Margaret Atwood. Pani Wyrocznia
Fot. The Canadian Press/PA Images/EAST NEWS

Margaret Atwood. Pani Wyrocznia

„Nikt nie może być prorokiem. A przynajmniej w naszych czasach nie powinien", twierdzi jedna z najpopularniejszych współczesnych pisarek Margaret Atwood. Wydaje się jednak, że autorka „Opowieści podręcznej" sama stanowi od tej reguły wyjątek.

W zeszłym roku jury najważniejszej brytyjskiej nagrody literackiej, czyli Bookera zdecydowało się nagrodzić dwie pisarki: Margaret Atwood i Bernardine Evaristo. „Nie spodziewałam się tego wyróżnienia. Myślałam, że jestem już na nie za stara i szczerze mówiąc, nie potrzebuję już zainteresowania. Cieszę się, że Bernardine trochę go ode mnie zabierze. W Kanadzie uważamy, że bycie w centrum uwagi jest w złym guście”, powiedziała odbierając nagrodę 80-letnia Margaret Atwood. Trzeba przyznać, że nie było to klasyczne podziękowanie, ale duch przekory od zawsze towarzyszył pisarce. Na brak zainteresowania też nie mogła raczej nigdy narzekać, bo nagradzana była ponad sto razy. Poprzedniego Bookera otrzymała w 2000 roku za książkę „Ślepy zabójca”.  

Margaret z Lasu

Swą najsłynniejszą powieść, wydaną w 1985 roku „Opowieść podręcznej” zadedykowała Mary Webster. Ta żyjąca w Nowej Anglii w XVII wieku kobieta została oskarżona przez jednego z sąsiadów o czary. Miał zobaczyć ją we śnie przy swoim łożu, jak wbija mu w szpilki w stopy. Wobec tak oczywistego dowodu współdziałania z siłą nieczystą Mary Webster powieszono. Ku zdziwieniu mieszkańców wioski następnego dnia jednak wciąż jeszcze oddychała. Wychodząc ze słusznego skądinąd założenia, że za jedną przewinę można być powieszonym tylko raz, społeczność osady darowała czarownicy życie. W prawie 250 lat po tych wypadkach na świat przyszła jej prapraprawnuczka (liczba „pra" jest przypadkowa) Margaret Eleanor Atwood.

Jej dzieciństwa było prawie tak niezwykłe, jak to, co spotkało Mary Webster. „W czasie wojny, gdy się urodziłam, kobiety w Ameryce pracowały w fabrykach i przejmowały obowiązki mężczyzn, którzy walczyli na frontach. Moja mama też przejęła obowiązki mężczyzny, ale nie dlatego, że ojciec poszedł na wojnę. Jako naukowiec został zwolniony z poboru. Badał żerujące na drzewach owady w lasach na północy Kanady, co uznano za zajęcie równie strategiczne dla kraju. Dzieciństwo dzieliłam pomiędzy miasto, gdzie spędzaliśmy kilka najzimniejszych tygodni w roku, i głuchy las. Ojciec często znikał na dłuższe okresy, a my zostawaliśmy w drewnianej chacie bez bieżącej wody z mamą, która łowiła ryby, strzelała z łuku i broniła nas przed niedźwiedziami”, opowiadała Katarzynie Surmiak-Domańskiej.

Wychowana w kanadyjskim lesie (i na baśniach braci Grimm) Margaret dostała się na Uniwersytet w Toronto. Studiuje angielski, francuski i filozofię. Za swój debiutancki tomik wierszy  „Podwójna Persefona” zdobyła prestiżową nagrodę E.J. Pratt Medal. Wtedy odezwał się do niej wydawca, do którego trzy lata wcześniej wysłała egzemplarz książki „Kobieta do zjedzenia”. Okazało się, że go zgubił, ale teraz z radością był gotów wydać powieść laureatki.

Na amerykańskim Harvardzie, który odwiedziła na początku lat 60., wstęp do biblioteki z poezją współczesną wciąż miały tylko mężczyźni. Margaret Atwood oprócz sytuacji kobiet uderzyła w Stanach bezgraniczna ignorancja ich mieszkańców. „Pytali mnie, czy mieszkam w igloo. Mówiłam, że tak. Mam dwanaście psów, które ciągną mnie sankami na polowanie. Oni na to: „Naprawdę? To fantastyczne!". Na Harvardzie pewna pani wydała kolację dla studentów z zagranicy i poprosiła mnie, żebym przybyła w kanadyjskim stroju ludowym. Odparłam, że niestety nie wzięłam go ze sobą”, wspomina.

Ameryka lat 60., z jej purytanizmem, osłodzoną uśmiechami mizoginią i niczym nie złagodzonym rasizmem stały się jednym ze składników „Opowieści podręcznej”.

Stąd do Gileadu

Narratorką słynnej powieści Atwood jest Freda, Podręczna w teokratycznym, autorytarnym państwie powstałym na terenie Stanów Zjednoczonych i dla żartu chyba nazwanym Republiką Gileadu. Freda co miesiąc musi pokornie oddawać się Komendantowi, w którego domu służy i liczyć, że ten końcu ją zapłodnił, bo w czasach malejącego przyrostu naturalnego tylko ciężarne Podręczne mają jakąś wartość. Freda pamięta jeszcze, że kiedyś miała męża, córeczkę, pracę, pieniądze i mogła mówić. Ale ten świat już nie istnieje. Jest tylko Gilead.

W pełnym optymizmu końcu lat 80. powieść Margaret Atwood wydawała się tylko mroczną fantazją. Nikt nie słuchał wyjaśnień autorki, że nie jest to science-fiction, bo każda z opisanych w „Opowieści podręcznej" potworności wydarzyła się w jakimś miejscu naszej planety naprawdę. W 1990 roku Volker Schlöndorff nakręcił na podstawie powieści dość konfekcyjny film ze scenariuszem Harolda Pintera. I nad „Opowieścią" zapadła cisza. A my nawet nie widzieliśmy, jak byliśmy szczęśliwi.

Coś się jednak zmieniło. „Przez długi czas oddalaliśmy się od Gileadu. Straciliśmy jednak czujność i niepostrzeżenie zaczęliśmy wędrować w przeciwnym kierunku", tłumaczy Margaret Atwood. Ducha czasu wyczuł serwis streamingowy Hulu i postanowił zrealizować na podstawie powieści Atwood serial z Elisabeth Moss w roli głównej. Scenarzysta Bruce Miller zaprosił pisarkę do współpracy. Ta dokładnie przypomina sobie rozwój wypadków: „Kiedy w listopadzie 2016 roku Donald Trump został Prezydentem cały zespół zakrzyknął: "To jest zupełnie inny serial!". Nie zmieniło się ani słowo w scenariuszu, ale zmienił się cały kontekst".

Rzeczywiście, Prezydentem Stanów Zjednoczonych został człowiek, który powiedział m.in. : „Gdyby Ivanka nie była moją córką, chętnie bym się z nią przespał" albo zadał w kampanii pytanie wyborczej: „Skoro Hillary nie potrafi zaspokoić męża, to jakim cudem zaspokoi Amerykę?". Z kolei jego zastępca Mike Pence nie spożyje samotnie posiłku z kobietą, która nie jest jego żoną. Uważa to bowiem za zachowanie nieprzystojne i wystawiające mężczyznę na na zbyt dużą pokusę.

Nic dziwnego więc, że w 2017 roku „Opowieść podręcznej" była najczęściej czytaną powieścią w Stanach Zjednoczonych. A kobiety na całym świecie manifestując w obronie swoich praw zaczęły używać kostiumów wzorowanych na tych, które dla Podręcznych na potrzeby serialu stworzyła Ane Crabtree. „Pierwszy raz zobaczyłam je w Teksasie, kiedy tamtejsi legislatorzy zapragnęli decydować o kobiecych ciałach", wspomina pisarka. „To wspaniała metoda protestu. Nic nie mówisz, tylko stoisz skromnie. Nie można ci nic zarzucić, bo jesteś całkowicie zakryta. Bez tych przerażających nagich ramion!", śmieje się Atwood, choć jak jednocześnie przyznaje, jest to raczej śmiech przez łzy. Cytaty z jej powieści zyskały bowiem nagle niepokojącą aktualność. Jeden z nich tweetowany był masowo w Wielkiej Brytanii w czasie gdy premier Boris Johnson postawił wstrzymać obrady Parlamentu: "To było wtedy, kiedy zawiesili Konstytucję. Powiedzieli, że to będzie czasowe. Nie było nawet zamieszek na ulicach. Ludzie zostali w domach i oglądali telewizję".

I jeszcze jeden fragment. W napisanej w Berlinie w orwellowskim roku 1984 powieści Atwood wiele jest scen egzekucji, gwałtów, okaleczeń, od których trudno się uwolnić. Ale chyba najstraszniejsza jest konstatacja zarządzającej Podręcznymi Ciotki Lidii: „Zwyczajne jest to, do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Teraz może się wam to nie wydawać zwyczajne, ale po jakimś czasie się wyda. To się stanie zwyczajne”.  

Wierzyć w Norwegię

Margaret Atwood stała się niemalże z dnia na dzień kimś pomiędzy polityczną wyrocznią, czy jasnowidzącą (choć jej wizja  bywa nad wyraz ciemna), a literacką gwiazdą rocka. Ten status potwierdziła premiera nagrodzonej w 2019 roku Bookerem kontynuacji „Opowieści podręcznej” zatytułowanej „Testamenty” (wydanie polskie w tłumaczeniu Pawła Lipszyca). Zaczęło się od tego, że autorka zostawiała w samolocie swój komputer z zarysem powieści. „Byłam rozkojarzona bo oglądałam "Kapitana Majtasa"", tłumaczy. Komputer udało się odzyskać w stanie nienaruszonym po dwóch godzinach, ale o zaginięciu informowały media na całym świecie. Potem amerykański Amazon rozesłał kopie powieści na tydzień przed terminem. "Ktoś nacisnął zły guzik. To ludzki błąd. Przeprosili i był to chyba pierwszy raz, kiedy Amazon za coś przeprosił", opowiada z satysfakcją Margaret Atwood. Ale oficjalna premiera wynagrodziła wszystkie nieprzyjemności. W jej noc pod sklepami ustawiły się kolejki Podręcznych. Poprzedni raz podobne widoki widziano, gdy J.K. Rowling publikowała kolejne części sagi o Harrym Potterze.

W „Testamentach” Margaret Atwood oddaje głos trzem bohaterkom: wychowanej w Gileadzie Agnes, Daisy, której wraz matką udało się zbiec do Kanady i znanej już nam Ciotce Lydii. Tematem "Opowieści" było to, jak powstają totalitarne państwa takie, jak Gilead.  "Testamenty" zaś starają się wyjaśnić, jak one upadają.

Pomimo niesłychanego przyspieszenia swej literackiej kariery Margaret Atwood w ciąż mieszka w kanadyjskim Toronto, a latem przenosi się do domu na wyspie Pelee. Nie używa klimatyzacji ani kosiarek do trawy. I wciąż przeklina tych, którzy niszczą naszą planetę. „Tym, którzy tną drzewa i którym wydaje się, że nie ma się czym przejmować, bo przecież nie będzie ich już na świecie, gdy nadejdą konsekwencje tych czynów, z pełnym przekonaniem mówię, że się mylą. To się wydarzy szybciej, niż wszyscy myślimy. A natura nie zapomina. Drzewa nie zapominają", wieszczyła w rozmowie z Michałem Nogasiem. A potem przyszedł czas na brutalną pointę: „To pewne, nadejdzie koniec człowieka. Przetrwają natura i wszystkie sztuczne formy życia, które stworzyliśmy i jeszcze zdążymy stworzyć. Sami natomiast się wykończymy".  

Mimo to Margaret Atwood wciąż pisze, a jak sama mówi: „Pisanie jest zawsze aktem nadziei dlatego, że zakłada istnienie czytelnika. Co więcej zakłada istnienie czytelnika w przyszłości". Na koniec możemy zdradzić, że Margaret Atwood przewiduje, że przyszłość ta potrwa jeszcze conajmiej sto lat. Pisarka wzięła bowiem udział w projekcie szkockiej artystki Katie Paterson zatytułowanym „Biblioteka przyszłości". Opowiada o nim z dużym entuzjazmem: „Każdego roku przez najbliższe sto lat pewien las w Norwegii będzie stawał się coraz wyższy, a inny pisarz będzie przekazywał Bibliotece swój tajny manuskrypt. Po stu latach las zostanie ścięty, a na papierze z niego uzyskanym zostaną wydrukowane wszystkie manuskrypty. Po pierwsze więc, zakładamy, że za sto lat będzie istniała Norwegia. Po drugie, że wciąż znajdą się ludzie potrafiący czytać. To chyba spora dawka nadziei, prawda?".

Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 12/2019
Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również