Jan Holoubek o swoim filmie 25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy
Fot. AKPA

Jan Holoubek o swoim filmie 25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy

Film porusza. Zabójstwo nieletniej i skazanie niewinnego na 25 lat to ciężkie tematy. Plus brutalna rzeczywistość za kratami, gdzie niepisany kodeks daje współwięźniom prawo gnębienia tych, co zamordowali dziecko. Wszystko oparte na faktach. Ale widz po obejrzeniu „25 lat niewinności…” na długo zapamięta też pooraną bólem twarz matki Tomka, którą gra Agata Kulesza. Wyrazistą rolę Jana Frycza - „pod celą” z uporem wkuwającego angielskie słówka. Piosenkę Kazika. A przede wszystkim Piotra Trojana, który gra Tomka Komendę. Wierzymy mu od pierwszej chwili. To bez wątpienia aktorskie odkrycie.

Jak pan znalazł taki skarb?

Na wstępnym etapie castingu dostałem mnóstwo „selftejpów”, aktorzy nagrywali się w domu, po dwie sceny z filmu. Do roli startowało kilkaset osób. Reżyserka obsady  Żywia Kosińska-Wdowiak  zrobiła przesiew i wysłała mi nagrania kilkudziesięciu chłopaków. Filmik Piotrka oglądałem pod koniec. Do poprzednich miałem już mnóstwo notatek. Bo czasami od razu wiadomo, że ktoś nawet zdolny nie nadaje się akurat do tej roli. Ale czasem myśli się: a, ten całkiem niezły, ten fajny, gdyby coś, może… I nagle trafiam na video, po którym jestem porażony: mam Tomka... Jeszcze przez sekundę zastanawiam się: może mi się wydaje, bo jestem zmęczony? Biegnę do mojej Magdy (Różczki, partnerki JH - red.), mówię: zobacz tego gościa. A ona: „Świetny! To aktor czy naturszczyk?” Piotr był tak prawdziwy i przejmujący, że nas zatkało.  Na castingu pojawiło się bardzo wielu naprawdę świetnych aktorów, ale moim zdaniem Piotrek po prostu urodził się do tej roli. Wpasował się w moje myślenie o tej postaci.

Identycznie jak Tomasz?
Nie próbowaliśmy odtwarzać postaci jeden do jednego. Chociaż czasami w kinie jest to pociągające. Od początku umówiliśmy się z aktorami, że nie będziemy udawać mimiki czy sposobu mówienia. Bo ważniejszy jest portret duchowy. Aktorzy to doskonale „sfotografowali”, przenieśli. I nie jest ważne, że Agata Kulesza jest brunetką, a mama Tomka ma włosy blond.  Zresztą w filmie wygląd Agaty się zmienia. To przecież kilkanaście lat. Na początku jest pełna życia, pełna energii. Potem, kiedy Tomka zwijają, ona rozpada się razem z nim. Przestaje o siebie dbać, traci blask. Dopiero pod koniec, kiedy pojawia się nadzieja uwolnienia, na powrót rozkwita. Tak się działo w życiu, pani Teresa długo była w totalnym „dole”. Zresztą ta mocna relacja matka-syn była dla mnie ważnym impulsem do zrobienia filmu.

Jak Tomasz i rodzina zareagowali na pomysł aby powstał o nich film?
 Najważniejsze było pierwsze spotkanie, na którym chcieli nas poznać. Spędziliśmy cztery godziny na rozmowie w małym mieszkanku. Tomek, jego bracia, mama, ojczym. Na tyle się polubiliśmy, że gdy mieliśmy zdjęcia we Wrocławiu, kilkukrotnie odwiedzali plan. Emocjonujące - i dla nich, i dla nas. To jest jednak coś, kiedy kręci się tak dramatyczną historię o żyjących ludziach i oni nagle przychodzą na plan. Wiem, że to był ważny moment dla całej ekipy i aktorów. Dotarło do nas ze zdwojoną siłą, że ten film coś więcej niż tylko „zabawa w kino”.  

Ale gdy są żyjący bohaterowie, to chyba i odpowiedzialność jest większa?
Zdecydowanie tak. Jeszcze w czasie zdjęć nie zdawałem sobie sprawy z rozmiaru tego ciężaru.

 

Dopiero kiedy usiadłem do montażu, a potem umieszczono pierwszy zwiastun na You Tube i on za chwilę miał kilkaset tysięcy odsłon i setki komentarzy, zrozumiałem, że na ten film czeka nie tylko Tomek i jego rodzina, ale cała Polska… Dotykanie takiego tematu to rodzaj spaceru po linie. 

To  z pewnością najtrudniejszy jak dotąd projekt w moim zawodowym życiu, ale  cieszę się, że to właśnie ten temat mi się trafił na kinowy debiut. Od początku założyłem, że muszę opowiedzieć historię w sposób  rzetelny i trzymający się prawdy.  W kwestii faktów silnym oparciem była dla nas książka reportera Grzegorza Głuszaka „ 25 lat niewinności” - mocny dokument, śledztwo reporterskie oparte na aktach, danych i rozmowach. Ale dla mnie równie ważna była sfera emocjonalna i dramaturgiczna. Zależało mi na tym aby powstał film bolesny, nie owijający w bawełnę a przy tym samym wzruszający, trzymający widza w fotelu od pierwszej, do ostatniej minuty.
 
Operator zaryzykował i został reżyserem. Dlaczego pan zmienił fach?
 Dlatego, że zawód operatora nie dawał mi się w pełni wyrazić.  Z resztą to nie jest takie rzadkie zjawisko. Operatorkę skończyli Jan Jakub Kolski, Wojtek Smarzowski i wielu innych aktywnych dziś reżyserów.  U mnie to przejście trwało może nieco dłużej. Chociaż swoje pierwsze zetknięcie z  „reżyserią" miałem jako 12-latek. Wtedy  przejąłem od rodziców kamerę video i zacząłem kręcić swoje mini fabułki. Obsadzałem w nich siebie, kolegów z podwórka. Wszyscy byli po trochu operatorami, scenografami i aktorami.

O czym były te filmy?

Kino gatunkowe. Które zresztą kocham do tej pory.

Bo są ramy, których trzeba się trzymać?

Raczej poza nie wyjść (uśmiech). Pamiętam, że kręciliśmy wszystko co popadnie : horrory, kryminały, komedie a nawet melodramaty. Fascynowało mnie opowiadanie historii za pomocą kamery.  Z kilkoma z tych etiud próbowałem swoich sił na festiwalach filmów amatorskich. Potem, pracując już w zawodzie zrozumiałem, że będąc autorem zdjęć, można mieć swoje sugestie i dość duży wpływ na kształt filmu, jednak ostatecznie trzeba dostosować się do wizji reżysera. No i po jakimś czasie zapragnąłem znowu być tym szczęśliwym 12-latkiem. Wrócić do dziecinnej radości i fascynacji ustawiania kamery tam gdzie mi to odpowiada najbardziej.

I stwarzania swojego świata.

Tak. Stwarzanie świata jest w tym zawodzie najpiękniejsze i ekscytujące. Daje siłę. Bo przecież reżyseria to ciężki zawód. Mało osób zdaje sobie sprawę z tego, ile czasu trwają przygotowania. Z jaką ilością pracy, pisania, organizowania się wiążą.  Ale na końcu, kiedy się wchodzi na plan i ten świat ożywa - to jest ekscytacja na granicy absolutnej. Jedni ludzie skaczą na spadochronach, inni wspinają się w górach. Mnie to w ogóle niepotrzebne. Dla podniesienia adrenaliny wystarczy mi plan filmowy.

Czy jest pan reżyserem typu „ma być, jak każę” czy „zaproponujcie mi coś”?

Kiedyś Maciek Pieprzyca powiedział mi coś bardzo mądrego: do pewnego momentu reżyser wie na temat postaci więcej od aktora, który będzie ją kreował. Jednak w procesie wnikania w postać,  przychodzi taka chwila, kiedy to aktor wie już więcej niż reżyser. I trzeba z tego korzystać. Z  mądrości aktorów i ich intuicji. Reżyserzy zamknięci na aktorów i swoich współpracowników przegrywają. Zdarzyło mi się dwa, może trzy razy w życiu być na planie,  gdzie reżyser oddzielił  się od reszty ekipy ścianą. Zrobić coś takiego ludziom, których się dobrało do współpracy, jest w naszym zawodzie grzechem. Ja mam silną wizję, jestem przygotowany, przychodzę z rozrysowanym planem ujęć, ale staram się słuchać uwag moich współpracowników:  operatora Bartka Kaczmarka czy fantastycznego  drugiego reżysera Bruno Borchólskiego, który czasem szepnie jedno zdanie i to mi otwiera oczy i uszy. Takich osób w ekipie jest więcej. Czasem, ktoś kompletnie z boku mówi coś kluczowego. Warunek: ci ludzie muszą wiedzieć, że mają prawo do głosu.

Pracuje pan z namaszczeniem czy pach-pach?
Nie jestem fanem robienia dużej ilości dubli i długiego realizowania scen.

 

Lepiej pracuje się na spięciu niż w rozmemłaniu. Mobilizacja, gotowość do skoku i jedziemy! Jak w sporcie - teraz jest ten bieg, nie będziemy go 10 razy powtarzać. Energia kumuluje się tak naprawdę raz, może dwa razy na ustawienie kamery. Wiem, że tempo, które narzucam mojej ekipie bywa zawrotne, czasem zbyt zawrotne… 

Wynika to również z faktu, że większość produkcji powstaje w ciągłym niedoczasie. Ale wracając do Pani pytania uważam, że energia, „spięcie" z planu przekłada się na ekran. Filmy wymęczone są męczące.

Wywołał pan przed chwilą swoje dzieciństwo. Jestem ciekawa, jakie najwcześniejsze obrazki są u pana zapisane w głowie. Liczę na to, że jako operator ma pan pamięć do ładnych kadrów.

Jestem raczej słuchowcem niż wzrokowcem. Patrzeć się nauczyłem - na kółku filmowym w liceum i na studiach. A słuchać umiałem odkąd pamiętam. Zawsze inspirowała mnie muzyka, dopiero z nią obrazy nabierały kształtu. Ale spróbujmy.


Pierwszy kadr, który pan w ogóle pamięta?

Sufit. Leżę w łóżeczku, patrzę w górę. Nie wiem, czy mam wtedy dwa lata czy półtora. Ale pamiętam nudę.

A tam nie latały żadne zabaweczki nad głową?
Może latały, ale mówię o uczuciu niemocy, leżenia. Za to kolejny obrazek jest bardziej optymistyczny. Też się wiąże z łóżkiem. Miało siatkę ze sznurków. Wszystkie zwarte, ale mam przed oczami jeden rozciągnięty. Tam zawsze wkładałem nogę i wychodziłem na zewnątrz.

Ładnie się układa: pierwszy obrazek - poczucie bezsilności, drugi - przedzieram się na świat.

Ale są też migawki z wakacji. Z rodzicami w Bukowinie. Albo na Akropolu - zwiedzaliśmy Grecję, kiedy miałem trzy lata. Śmieszne: dobrze pamiętam koc. Żółto-pomarańczowy, musiałem go mieć blisko twarzy budząc się.

Te obrazki z dzieciństwa są raczej pogodne? Pytam, bo mówił pan kiedyś, że lata 80. wspomina w mrocznych barwach.

Moje dzieciństwo było dobre i ciepłe. Ale groza stanu wojennego musiała jakoś do mnie docierać, nawet jeśli rodzice próbowali mnie od tego odseparować. Dzieci zasysają jak gąbki lęk dorosłych. W ogóle dużo rzeczy napawało mnie strachem, miałem lękliwą naturę.

Ale że pająki i ciemność?

Raczej naddająca wyobraźnia. Dziś myślę, że moje nastroje z tamtych lat dobrze oddaje film „Fanny i Aleksander”. Bergman umiał połączyć beztroskę i strefę mroku, dziecięcych lęków. Moje dzieciństwo miało te dwa kolory. Nie oddzielone od siebie żadną cezurą, dziejące się równocześnie.

Co jeszcze „lepiło” wyobraźnię Janka? Jakieś szczególne książki?

Nieee… Jako 10-latek nic nie czytałem. Wolałem bawić się na podwórku z kolegami. Do kina uwielbiałem chodzić, ale tylko na tzw. kino nowej przygody: Indiana Jones, Gwiezdne wojny, E.T - filmy Spielberga i Lucasa to była wtedy rewolucja. Nie różniłem się od rówieśników. Nie miałem zapędów do oglądania kina artystycznego.  Dopiero jako młodzieniec próbujący zdać do szkoły filmowej zacząłem się tym interesować. I to też z rozsądku. Na studiach zetknąłem się z ambitnymi filmami z lat 60, 70. i 80. Ale i tak kocham kino nowej przygody (JH uśmiecha się rozbrajająco). A czytać zacząłem jako późny nastolatek. Konwickiego, Hemingwaya - wiadomo: obowiązkowe pozycje w życiu dorastającego chłopaka.

Dziś ten kanon nie jest już oczywisty. A rodzice, aktorzy - za przeproszeniem  - „robiący” w słowie nie ganiali do czytania?

Ganiali. Ale co z tego? (uśmiech). Był moment, kiedy sam zaskoczyłem. Wtedy już nikt do niczego nie musiał mnie ganiać.

Poproszę o taki zapisany w pana głowie obrazek, który moglibyśmy zatytułować: czas bezpowrotnie utraconej dziecięcej beztroski.

Matura. Pierwszy raz w mojej głowie pojawiło się duże ciśnienie. Przestałem być taki radosny. Może przeszedłem nawet jakiś rodzaj młodzieńczej depresji. Odpowiedzialność, ciężar. Żeby nie zawieść. Ten nastrój  przeciągnął się na kawałek studiów, bo Łódź okazała się w moim odczuciu miastem ciemnym, obcym.

To nie przesada?

Mówimy o 97 roku. Katowice w tamtym czasie także jawiły mi się dość ponuro. Dzisiaj te miasta to zupełnie inna bajka. Katowice na przykład mnie zachwycają.  Okrzepnięcie w Łodzi zajęło mi trochę czasu. Z perspektywy - niezła szkoła życia. Jak się ją przejdzie, zderzy z byciem poza strefą komfortu, to potem człowiek jest lepiej przygotowany na życie zawodowe w świecie, który przecież jest jeszcze trudniejszy. Tak musiało się stać. 

Poproszę o kolejny obrazek z pana „twardego dysku”. Dzień, kiedy pan poczuł, że już nie jest chłopcem, tylko dorosłym facetem.

A, to akurat stało się niedawno. W wieku 36 lat.

 

Gdy urodziło się moje pierwsze dziecko (czuły uśmiech). To moment, który stawia mężczyznę do pionu. Wielu moich znajomych ma już dorosłe dzieci. Ja jestem trochę zapóźniony. Ale mnie to cieszy. Bo wydarzyło się w odpowiednim momencie. I z odpowiednią osobą.

 

 

Wszystko dzieje się jakoś tak szczęśliwie w moim życiu. Dzieci pojawiły się wtedy, kiedy ich naprawdę bardzo chciałem.  

Widzi pan w nich siebie?

W dzieciach mieni się Magda, ja, dziadkowie. Młodsza córka jest jeszcze totalnym maluszkiem. Starsza niedługo skończy sześć lat. Widzę w niej swoją energię z dzieciństwa. To wygłupiara. Świetna jest, bardzo ją lubię. Poza tym, że ją kocham. No i najstarsza córka Magdy, która powoli staje się wspaniałą nastolatką.

Andrzej Łapicki mawiał, że w pewnym wieku wydaje się, że Boże Narodzenie jest co miesiąc. Kiedy nastąpił w pana życiu moment, że ten kołowrotek zaczął się kręcić za szybko?

Ja jeszcze tego nie czuję. Lata mi lecą szybciej, owszem. Ale jak pomyślę, że serial „Rojst” nakręciłem dopiero dwa lata temu, a w międzyczasie tyle się wydarzyło, to mi się zdaje, że to było 10 lat temu. Więc receptą na wydłużenie sobie lat jest robienie ciągle czegoś nowego, innego. Nie wpadanie w rutynę.

Dziś ma pan 42 lata. Dodajmy drugie tyle. Jaki obrazek pan widzi?

Już to, że dożyłbym tego wieku, byłoby sukcesem (uśmiech). Chciałbym zrobić jeszcze parę fajnych  filmów. A i jakiś domek nad rzeczką też by się przydał. No, ale to się powinno udać przed 80-tką. Chciałbym zobaczyć, jak dorastają moje dzieci i żeby nie spotkało ich nic dramatycznie złego. Żeby los oszczędził im tego, co spotkało choćby Tomasza Komendę i jego rodzinę, która marzy teraz o spokoju i normalnym życiu . W gruncie rzeczy nam wszystkim marzy się takie spokojne życie.

Kapcie i krzyżówka?

O, właśnie to. Kapci jeszcze nie mam ale krzyżówki rozwiązuję namiętnie! Wiem, to takie emeryckie zajęcie… Ale żeby rozwiązać, trzeba się naprawdę skupić! Ma pani pojęcie, jaki to daje reset?

Tekst ukazał się w magazynie Twój STYL nr 10/2020
Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również