. Sztuka bywa zaskakująca. Często obrazy, które znamy z reprodukcji, na żywo okazują się wywoływać nowe, silne uczucia. Nawet niuans, detal sprawia, że dzieło nas zachwyca i nie możemy się od niego oderwać. Myślę, że nam wszystkim jest to potrzebne – w galerii czy muzeum wrzucamy „niższy bieg” i serwujemy sobie estetyczną, duchową przyjemność. Sztuka, niczym wehikuł do przenoszenia się w czasie, daje wspaniałą możliwość oderwania się od przytłaczającej rzeczywistości. Warto sobie czasem zaserwować takie zdrowe SPA dla głowy.

Czy zwiedzanie online może dostarczać podobnych emocji?

Ma swoje zalety. Obrazy często udostępniane są w doskonałej rozdzielczości. W prawdziwym muzeum wpatrywanie się w obraz z bliska nie jest dobrze widziane. A na Google Arts można zrobić taki zoom, że widać spękania farby! Zaletą jest też to, że w internecie praca często jest opatrzona dość obszernym opisem autora, okoliczności, sytuacji przedstawionej na płótnie. W muzeum to zazwyczaj tylko nazwisko malarza, tytuł dzieła i data powstania. Z drugiej strony, w wirtualnym muzeum może brakować nam specyficznego klimatu: skrzypiącej podłogi, przestrzeni, ciszy, zapachu farby…

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Minerva (@justynastasiek)

Na blogu często zamieszcza pani teksty, w których szuka analogii między malarstwem i codziennym życiem. Podczas kwarantanny porównywała pani samotność i izolację do scen z obrazów Edwarda Hoppera” albo szukała pomysłów na spędzanie czasu inspirując się pracami Hieronima Boscha. Malarstwo może skłaniać do refleksji, ale też poprawiać humor?

U Hoppera człowiek zazwyczaj jest sam we wnętrzu mieszkania, na stacji benzynowej albo siedzi gdzieś na chodniku, na ulicy. Wiele osób patrząc na te obrazy odczuwa pustkę, melancholię. Co ciekawe, artysta twierdził, że nie maluje samotności, tylko stara się pokazać… ciekawe światło. Dla mnie są to kojące kadry. Chcę być jak te postaci, patrząc na nie uczę się kontemplacji, przebywania sama ze sobą. W chwilach wzmożonego niepokoju wszystkim potrzeba czegoś, co ukoi skołatane nerwy i pozwoli na chwilę oderwać się od przyziemnych problemów. Tutaj egzamin zda malarstwo pełne łagodności, które zadziała jak balsam na duszę. Mnie koją pejzaże młodopolskie, zwłaszcza prace Józefa Chełmońskiego, Leona Wyczółkowskiego czy Jana Stanisławskiego. Oprócz przedstawiania natury, sięgali do baśniowości, mitów, wierzeń ludowych. Ich malarstwo pokazuje duchowość człowieka, to tzw. pejzaż wewnętrzny, przepełniony emocjami. W czasach, gdy podróże są utrudnione lub niemożliwe, jeszcze bardziej doceniam możliwość obcowania z malarską naturą, obrazami, które przywodzą na myśl ciepłe, beztroskie dni czy melancholijne noce.

Ma pani ulubionych malarzy?

Moje fascynacje się zmieniają, w zależności od ogólnej kondycji życiowej i wewnętrznych potrzeb. Ostatnio zachwycam się malarstwem Jana Stanisławskiego. Jestem pod wrażeniem jego prac, choć na ogół małe, są nośnikami ogromnych emocji. Pokazują naturę w sposób głęboki, momentami metafizyczny. Uwielbiam również prace szwajcarskiego artysty Félixa Vallottona i Norwega Haralda Solhberga – obaj malowali pejzaże pełne nostalgii i melancholii. Cenię też ekspresjonistów niemieckich, zwłaszcza energię, którą kryją ich płótna. Jestem fanką Egona Schiele i jego nerwowej, ekspresyjnej kreski. Malował sylwetki pełne deformacji, wygięć, dziwnych póz. Spoglądał na ludzkie ciało w wyjątkowy, prawdziwy sposób, nie upiększał go. Jest też u niego dużo erotyki, która dla niektórych może być kontrowersyjna. A przecież człowiek jest istotą seksualną.

W internecie popularne jest przerabianie obrazów na zabawne memy albo odtwarzanie malarskich kadrów: ludzie przebierają się za postaci z płócien – „Dziewczynę z perłą” Vermeera, chłopkę z „Babiego lata” Chełmońskiego. Po co?

To dowód, że sztuka – choć wielu kojarzy się z „nudnymi” lekcjami plastyki – zaczyna interesować coraz więcej osób. Przestajemy postrzegać ją jako coś hermetycznego, niezrozumiałego, pokrytego kurzem. Znajdujemy analogie między scenami przedstawianymi na dawnych płótnach i naszym życiem. Uwielbiam przeróbki autorów Sztucznych Fiołków czy Classic Art Mems. Niezwykle inteligentne poczucie humoru!

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Minerva (@justynastasiek)

O sztuce często mówi się akademickim, wyniosłym językiem. Pani go upraszcza: autoportret nazywa „selfie”, używa potocznych wyrazów jak „tyłek”. Koledzy po fachu – inni znawcy sztuki – nie mają tego za złe?

Pisząc bloga, muszę dostosować język do odbiorcy. Zależy mi na tym, żeby docierał do jak największej liczby osób, żeby był miejscem miłym i „bezpiecznym” także dla tych, którzy nie znają się na sztuce. Dlatego nie mogę tworzyć atmosfery, w której będą czuć się gorsi, używać języka, który wzbudzi w nich kompleksy. Sprawi, że czegoś nie zrozumieją, a mnie będzie ustawiał na wyższej pozycji. Moje pisanie ma cel edukacyjny, ale musi być w pełni zrozumiałe i przystępne. Inaczej dojdzie do tego, co się w świecie sztuki często zdarza. Ludzie, którzy chcą się czegoś dowiedzieć, nie dostaną informacji, która byłaby dla nich jasna.

Można wyrobić w sobie wrażliwość na sztukę?

Oczywiście, warto obcować z nią, chodzić do muzeów, galerii, na wystawy. Przeglądać albumy czy nawet zdjęcia w internecie. Niezwykle ważne jest także to, czym otaczamy się na co dzień, w domu czy pracy. Wbrew pozorom, gromadzenie dzieł sztuki jest nie tylko dla bogaczy. Wiele obrazów można kupić na targach staroci czy sztuki dostępnej, które sprzedają prace młodych twórców, dopiero zaczynających karierę – za niewielkie pieniądze! Ogromne znaczenie ma wszystko, na co patrzymy. Pamiętajmy, że gust, dobry smak kształtują się od najmłodszych lat, dlatego dużą rolę odgrywa edukacja artystyczna dzieci. Jako muzealniczka, mam poczucie misji, by o sztuce mówić do nich w prosty sposób. W ten sposób wpływamy na to, jaką rzeczywistość będą tworzyć przyszłe pokolenia.

Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również