Kariera i finanse

"Korzystam z tego, czego inni już nie potrzebują" Zaglądamy do portfela oszczędnej singielki z Trójmiasta!

"Korzystam z tego, czego inni już nie potrzebują" Zaglądamy do portfela oszczędnej singielki z Trójmiasta!
Fot. iStock

W kolejnej części nowego cyklu twojstyl.pl "Jak wydaję pieniądze?" zaglądamy do portfela 32-letniej animatorki kultury i graficzki, która idzie w tym tygodniu skipować, jeździ wszędzie rowerem i planuje wyprawę do Ameryki Południowej.

Kwestionariusz

Zawód: Animator kultury

Branża: Kultura

Wiek: 32 lata

Wykształcenie: Wyższe

Miejsce zamieszkania: Trójmiasto

Pensja miesięczna: 2460 zł (niepełny etat jako animator kultury w Domu Kultury) + dodatkowe zlecenia graficzne jako freelancer (do gazet, na strony internetowe, plakaty) ok. 1000-2500 zł miesięcznie

Inne dochody: 1000 zł (wynajmuję kuzynce kawalerkę po babci)

Majątek: Kawalerka o 35 mkw. na Śląsku. Obecna wartość ok. 160 tys. zł

Zadłużenie: 0 zł

Miesięczne wydatki

Czynsz/kredyt hipoteczny: Wynajmuję w Gdańsku kawalerkę po znajomości. Właścicielka mieszka zagranicą i wysyłam jej czynsz w euro (200 euro). Obecnie jest to około 1000 zł + rachunki ok. 500 zł

Płatne serwisy: Mam dostęp do konta przyjaciela

Oszczędności: W przyszłym roku chciałabym wyjechać w roczną podróż po Ameryce Południowej, na co od czasu pandemii odkładam pieniądze. Obecnie mam zaoszczędzone 11 tys. zł. Staram się odłożyć co miesiąc ok. 500 zł. W podróży planuję również pracować zdalnie i w miarę możliwości zatrzymywać się u znajomych/couchsurfing.

Jedzenie: ok. 300-400 zł

Rozrywka: ok. 400 zł

Telefon: 55 zł

Inne: Internet + opłaty za programy graficzne ok. 400 zł

Dzień Pierwszy:

9:00 Dzisiaj nie muszę wstawać do pracy, więc budzę się jak się wyśpię. Wstawiam chleb do piekarnika. Raz z tygodniu piekę chleb, kroję na plastry i mrożę. Do tego twarożek ze szczypiorkiem i natką pietruszki. Mam mały balkon, na którym hoduję zioła, więc szczypiorek i natkę mam z własnego „ogródka”. Po śniadaniu siadamy do zlecenia graficznego. Wcześniej do termosu robię sobie yerbę, którą popijam w trakcie pracy.

15:00 Na obiad robię dhal (rodzaj potrawki z soczewicy), do którego wrzucam ostatnie ziemniaki i marchewki. Może nie jest zbliżony do oryginału, ale jest ciepły i aromatyczny. Jem przy biurku i w trakcie oglądam filmiki na YouTube po hiszpańsku. Zaczęłam się uczyć języka na początku pandemii i teraz już dosyć dobrze rozumiem proste konwersacje.

19:00 Należę go kilku grup foodsharingowych (ludzie oddają nadmiar jedzenia) i udało mi się załapać na oddaż pierogów z soczewicą i słoik zupy. Wychodzę pierwszy raz tego dnia i muszę wrócić się po cieplejszą kurtkę, tak wieje. Jadę rowerem (to mój główny środek transportu). Okazuje się, że paczka jest jeszcze większa niż się umawialiśmy, więc zapraszam na kolację kumpelę, która mieszka niedaleko. N. przynosi z sobą wino. Siedzimy do północy, bo jutro mam zajęcia.

Dzienne wydatki: 0 zł

Dzień Drugi:

11:00 Rowerem jadę do domu kultury, w którym pracuję na część etatu. Przed zajęciami wypijam kawę w kuchni dla pracowników i rozmawiam z koleżanką. Dzisiaj prowadzę dwa zajęcia pod rząd, z czego moje ulubione z seniorami. W., jedna z moich ulubionych uczennic, zrobiła dla mnie kamizelkę na drutach. Kamizelka jest świetna i bardzo ciepła. Między zajęciami zjadam resztę pierogów z wczoraj. Jedna z koleżanek z pracy ma urodziny, więc składamy się na bukiet i ciasto (10 zł). Po zajęciach zjadamy jemy razem tort.

17:00 Po pracy jadę do koleżanki. L. jest samotną mamą i nie ma rodziny w Trójmieście, a musi iść do lekarza, więc zgodziłam się zająć jej 3-letnim synkiem. Odbieram go z przedszkola i idziemy na chwilę do parku na plac zabaw. Potem wracamy, robię nam naleśniki z dżemem i oglądamy przez chwilę bajki. Dawno nie oglądałam telewizji, więc jestem prawie tak zafascynowana jak on. Potem razem malujemy. L. wraca koło 20 i namawia mnie, żebym została pogadać, ale jestem zmęczona. Dużo pracuję z domu i dzień taki jak ten to dla mnie za dużo bodźców i interakcji. Przed snem czytam „Na początku jest koniec” Weroniki Milczewskiej o Majach w Ameryce Południowej. Mam mieszane uczucia.

Dzienne wydatki: 10 zł

Dzień Trzeci:

12:00 Rano pracuję nad zleceniami, a potem jadę do kawiarni spotkać się z J., moim partnerem od tandemu. Ja uczę go polskiego, on mnie hiszpańskiego. J. pochodzi z Boliwii i przyznam, że czasami mam problem ze zrozumieniem jego akcentu, ale jest zabawnie. Dzisiaj rozmawiamy na temat jedzenia i trochę się martwię jak to będzie w podróży, bo wygląda na to, że dużo potraw jest z mięsem (a ja jestem wegetarianką). Siedzimy w sieciowej kawiarni, jest dosyć drogo, ale blisko pracy J. (spotykamy się w czasie jego lunchu). Biorę kawę (16,90 zł).

14:00 Wracając ze spotkania podjeżdżam do jednego z moich ulubionych lumpeksów. Udaje mi się znaleźć ładną koszulę w kratkę (9 zł). Zastanawiam się jeszcze nad zasłonami, ale w końcu rezygnuję. Przy okazji oddaję książki do biblioteki i pożyczam kolejny reportaż o Ameryce Południowej - „Na poboczu Ameryk. Pieszo z Panamy do Kanady” Oli Synowiec i Arkadiusza Winiatorskiego. Jestem ciekawa, bo mam częściowo podobny plan na wyprawę.

19:00 Idę na wernisaż znajomych. Zdjęcia są piękne i zastanawiam się nad kupnem jednego z nich za 400 zł (staram się budować kolekcję młodej sztuki). Na wystawie spotykam K., mojego przyjaciela, z którym również sypiam. Po wystawie jedziemy do niego jego samochodem (staram się nie jeździć samochodem z powodu środowiska, ale on mieszka na obrzeżach) . Dobrze nam ze sobą, ale planuję wyjechać za kilka miesięcy, a on buduje tutaj swoją karierę, więc nie traktujemy tego poważnie. Zostaję na noc.

Dzienne wydatki: 25,90 zł

Dzień Czwarty:

7:00 K. jedzie do pracy i przy okazji mnie odwozi, więc muszę wstać wcześniej niż zwykle. W domu rozmrażam chleb i robię sobie kanapki i sałatkę do pracy (pomidory, cieciorka, bazylia z balkonu, oliwa i tofu), bo dzisiaj przede mną długi dzień. Przygotowujemy wystawę obrazów młodych artystów i trzeba nadzorować ich wieszanie, oświetlenie i przygotować opisy.

19:00 W drodze do domu o mało nie mam wypadku, bo zza zakrętu wyjeżdża niespodziewanie samochód. Nawet się nie zatrzymuje, aby sprawdzić czy wszystko ze mną ok. W domu biorę długi prysznic i odgrzewam resztę dhalu. Dzwonię do mamy i mówię jej o całym zdarzeniu. Oczywiście się denerwuje, że jeżdżę po nocy (chociaż mam lampki).

Dzienne wydatki: 0 zł

Dzień Piąty:

8:00 W świetle dziennym oglądam jeszcze raz rower i widzę niewielką szramę, ale na szczęście rower jest cały. Wracam do domu kultury, żeby dokończyć prace nad wystawą. Wracam przed południem i po drodze zajeżdżam do warzywniaka. Kupuję ziemniaki, marchewkę, cebulę, kiszone ogórki i kapustę (mam własny słoik), cukinię, paprykę, kukurydzę oraz jabłka (43 zł). Podjeżdżam też do sklepu zero waste i kupuję do swoich woreczków prażony bób (pycha), czarnuszkę, soję, czerwony ryż (uwielbiam), kimchi (planuję niedługo zrobić własne) i tofu (74 zł).  Takie większe zakupy staram się zrobić raz w tygodniu.

15:00 Pracuję w domu, nastawiam pranie, robię na obiad leczo z tofu i czarnuszką. Robię się senna, więc idę się przespać. To lubię w pracy na własny rachunek.  

19: 00 Dostaję smsa od znajomych, którzy skipują, czy chcę się z nimi wybrać na łowy. Jeszcze nigdy nie byłam, więc  odpisuję, że chętnie. Szukam mojej czołówki i zabieram kilka worków plus jakieś stare reklamówki. Przebieram się w starsze leginsy i bluzę i jadę do nich. Na miejscu pytają czy mam rękawiczki, a ponieważ nie mam dostaję od nich lateksowe.

22:00 Podjeżdżamy rowerami pod sklep. Z tyłu są dwa duże kontenery, w których nurkujemy. Udaje mi się znaleźć dużo pojedynczych bananów, mocno dojrzałych, marchewki i dwa nieuszkodzone opakowania mąki. Serce mi mocno biję i mam wrażenie, że zaraz ktoś na nas naskoczy, ale tylko przechodnie pod drugiej stronie ulicy dziwnie na nas patrzą.

23:30 W domu myję owoce i warzywa bardzo dokładnie wodą i octem. Marchewki kroję i mrożę, bo nie przejem tego co kupiłam i znalazłam. Mąkę przesypuję do słoika na wypadek, gdy były tam mole.

Dzienne wydatki: 117 zł

Dzień Szósty:

10:00 Pada, więc zakładam spodnie na deszcz, pakuję plecak i matę i jadę na zajęcia z jogi. Świetnie czuję się po jodze, ale nie umiem być systematyczna, więc zamiast karnetu kupuję pojedyncze wejście (40 zł). Po zajęciach jadę spotkać się z koleżanką na kawę na Wajdeloty. Biorę tofurnik i cappuccino (30 zł).

15:00 Jadę do znajomych do Gdyni i wyjątkowo wybieram trasę nad morzem. Jest piękna, ale zwykle zatłoczona turystami. Dzisiaj z powodu deszczu jest na szczęście dosyć spokojnie. Nad morzem mieszkam od kilku lat, więc takie widoki nadal są dla mnie wyjątkowe. Dojeżdżam do domu znajomych i wypakowuję plecak. Planujemy robić wspólnie przetwory, więc przywiozłam jabłka i śliwki. Oni byli wczoraj i dzisiaj na grzybobraniu, więc będziemy robić też grzyby. Puszczamy muzykę na full i zaczynamy pracę.

20:00 Prawie skończyliśmy. Zrobiliśmy mus jabłkowy, kompot z jabłek, marmoladę ze śliwek i jabłek, chutney śliwowy oraz marynowane grzyby z papryką. Jesteśmy wykończeni, więc zamawiamy pizzę – dla mnie z gorgonzolą i gruszką (35 zł). Do tego otwieramy butelkę winą i jest super. Czuję pewien lęk przed nocną jazdą, więc zostaję u nich na noc.

Dzienne wydatki: 105 zł

Dzień Siódmy:

9: 00 Rano idziemy na spacer do lasu z  ich psem, który ma najbardziej mięciutką sierść na świecie. Dołącza do nas K., który przyjeżdża z własnym aeropressem i robi nam kawę. Podwozi mnie do domu i razem robimy obiad (risotto z resztki wczorajszych grzybów). Jest szaro i wietrznie i nie chce nam się wychodzić z łóżka. Oglądamy na laptopie film dokumentalny o Stanisławie Szukalskim.

18:00 Obiecałam, że będę nadzorować pokaz filmowy w domu kultury, więc muszę się zbierać. K. mnie podwozi. Witam się z kilkoma osobami z moich zajęć dla seniorów i pilnuję, żeby wszystko gładko poszło. Ponieważ film widziałam już kilka razy, w tym czasie płacę zaległe rachunki i odpisuję na wiadomości. Znajomy wysłał mi link z prośbą o dołożenie się do zbiórki dla likwidowanego schroniska (30 zł). Wracam wyjątkowo SKM-ką (4,8 zł).

21:00 Robię chlebek bananowy, żeby wykorzystać owoce, a ponieważ już rozgrzałam piec to wstawiam też chleb na przyszły tydzień. Na późną kolację zjadam chlebek bananowy z masłem orzechowym. Przy okazji kończę zlecenie. Od ciepłego ciasta boli mnie trochę brzuch, więc zaparzam sobie miętę i idę spać.

Dzienne wydatki: 34,8 zł

Podsumowanie tygodniowe wydatków: 292,7 zł

Komentarz bohaterki: Staram się żyć oszczędnie, żeby mieć pieniądze na rzeczy, które się dla mnie liczą jak podróże czy sztuka. Nie żałuję pieniędzy wydanych na spędzanie czasu ze znajomymi, ale nie lubię nadmiernej konsumpcji, uważam, że każdy z nas ma już wystarczająco dużo rzeczy. Cieszę się, kiedy mogę się z kimś wymienić albo skorzystać z czego, czego inni już nie potrzebują.

Wysłuchała Marta Rogacewicz.

Jeśli chcesz się podzielić swoją historią, napisz do mnie na adres [email protected] Zapewniamy anonimowość, nie podajemy Twojego imienia i nazwiska.

 

Więcej na twojstyl.pl

Zobacz również