Relacje

"Jedno dziecko to za mało, by zasłużyć na miano pełnowartościowej mamy?" Mama jedynaka odpowiada

"Jedno dziecko to za mało, by zasłużyć na miano pełnowartościowej mamy?" Mama jedynaka odpowiada
Fot. 123rf

Czy z posiadania "tylko" jednego dziecka trzeba się tłumaczyć? Czy rodzina dwa plus jeden nie jest pełnowartościowa? Czy mama jedynaka w ogóle wie, czym jest "prawdziwe" macierzyństwo i ma prawo powiedzieć, że bycie mamą to wyzwanie? 

Trudne pytania o dziecko

Mam dość ciągłych pytań i konieczności udzielania odpowiedzi, których wymaga elementarna grzeczność. A co z naszym elementarnym prawem do podejmowania własnych decyzji? Czemu mamy się tłumaczyć, jakbyśmy robili coś niestosownego lub wręcz złego? Co gorsza, to krytykanctwo nigdy się nie kończy. Niemal każdy – bliski czy tylko znajomy – daje sobie pozwolenie do wkraczania w intymną sferę naszego małżeństwa: w kwestię posiadania dzieci.

Mojego przyszłego męża poznałam, gdy zmieniłam pierwszą pracę. Spotkaliśmy się na zebraniu kilku działów i od razu coś zaiskrzyło. Zostaliśmy parą i już na pierwszym rodzinnym obiedzie zaczęło się naciskanie na ślub, albo chociaż zaręczyny.

– Kochamy się i szanujemy – argumentowałam. – Nie potrzebujemy do bycia razem oficjalnego dokumentu, który zresztą niczego nie gwarantuje. Pewniejszy jest wspólny kredyt.

– Który też łatwiej dostaniecie jako małżeństwo – padał kontrargument.

No tak…

Po ślubie mogliśmy nieco odetchnąć. Jakby dawano nam czas, żebyśmy się nacieszyli stanem małżeńskim. Wyjechaliśmy w fantastyczną podróż poślubną, a po powrocie rozglądaliśmy się za własnym mieszkaniem. Rodzice bardzo nam pomagali, rozważali każdą ofertę, i uparcie kierowali nas w stronę większych nieruchomości.

– Mamo, proszę cię… Po co nam cztery pokoje?

– Oj, kochanie, trzeba myśleć przyszłościowo. Potrzebujecie przynajmniej dwóch dziecięcych pokoików, prawda?

I tak ruszyła kolejna tura pytań drążących naszą prywatność. Nowy etap, wyższy poziom, w którym szantaż emocjonalny był standardową procedurą.

– Mamy swoje lata, kochanie, chciałabym nie tylko doczekać, ale też nacieszyć się wnukami, póki jeszcze siły mi dopisują.

– Wszystko w swoim czasie, mamo. Tomaszowi szykuje się awans, ja też mam w przyszłym roku objąć kierownictwo nad całym działem, nie możemy teraz brać na siebie takiego zobowiązania, wszystko po kolei, mamo – tłumaczyłam.

– Zobowiązania… – Pokiwała głową, jak nad kimś, kto nie wie, co jest dla niego dobre.

Po otrzymaniu przez nas upragnionych awansów hasło „najwyższa pora na dziecko” stało się tematem dyżurnym wszelkich spotkań rodzinnych. Nie wdawaliśmy się w dyskusje i skryci za ortalionem grzecznych uśmiechów, uprzejmie zbywaliśmy natrętne dociekania. Powinniśmy dostać medal za maniery i stoicki spokój. Niemniej… prawdą było, iż nie mogliśmy w nieskończoność odwlekać tej decyzji. Mieliśmy spore mieszkanie, pracę w stabilnej firmie, osiągnęliśmy satysfakcjonujący poziom stabilizacji i dostatku, poza tym, co tu kryć, czas na spółkę z biologią nie działały na moją korzyść…

Jedynak? Jedynak źle się chowa!

Jeremi urodził się, gdy miałam trzydzieści sześć lat. Był najpiękniejszym dzieckiem na świecie! Cudnym, kochanym, uroczo pulchnym i szczęśliwie zdrowym, ale opieka nad nim okazała się większym wyzwaniem niż zarządzanie zespołem kilkunastu osób! Rodzicielstwo było czymś wspaniałym, ale też frustrującym. Takie czy inne zachowanie Jeremiego tłumaczono inaczej, zależnie od tego, kto się wypowiadał. Nawet lekarze nie byli jednomyślni, gdy pytałam ich o opinię w danej sprawie. A jako świeżo upieczona matka miałam mnóstwo pytań, obaw i wątpliwości.

Przez pierwszy rok częściej odwiedzałam pediatrę i różnych specjalistów, niż kupowałam pampersy. Mierzyć, ważyć, szczepić czy nie szczepić, sprawdzać, czy przybiera na wadze, za wolno, a może za szybko, rejestrować, czy w odpowiednim czasie przekręca się na brzuszek, na plecy, czy siada, czy ząbkuje, czy dobrze widzi, czy dobrze słyszy, czy nie ma jakiejś alergii albo nietolerancji, lista problemów zdawała się nie mieć końca…

Później doszła troska, jak pogodzić opiekę nad Jeremim z naszą pracą. Choć się zmienialiśmy, doba nie była z gumy, a nasze organizmy ze stali, więc brakowało nam czasu i sił na cokolwiek innego. Nie odetchnęliśmy, gdy mały poszedł do żłobka, a potem do przedszkola – pojawiły się infekcje oraz gorsze od nich zarzuty, że „jesteśmy egoistami” i „niepotrzebnie narażany dziecko”. Uderzało to szczególnie we mnie, bo przecież matka powinna się przykuć do potomka na kilka lat co najmniej, zapominając o sobie, bo to żadne poświęcenie dla kobiety zrezygnować dla dziecka ze swoich ambicji, kariery, marzeń i planów, bo matka to brzmi dumnie, bo uśmiech dziecka powinien mi wystarczyć do szczęścia?

Widać dobraliśmy się z Tomaszem jak w korcu maku, bo on też, zamiast myśleć o drugim dziecku, wolał odpowiednio zająć się tym, które już mieliśmy. Pragnęliśmy dać mu wszystko, co mogliśmy, przede wszystkim stworzyć mu jak najwięcej szans i możliwości. A przy tym chcieliśmy mieć trochę czasu dla siebie. Nie zamierzaliśmy zatracić w rodzicielstwie siebie, odrzucić dla „dobra” dziecka tego, co nas kształtowało, pasjonowało, relaksowało. Nie wnikam, jak inni radzą sobie z wychowaniem gromadki pociech. Nasza trzyosobowa rodzina była dla nas formą skończoną, idealną – taką podjęliśmy decyzję, poprzedzoną rozmowami, kalkulacjami kosztów, a także bilansem czasu, w którym rezerwowaliśmy miejsce na cele osobiste.

Tymczasem…

– No to kiedy następne dziecko? Nie chcesz chyba, żeby między rodzeństwem była zbyt duża różnica wieku, nie będą dogadywać… – naciskali rodzice, dziadkowie, ciotki.

– Jedynak źle się chowa. Wyrośnie wam na egoistę i roszczeniowca – przestrzegały koleżanki.

– Jak was zabraknie, zostanie zupełnie sam. – Nawet sąsiadka nie powstrzymała się od komentarza. – A wami kto się zajmie na starość? O jakąś dziewczynkę warto by się postarać.

To miała być zachęta? Czyżby jedynacy nie mieli przyjaciół, partnerów, dzieci? Nie zostaną sami… A ja nie po to urodziłam Jeremiego, żeby był mi wdzięczny i zajmował się mną na starość! Chciałam wychować syna najlepiej, jak potrafię, a potem wypuścić w świat, by spełniał swoje marzenia.

Wciąż słyszałam: „jedynak źle się chowa” albo „parka wychowuje się lepiej”. Byłam matką. Miałam dziecko. Czy jedno dziecko to za mało, by zasłużyć na miano pełnowartościowej mamy?

"Co ty wiesz o macierzyństwie" 

Równie męczące było poczucie wyższości, z jakim traktowały mnie podwójne i potrójne matki. 

- Jak Wasz weekend? Ja ledwo żyję, dzieci cały czas rozrabiały. A u Was jak, cisza, spokój? - pytała sąsiadka. - Może wezmę Jeremka do nas w przyszły weekend, w domu pewnie się nudzi? 

W jej głosie nie słyszałam troski. Dla rodzin dwa plus minimum dwa byliśmy gorsi. Niepełnowartościowi. A co najmniej inni.

Niedawno przyjaciółka, mama Zuzi, Kacpra i Wojtka, zadzwoniła do mnie podekscytowana. 

- No, możemy wreszcie dokończyć naszą rozmowę. Filip wziął chłopaków na weekend na narty, jestem sama z Zuzią, nareszcie wolna, opowiadaj. 

Czyli według niej mieć jedno dziecko to tak, jakby nie mieć go wcale? 

A ja, mama jedynaka, czasem czuję się wyczerpana. Jeremi ma talent muzyczny, uczy się gry na pianinie. Uwielbia też piłkę nożną i trenuje trzy razy w tygodniu. Wcześniej próbował karate, modelarstwa, szachów, pływania... Pewnie na tym nie poprzestanie. A my, żeby za nim nadążyć, musimy precyzyjnie planować harmonogram dnia, tygodnia, miesiąca, nawet roku, by na wszystko znaleźć czas, w tym na odpoczynek, chwile tylko dla siebie oraz nasze randki, gdy przez kilka będziemy głównie parą, a nie rodzicami.

Jeremi ma już dziewięć lat i nadal nie czujemy potrzeby posiadania drugiego dziecka. Kochamy Jeremiego nad życie, chcemy pokazać mu świat i nauczyć wszystkiego, co sami potrafimy, dać wsparcie, by uczył się kolejnych rzeczy, chcemy otaczać go miłością, stworzyć mu taką rodzinę, która zawsze będzie jego bazą i azylem, co by się nie działo, ile by nie miał lat.

Wciąż jednak słyszymy, że to za mało, że grzeszymy swego rodzaju zaniedbaniem, marnując swój potencjał – przy naszym statusie i zarobkach stać by nas było na wychowanie trójki dzieci. Owszem, ale czy to jakiś niepisany wymóg? Musimy mu się poddać, by nie słyszeć zarzutów, że jesteśmy egoistami? Hedonistami, którzy z powodu własnej wygody skazują Jeremiego na smutny los jedynka?

Za taki wybór ponosimy konsekwencje, choćby nie czując akceptacji ze strony najbliższych. Na Jeremim też się to odbija. Już zdążył usłyszeć, że zachowuje się jak „typowy jedynak”, bo nie chciał oddać kuzynce swojej zabawki. Jak mam go ustrzec przed opinią, iż nasza rodzina jest gorsza, bo jest w niej tylko jedno dziecko, tylko on, a on to za mało, by uznać rodzinę za pełną i prawdziwą?

Zapewniamy go, że jest kochany i wyjątkowy, a potem słyszy z ust własnej babci, że nauczyłby się dzielić, gdyby był starszym bratem, więc powinien poprosić rodziców o młodsze rodzeństwo. Chcę mi się płakać, gdy jak tresowana papużka powtarza te cudze prośby…

Straciłam cierpliwość i już nie jestem miła, gdy obcy ludzie wygłaszają protekcjonalne osądy na temat naszego prywatnego życia. Ale co mam robić, gdy ranią mnie najbliżsi? Mam ich unikać, by chronić tę moją „niepełną” w ich oczach rodzinę? Może nie mają złych intencji, ale powinni być opowiedzieli za swoje słowa, które mają lekkość skowronka, gdy ulatują z ust, a potem stają się coraz cięższe…

Więcej na twojstyl.pl

Zobacz również