Joanna Poremba i Jacek Poremba: "Modelka i fotograf - co za banał! Lubimy z tego żartować"
Fot. Jacek Poremba

Joanna Poremba i Jacek Poremba: "Modelka i fotograf - co za banał! Lubimy z tego żartować"

Żartują, że poznali się w banalny sposób. Ona, modelka z międzynarodową karierą, i on, rozchwytywany fotograf, Pojechali na sesję mody do Szwecji. A po powrocie razem zamieszkali. każdy kolejny rok upewnia Joannę i Jacka Porembów, jak dużo mieli szczęścia.

Joanna Poremba o związku z Jackiem Porembą 

Zanim się poznali, modelka walczyła  nowotworem

Poznaliśmy się na sesji, w której oboje mieliśmy nie brać udziału. To było 18 lat temu. Jacek był już uznanym fotografem, a ja modelką, która kończyła międzynarodową karierę. Kilka lat wcześniej podpisałam kontrakt w Paryżu, potem podróżowałam po świecie.

Moja praca zahamowała ostro w dniu, w którym dowiedziałam się o chorobie nowotworowej. Walka o zdrowie trwała kilka miesięcy, mieszkałam wtedy w USA. Miałam szczęście, trafiając do świetnej kliniki, ale nie zdążyłam jeszcze wyrobić ubezpieczenia zdrowotnego. Choroba pochłonęła całe moje oszczędności.

Najważniejsze, że udało mi się wyzdrowieć! Przyleciałam do Polski na wakacje, aby pobyć z rodziną i odpocząć. Wyleciałam do USA z powrotem 7 września 2001 roku, cztery dni przed zamachem terrorystycznym na World Trade Center. Ugrzęzłam tam, atmosfera była ciężka. Do tej pory każdy wrzesień jest dla mnie trudny.

"Zaczęłam dostawać SMS-y z nieznanego numeru" 

W październiku postanowiłam wrócić do Polski. A ponieważ potrzebowałam pieniędzy, zgłosiłam się do agencji w Warszawie. Dostawałam mnóstwo zleceń i w ten sposób trafiłam na sesję modową dla jednej z gazet, realizowaną w Szwecji. Wsiadłam na prom w Świnoujściu, nie mając jeszcze pojęcia, że ta podróż odmieni moje życie. Parę godzin wcześniej na wspólnym obiedzie ekipy poznałam fotografa, który wtedy nie zrobił na mnie większego wrażenia. Nie wiedziałam, że w Szwecji Jacek wziął na chwilę mój telefon i wysłał sobie SMS-a, aby mieć mój numer. To były czasy sprzed mediów społecznościowych. Zaczęłam dostawać wiadomości z nieznanego mi numeru, pełne urzekających słów i komplementów. Przez kilka dni je ignorowałam, uznając, że to pomyłka. W końcu odpisałam, że na pewno jakaś kobieta czeka na te wiadomości, a one przypadkiem trafiają gdzie indziej. Wtedy nadawca się ujawnił. Okazało się, że to Jacek, który doskonale wiedział, do kogo pisze. Podeszłam z rezerwą do tej sytuacji; oboje byliśmy wówczas w związkach. Po kilku randkach wszystko stało się jasne. Musieliśmy zakończyć swoje poprzednie związki, co nie przyszło nam wcale tak łatwo. Nie chcieliśmy jednak nikogo oszukiwać. Po miesiącu od momentu poznania się wynajęliśmy nasze pierwsze mieszkanie.

Nie jesteśmy parą utkaną z mgły, wbrew temu, co się ludziom wydaje, różnimy się, choć w niewielkim stopniu. Ciągle pracujemy nad naszym związkiem. Mamy inne temperamenty. Mąż jest jednym wielkim spokojem, a mną kierują emocje, bywam wybuchowa. Na szczęście Jacek ma do wszystkiego tolerancyjny stosunek, a ja pracuję nieustająco nad tempem eksplozji. (uśmiech) Największą trudnością Jacka jest nieumiejętność rozmawiania o trudnych emocjach. Ja mam dużą łatwość czytania uczuć, rozumienia języka ciała, dlatego w mig wyczuwam nastrój męża. Próbowałam i próbuję uczyć go mówienia także o tym, co smutne czy irytujące.

"Dwa razy prosił o rękę"

Po dziewięciu miesiącach okazało się, że jestem w ciąży. Doceniam, że od pierwszego dnia życia naszego syna Jacek aktywnie się nim zajmował. Dzięki temu narodziła się między nimi silna więź, a poza tym mąż był dla mnie wielkim wsparciem. Franek ma już 16 lat. Jako mama jestem bardziej wymagająca, zasadnicza. Jacek to rodzic zdecydowanie wyluzowany.

Dwa razy prosił mnie o rękę. Pierwsze oświadczyny nastąpiły podczas naszej podróży do Sudanu, znaliśmy się zaledwie cztery miesiące. Miałam 23 lata, byłam oczywiście szaleńczo zakochana, ale jednocześnie czułam, że taka decyzja to poważna sprawa. Za drugim razem Jacek oświadczył mi się w domu, na kanapie. Odpowiedziałam świadomie „tak”. A czy ślub coś między nami zmienił? Niewiele. On nazywa mnie „małążonką”, a ja jego „małżem”.

Wszyscy myślą, że żona fotografa ma tysiące zdjęć. Jednak „szewc bez butów chodzi”. Gdyby nie smartfon, nie mielibyśmy tylu wspólnych, które robię głównie ja. Mogę przyznać się do tego, że moje ostatnie portrety powstały przez… wymuszenie. 

Jestem największą fanką fotografii Jacka: zarówno tych znanych, jak i nieznanych, które on trzyma w archiwach. Zawsze nam się też dobrze współpracuje – czy to podczas organizowania wyjazdów fotograficzno-kulinarnych na Sycylię, czy warsztatów. Kilka miesięcy temu założyłam Fundację Melancholia, która zajmuje się szerzeniem świadomości na temat depresji. Ja chorowałam na nią przez lata, mąż dzielnie mnie wspierał. Częścią działalności fundacji są wywiady z ludźmi, którzy zmagali się z depresją lub choroba dotknęła ich bliskich. Mój pomysł pięknie komponuje się z portretami na czarnym tle, które są znakiem rozpoznawczym Jacka. 

"Sukces naszego związku? Miłość"

Sukces naszego związku polega na ogromnej miłości, pokrewieństwie dusz oraz na tym, że my się bardzo lubimy. Niezależnie od tego, czy jesteśmy kochankami, przyjaciółmi, czy małżonkami, żyjemy w symbiozie, która nie tylko nas nie męczy, ale cieszy.

Joanna Poremba – właścicielka agroturystyki na Sycylii, założycielka Fundacji Melancholia, absolwentka kulturoznawstwa. Ukończyła podyplomowe studia wiedzy o winie w Collegium Civitas, a także kurs w londyńskiej szkole Wine & Spirit Education Trust; organizuje wyjazdy winiarskie, kulinarne oraz fotograficzne (z mężem) na Sycylię; prowadzi degustacje i warsztaty. Mama Franka.  

Jacek Poremba o związku z Joanną Porembą

"Rude włosy, uroda elfa. Z miejsca trafił mnie piorun" 

Pamiętam złotowłose zjawisko z alabastrową cerą. Siedziało z przytuloną do policzka maskotką, łosiem. Podało mi rękę na powitanie i uśmiechnęło się. To była Joanna. Mnie z miejsca trafił piorun. Zawsze pociągał mnie ten typ urody: rude włosy, uroda elfa. Szybko okazało się, że ona jest do tego jeszcze mądra, wrażliwa i dojrzała.

W Szwecji, gdzie realizowaliśmy sesję z udziałem Joasi jako modelki, spędziliśmy dziesięć dni. Zdążyliśmy się całkiem dobrze poznać, dużo rozmawialiśmy. Choć Asia przekornie twierdzi, że najbardziej ujął ją mój sos do sałaty (prosty przepis: oliwa, miód, sok z cytryny, powidła do smaku). Nadal uwielbiamy eksperymenty w kuchni. Oboje byliśmy wtedy w związkach, więc sytuacja nie była łatwa. Ale wszystko potoczyło się bardzo szybko. Wyczuwamy się doskonale, łączy nas jakaś kosmiczna siła. Od początku bywa tak, że Joasia zaczyna coś mówić, a ja akurat o tym myślę. I na odwrót, ja wypowiadam to, co jej właśnie chodzi po głowie.

"Nie jestem typem playboya"

Co za banał! Fotograf i modelka. Lubimy z tego żartować. Tyle że nigdy nie było łatwo Joannę poderwać, a ja nie jestem typem playboya. Kiedyś nawet nie myślałem o tym, że fotografia, dzięki której poznałem Joasię, stanie się moim zawodem i największą pasją. Owszem, pomagałem tacie, zapalonemu fotografowi amatorowi, wywoływać odbitki w domowej ciemni. Potem, działając w środowisku łódzkiej szkoły filmowej, robiłem głównie zdjęcia niekomercyjne – inspirujące mnie wnętrza, portrety. Zawsze bardzo ważne było dla mnie spotkanie z drugim człowiekiem, opowiedzenie interesującej mnie historii poprzez kadr. Tego roku w kwietniu minęło 30 lat od mojej pierwszej wystawy w Łodzi. A pierwszą sesję zdjęciową zrealizowałem właśnie dla magazynu PANI, w 1991 roku. Potem zajmowałem się też portretowaniem gwiazd na okładki płyt.

Cztery miesiące od poznania Joasi wyruszyłem samochodem na moją trzecią wyprawę do Sudanu, którą miałem od dawna zaplanowaną. Nie wytrzymaliśmy tęsknoty, więc Asia dołączyła do mnie po dwóch miesiącach. Wracaliśmy w bardzo trudnych warunkach, bo w Iraku akurat wybuchła wojna. 

"Gdy urodził się syn, rodzina stała się kompletna"

Od początku w naszym życiu panują wysokie emocje i całkiem niezłe tempo. (uśmiech) Wkrótce okazało się, że jesteśmy w ciąży. Mniej więcej w tym samym czasie trafił do naszego domu wyżeł szorstkowłosy – ukochana suczka Pola, ruda od sierści aż po oczy. Jej i Joasi portret od lat mam na tapecie komputera. Gdy na świecie pojawił się nasz syn, na którego wołamy Francesco, rodzina stała się kompletna.

Z niezależnego artysty, który potrafi rzucić wszystko i jechać z misją archeologiczną do Afryki, stałem się nagle mężem i ojcem, który musi zadbać o byt i bezpieczeństwo bliskich. To nie było łatwe, zastanawiałem się, jak sobie poradzę. Udało się zachować ducha wolności. Na szczęście Asia, choć na co dzień nie lubi drastycznych zmian, uwielbia podróżować. Poza tym cieszą ją podobne rzeczy, co mnie, począwszy od muzyki przez filmy aż po sposób spędzania czasu i rodzaj jedzenia (kuchnia włoska pozostaje numerem jeden).

Dla naszej trzyosobowej rodziny Włochy stały się drugim domem. Najpierw jeździliśmy do ulubionej Kotliny Kłodzkiej, gdzie wychowywałem się u moich dziadków i gdzie zamierzaliśmy zbudować tzw. dom pracy twórczej. Ale kiedy prawie 10 lat temu trafiłem sam z Frankiem na Sycylię, zakochałem się w tym miejscu. Pamiętam, że zadzwoniłem do Asi i powiedziałem, że musimy tu kupić dom. Marzenie, które wydawało się nierealne, nagle stało się faktem. Asia przyleciała na Sycylię i kiedy stanęła na rynku miasteczka, wyznała wzruszona, że tutaj możemy się zestarzeć. Niedługo potem sfinalizowaliśmy kupno niedużego domu, za którym niezmiennie tęsknimy. Tam organizujemy wyjazdy dla chętnych, którzy chcą uczyć się fotografii i gotować w naszym towarzystwie.

Różnice między nami? Drastycznych brak! Ja lubię czasem być sam, co Asia kiedyś przyjmowała z trudem, ale szybko się z tym uporała. My nawet jeść lubimy to samo, choć ja wolę smaki słodkie, a żona wytrawne. Kiedy Asia prowadziła pracownię cukierniczą, przyrządzała w domu pyszne rzeczy, a ja byłem głównym testerem.

"Asia nauczyła mnie rozmawiania o uczuciach"

Dawniej miałem duży kłopot z werbalizowaniem uczuć. Asia nauczyła mnie – a proces ten wciąż trwa – rozmawiania o tym. Oboje nie mamy potrzeby nadmiernego wychodzenia z domu, bywania w świecie show-biznesu. Dom jest naszym centrum. I ten warszawski, i ten sycylijski. Cenimy pyszne kolacje oraz rozmowy w sprawdzonym gronie.

Ostatnie tygodnie, gdy izolacja stała się przymusowa, spędzamy ramię w ramię. Rozmawiamy, żartujemy, pracujemy, milczymy. Mamy szczęście, że lubimy ze sobą przebywać i ten stan nie minął wraz z pierwszym etapem zakochania. W ogóle mamy dużo szczęścia, że na siebie trafiliśmy.

Jacek Poremba – jeden z najlepszych polskich fotografów; portrecista. W tym roku obchodzi 30-lecie pracy twórczej. Od lat 90. publikował m.in. w magazynach: „Pani”, „Twój Styl”, „Marie Claire”, „Viva!”, „Machina”. Realizował sesje okładkowe na płyty takich artystów, jak: Kayah i Bregović, Katarzyna Nosowska, Renata Przemyk, Robert Gawliński, Artur Rojek. Tata Franka.  

Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 06/2020
Więcej na twojstyl.pl

Zobacz również