Wywiad

Katarzyna Bonda po raz pierwszy o nowym związku: "Otworzyłam się na miłość. Jestem zakochana"

Katarzyna Bonda po raz pierwszy o nowym związku: "Otworzyłam się na miłość. Jestem zakochana"
Fot. Artur Zawadzki/REPORTER

Pisaniem kryminałów zaspokaja swoją potrzebę sprawiedliwości, porządkuje świat. By konfrontować się z ciemną stroną ludzkiej natury, włożyła zbroję. Ale to w życiu nie pomaga. Dziś ją ściąga, otwiera się. Co było impulsem do zmiany? Katarzyna Bonda mówi o swojej drodze do samoakceptacji, odkrywaniu czułej strony życia i marzeniach na jutro. Wydaje książkę z nowej serii. Ciekawe, co się zmieni. 

Sprzedanych książek ma już na koncie dwa i pół miliona. Jej powieści są tłumaczone w 16 krajach i ekranizowane. Nie przewidziała tego. Jako dziewczyna z podlaskiej Hajnówki marzyła, by zostać pianistką. Nie wyszło. Później planowała zawojować świat jako dziennikarka śledcza. Los skierował ją na inną drogę. Dziś wiadomo, że właściwą. Gdy zaczyna pisać kolejną książkę, zrywa kontakt ze światem. Nie odbiera telefonów, nie oddzwania. Zapalona świeca i papieros przenoszą ją w światy wyobrażone. Dopiero kiedy kończy książkę, wychodzi do ludzi. Wtedy jest kontaktowa, radosna, konkretna. Jakby były w niej dwie Bondy. Jedna twardo stąpa po ziemi. Drugą niesie podlaska duchowość, która przypomina, że istnieje coś więcej niż materialny świat. I że strata nie oznacza końca, tylko pożegnanie starego i miejsce na nowe. 

Twój STYL: Powiedziałaś mi kiedyś, że według ciebie istotą życia jest zmiana, że gdy uwiera cię stara skóra, to ją zrzucasz. Czy to ten moment?

KATARZYNA BONDA: Tak. Nastąpiło we mnie duże przeistoczenie. Radykalnie zmieniłam życie prywatne, przebudowałam priorytety.

Najważniejsze: wpuściłam ludzi do swojej przestrzeni, pożegnałam Bondę samotniczkę, zdjęłam zbroję wojowniczki. I co ciekawe, w ten sposób otworzyłam się na miłość. Jestem zakochana, jestem w szczęśliwym związku.

Zmiana przełożyła się na pracę: właśnie ukazuje się 'O włos', pierwsza książka z zupełnie nowej serii. Ten projekt to również efekt tego, co się zadziało w moim wnętrzu.

Co czujesz w chwili, gdy tyle się zmienia?

Radość! Premiera książki to dziś dla mnie fiesta. A nie zawsze tak było. Wcześniej inaczej przeżywałam ten moment: krytyka mnie dotykała, denerwowałam się przed wywiadami. Ale piszę książki od siedemnastu lat i dziś już rozgrzeszam się z niedoskonałości, jeśli wiem, że dałam z siebie wszystko. Mam szczęście: pisarstwo to zawód, który gwarantuje rozwój do końca życia. Każda kolejna książka otwiera nowe przestrzenie. Opowiadam o zbrodniach, ale w tym, co opisuję, chodzi również o sprawy duchowe; symboliczne oczyszczanie świata ze zła, o transformację, którą przeżywa czytelnik. Oczywiście o zwykły relaks też.

Słyniesz z tego, że czerpiesz materię do książek z życia. Przestrzeń, w której się rozgrywa nowa książka, to mroczna strefa miasta: agencje towarzyskie, narkotyki. Zbliżyłaś się do tego świata?

Tak. I nie było łatwo. Po napisaniu pierwszych stu stron miałam blokadę, totalny kryzys. Pomyślałam: wyrzucę to! Nie będę dalej pisać! Za mało wiem o tym świecie, a powtarzanie tego, co już napisano lub sfilmowano, jest zaprzeczeniem mojego wyobrażenia o tworzeniu powieści. Ale jednak uznałam, że chcę się odważyć i wejść głębiej w tę strefę. Spróbować zrozumieć elementy machiny, w której dziewczyny z agencji towarzyskich są tylko trybikami. Wokół nich są przeróżne menedżerki, agentki, faceci, którzy je ochraniają, kwitnie handel bronią, narkotykami. I wszystko jest powiązane. Sposoby na zgłębianie tej rzeczywistości miałam różne, ale nie mogę ich zdradzić, mam obowiązek chronić źródła. Dlatego tym razem nie napisałam posłowia z podziękowaniami. Niemniej fabuła "O włos" jest wynikiem rzetelnej dokumentacji. Ale nadal jest to przede wszystkim kryminał – zagadka dotycząca zbrodni.

Rozwiązuje ją bohater inny niż Sasza Załuska czy Hubert Meyer. Outsider, sam jedną nogą w przestępczym świecie. To też u ciebie nowość. 

Tylko taki bohater mógł pociągnąć tę historię. Wiem z konsultacji z prokuratorami i policjantami, że trudno prowadzić śledztwo w takim środowisku. W tym gronie obowiązuje zasada: "z psami nie gadamy", to, co się wydarza, zostaje "w rodzinie". Stąd i mój detektyw – człowiek wyrzucony ze struktur. Jako jedyny może wejść w ten świat, choć ma ograniczone możliwości, bo działa bez procedur, zespołu ludzi, techników. Musi kombinować i tu robi się ciekawie. Dla mnie to było wyzwanie, bo jestem osobą totalnie proceduralną. Ale po początkowych trudnościach nadszedł moment, gdy zaczęłam się tym bawić, bo uwolniłam w sobie łobuza, który jest w każdym z nas. To okazało się odświeżające. Przez lata pisałam Meyera albo Saszę – orędowników prawa w służbie konkretnej organizacji. A tu proszę – Jakub, wolny elektron poza strukturami. Poczułam niemal debiutancki lęk, co mnie ucieszyło. Wiem, że jeśli nie będę eksperymentować, to wejdę w ciepłe kapcie, a to ślepa uliczka. Wolę zaryzykować.

Był jakiś impuls do zmiany? Co kazało ci powiedzieć: Kaśka, czas na nowe!

To był proces. Długo uważałam, że samotność jest ceną, którą muszę płacić za swój zawód.

Poświęcałam się macierzyństwu i pisarstwu, nie wierząc, że coś jeszcze może mnie spotkać. Owszem, zapalały mi się lampki ostrzegawcze. Pamiętam, jak wydawca przysłał mi drogiego szampana, a ja pomyślałam: Coś jest nie tak. Mam go pić sama?! Chyba źle administruję swoim życiem. Czułam, że chcę to zmienić.

Długo nie miałam odwagi. Sądziłam, że muszę być wojowniczką – dla córki. Że tylko tak zbuduję jej poczucie bezpieczeństwa. Tymczasem Nina rosła, a ja nagle zorientowałam się, że za chwilę pójdzie w swoje życie, podczas gdy ja... zostanę sama. Mocno to przeżyłam. W końcu powiedziałam sobie: Nie chcesz samotności? To działaj! Zaczęłam odtwarzać swoją towarzyską sieć. Odnawiać kontakty, budować nowe przyjaźnie. Można! To nieprawda, że liczą się tylko te z dzieciństwa czy studiów. Trwało to kilka lat, ale udało mi się stworzyć grono bliskich przyjaciół, których serdecznie stąd pozdrawiam! A w minionym roku przyszła też miłość.

Przyjęcie jej wymagało negocjacji ze sobą?

Wcześniej zawsze uważałam, że stały związek to coś nie dla mnie. Pisanie jest działalnością samotniczą, musisz się odciąć od świata, ukryć w jaskini swojej wyobraźni. Jaki partner to wytrzyma? Ale gdy zbudowałam w sobie przestrzeń na innych ludzi, poczułam, że siłę, także twórczą, czerpię bardziej ze sfery ducha niż z materialnej rzeczywistości. Narodziła się gotowość na związek. I nagle okazało się, że miłość niczemu nie przeszkadza. Przeciwnie, gdy otworzyłam serce, zaczęłam więcej pisać, intensywniej pracować. Wydałam w ubiegłym roku trzy książki, napisałam pięć! To mój rekord, wcześniej nieosiągalny.

Dlatego napisałaś na FB, że do tej pory nosiłaś kawałek lodu w miejscu serca! Aż odkryłaś, że miłość nam się nie przytrafia, tylko same ją sobie tworzymy.

Potwierdzam. Ten wpis powstał z dedykacją dla dwóch przyjaciółek, które jeszcze są na etapie zamkniętego serca, choć już gotowe na zmianę. A wypowiedziałam się publicznie, bo wiem, że w Polsce jest więcej kobiet, które powinny to usłyszeć. Słowa mają wielką moc. I te napisane, i te przegadane z przyjaciółkami! Jedna z moich właśnie wyjechała za granicę i wyszła za mąż, chociaż zarzekała się, że nigdy! Gdy była na zakręcie, dużo i szczerze rozmawiałyśmy w kobiecym gronie. Polecam! Babskie wieczory to zupełnie inna energia. O sile kobiet dużo się ostatnio mówi, bo zamieniła się w kanonadę gniewu. Owszem, czasem trzeba tupnąć. Ale to miłością możemy zdziałać więcej. My, kobiety, mamy moc czynienia pokoju i poprawiania świata, bo mężczyźni w gruncie rzeczy robią wszystko dla nas. Dla nas się biją, zarabiają miliony, kupują samochody... Facet samotnik zarzuci mandżur na plecy, starczy mu jedna para butów i łuk ze strzałami. Kiedy pojawia się kobieta, wszystko się zmienia. Zaczynają działać wyobrażenia o tym, jacy powinni być, a że bywają błędne, to często źle się to kończy. Dlatego tylko my możemy ogarnąć ich testosteron, wskazać kierunek miłości. To ma wielki sens. Nie zawsze to rozumiałam, ta refleksja przyszła do mnie z czasem.

Niedługo kończysz 45 lat. Jak wiele to u ciebie zmieniło?

Nie dociera do mnie ten stan rzeczy, bo w duszy ciągle mam najwyżej 23 lata. Po czterdziestce poczułam pewien rodzaj luzu, jakby mój mózg nareszcie zintegrował się z ciałem. Mam jasne poczucie tego, jak wyglądam, kim jestem. Mogę już z dumą nosić perły! Gdy wkładam sukienkę i kolczyki mamy, nie czuję się staro. Kiedyś czerwonej szminki używałam nieustannie – to był oręż. Dziś lubię sobie czasem strzelić mocny makijaż, zwłaszcza na sesję zdjęciową albo wizytę w telewizji. Ale na co dzień spędzam życie w piżamie albo w bluzach i dresach po moim dziecku, Nina jest już wyższa ode mnie, szkoda mi wyrzucać jej rzeczy. Śmieję się, że w domu i po parku z psem chodzę ubrana jak hipster. Długo myślałam, że nikt mnie nie poznaje – w dresie, bez obcasów, włosy schowane w czapce... Okazało się, że wszyscy psiarze wiedzą, że ja to ja. I dobrze mi z tym! To też moja zmiana. Wcześniej nie miałam odwagi iść na luzie do parku.

Spinałam się, żeby partner nie oglądał mnie "nieperfekcyjnej", gdy jestem chora albo nieumalowana. A Łukasz, mój obecny facet, zawsze się śmieje, gdy widzi moje piżamy w renifery. I jest nam fajnie! Dawniej mój wygląd, makijaż uważałam za niezbędny element zbroi, którą przywdziewałam, by nikt nie pomyślał, że jestem słaba! Teraz mam to gdzieś! Nie maluję się na co dzień, skóra odpoczywa. Do pisania zakładam czapkę z bąblem, bluzę w pingwiny, dres w kratkę. Ma mi być ciepło i wygodnie, żebym mogła skupić się na pisaniu.

Ale na wyjście nadal trzymasz się dawnego wizerunku, mówi się nawet o "sukience à la Bonda".

Wbrew pozorom te moje sukienki są praktyczne. Skąd się u mnie wzięły? Uważam, że nie mam wybitnego gustu. Decyzja, jaki dół do jakiej góry pasuje, wciąż mnie przerasta. A sukienka to skomponowana całość – przebranie się w nią zajmuje mniej czasu. Moja krawcowa, pani Kasia, dba, by fason był zawsze ten sam. Poszaleć mogę we wzornictwie. Zauważyłam, że "moja sukienka" przeistacza mnie wewnętrznie. Wkładam i od razu się prostuję. Mam poczucie, że wchodzę na scenę. Szpilki też tak działają, chociaż zwykle niosę je w torebce i wsuwam dopiero w windzie, tuż przed wejściem na wydarzenie. Zanim "trafiłam" w swoją sukienkę, testowałam różne style. Jako reporterka kryminalna ubierałam się w bojówki, glany i skórzaną kurtkę, bo trudno byłoby lecieć w sukienusi i szpilkach pod taśmę policyjną. Jako młoda reporterka sądowa kupiłam sobie pierwszą garsonkę – w blaszaku na Centralnym. Nie stać mnie było na droższą, wzięłam pierwszą z brzegu, byle tylko dodać sobie wieku, bo miałam rozmawiać z adwokatami i tu potrzebowałam takiego przebrania. Potem były małe czarne, marynarki i cygaretki. Sukienki przyszły trochę przypadkiem. Mama poważnie chorowała, wiedziałam, że powoli odchodzi. Zapragnęłam coś zrobić: wzięłam jej sukienkę, poszłam do krawcowej i poprosiłam o taką samą – identyczny dekolt, rękaw, krój i długość spódnicy, tylko na mój rozmiar. Od razu dobrze się w niej poczułam. Pomyślałam: to jest to. Tak znalazłam swój kostium i się go trzymam. Mój prywatny rytuał.

Lubisz rytuały. Podobno palisz świece przy pisaniu. Do czego są ci potrzebne?

Pomagają przejść do tego drugiego, tajemniczego świata fabuły. Piszę w gabinecie, gdzie nikt mi nie przeszkadza. Zaczynam od tego, że otwieram swój "ołtarz" – rzeźbę, którą stworzył mi Krzysztof Sokołowski. To mój magiczny amulet otwierający "bramę zapisu". Zapalam świecę, pali się przez cały czas pisania. Lubię świece, kupuję je zawsze, gdy jestem w cerkwi, obdarowuję nimi przyjaciół. Wierzę w moc rytuałów. Może to głupio brzmi, bo twardo stąpam po ziemi, ale bez nich czułabym się uboższa. Pozwalają mi kontaktować się z duchowością. Przypominają, że jest coś więcej niż materialny świat.

Pochodzisz z Podlasia, wychowałaś się w Hajnówce, w otoczeniu prawosławia. Może stąd w tobie taka potrzeba duchowości?

Na pewno tak. Mój najpiękniejszy dzień w roku związany ze wspomnieniami z dzieciństwa to Wielki Czwartek przed Wielkanocą. W prawosławiu tego dnia niesie się do domu święty ogień, by oczyścić przestrzeń, zrobić miejsce na nowe: ogień spali wszystko co złe, pozostanie jako siła i miłość. Pamiętam, jak ulice Hajnówki zapełniały się ludźmi z płonącymi świecami, a kiedy komuś płomień zgasł po drodze, odpalał od człowieka obok. Brakuje mi tego w Warszawie! Takich rytuałów jest w prawosławiu mnóstwo, wzrastałam w tej przestrzeni. Moi rodzice i ja śpiewaliśmy w cerkiewnym chórze. Tam nie tylko uczestniczysz w liturgii, ale też ją współtworzysz. Wspólny śpiew daje ci pierwotną siłę, która pozwala wierzyć nawet, gdy sądzisz, że już nie ma nadziei.

Egzotyka podlaska we mnie siedzi i nie chciałabym jej utracić. Przekazuję swojemu dziecku, jak ważne jest plemię, z jakiego się wywodzisz. O prawosławnych rytuałach opowiadam też przyjaciołom.

Otwiera się wtedy jakaś... brama energetyczna. Nawet biznesowi twardziele łagodnieją, rozjaśniają się im twarze. Przy moim świątecznym stole spotykają się różni ludzie. Dzielimy się tym, co dla nas ważne: ktoś ze Śląska obdarza mnie swoim uporządkowaniem, logiką, praktycznością, ja mogę go obdarować podlaską duchowością. Wymiana energii jest dla mnie ważniejsza niż obrusy i potrawy.

Zwłaszcza że Wielkanoc obiecuje odrodzenie.

To magiczny czas: otwiera nas na nowe, domyka to, co było. Lubię i akceptuję ten cykl. Dlatego nigdy się nie martwię, kiedy coś zgubię albo stłukę, nauczyła mnie tego mama. Nad rozbitą filiżanką mówiła: "I bardzo dobrze, stare odchodzi, przyjdzie nowe". Przeistoczenia traktuję jako najpiękniejszą rzecz i one mi się nieustannie przytrafiają. Odkąd pozwalam, by przeszłość odeszła, dziękuję jej i idę dalej, realizują się zdarzenia, o których dawniej tylko marzyłam: adaptacje, tłumaczenia moich książek. Chyba właśnie dlatego, że odpuszczam kontrolę i pozwalam rzeczywistości samej się administrować.

Żałujesz wcześniejszego etapu, gdy żyłaś w napięciu, ciągłej gotowości do walki?

Skąd! Ten czas miał swój sens. Dobrze jest jakiś czas ponosić zbroję. Kobiecie trzydziestoletniej doskonale robi etap wojowniczki. To moment wejścia w męską skórę, pozwala ci poczuć się mistrzynią świata. Potem wiesz, że byłaś już na tej skale i nikt ci tego nie zabierze!

Nie zamierzam odmówić tego doświadczenia mojej nastoletniej córce. Nie mówię jej: "wyluzuj". Niech walczy, uczy się, bo przyjdą sytuacje, w których będzie musiała to umieć.

Jak jej babcia, jak ja. Moja mama walczyła o niezależność, bo żyła w czasach, gdy nie miała prawa do konta w banku, ojciec albo mąż musiał wyrazić zgodę! A charakterologicznie była lwicą, buntowniczką, oryginalną i charyzmatyczną postacią. Ja, dziedzicząc jej siłę, wykonałam następny krok, zrealizowałam swoje marzenia. Teraz czas na moją córkę. Zawsze jej pomogę, ale walczyć każda z nas musi sama.

Więcej na twojstyl.pl

Zobacz również