Marek Krajewski: Morduję i myślę o przecinkach
Marek Krajewski
Fot. Damian Klamka/East News

Marek Krajewski: Morduję i myślę o przecinkach

Najsłynniejszy autor kryminałów retro. Twórca postaci kultowych detektywów: Eberharda Mocka i Edwarda Popielskiego. Każda książka trafia na listy bestsellerów. Kim jest Marek Krajewski, kiedy przestaje być pisarzem? Sybarytą? Ekscentrykiem? Domorosłym filozofem?

Lubi pan śledzie? Pytam, bo bohaterowie pana książek często je jedzą. 
Marek Krajewski:
Uwielbiam, podobnie jak podroby, które też często się pojawiają – żołądki, nerki, ozorki, płucka. Lubię jeść to, co moi bohaterowie: ryby, żeberka, golonkę. Niestety, ze względów zdrowotnych nie mogę sobie pozwolić na obżarstwo, ale nie zabraniam tego postaciom moich książek. 

A w szachy pan gra? Też pojawiają się w pana książkach…  
Od dziecka. Nauczyłem się na podwórku, jak gry w piłkę. Mieszkałem w mało przyjaznej dla obcych wrocławskiej dzielnicy, a pod blokiem starsi ode mnie młodzieńcy urządzali latem wieczorne słuchanie muzyki. Pili wtedy wino i organizowali turnieje szachowe. A ponieważ czasami brakowało im kogoś do pary, nauczyli mnie. Niestety, dzisiaj rzadko grywam – prawie każdą chwilę przeznaczam na pisanie. 

Ale przepada pan za łamigłówkami. Nawet tłumaczenie łacińskich tekstów traktuje pan w ten sposób. 
Lubię zadania do rozwiązania – logiczne, matematyczne. W liceum nie przepadałem za biologią czy historią, bo w tych naukach trzeba było pamięciowo opanowywać materiał. Uwielbiałem za to matematykę i łacinę. 

Z historią się pan jednak przeprosił... 
Jako autor retrokryminałów musiałem sięgać do realiów historycznych – były mi potrzebne w pracy pisarskiej. Ale nie wnikałem w szczegóły, ślizgałem się po wydarzeniach, interesowało mnie tylko tło. Dopiero po napisaniu dziesięciu powieści jako dojrzały mężczyzna doceniłem powaby historii. Szczególnie kręci mnie XX-lecie międzywojenne. Interesują mnie tajne służby tamtego okresu i zakulisowe rozmowy polityczne – zjawisko zwane „koncertem mocarstw”, czyli ustalenia wielkich tego świata kosztem małych, takich jak Polska. Dzisiaj czytam głównie książki historyczne i filozoficzne. Beletrystyka niezbyt mnie interesuje.

Dlaczego? 
Kiedy czytam interesującą powieść i akcja jest świetnie poprowadzona, „zasysam” tę historię. I potem, w czasie wymyślania planu własnej książki, mój umysł potrafi iść na skróty, przychodzą mi do głowy rozwiązania, które wyczytałem u innych. Nie czytam beletrystyki, bo się boję nieświadomego plagiatu. 

A drugi powód?  
Nie uważam się za wybitnego pisarza, ale napisałem 19 książek i dzięki temu wiem, na jakie problemy może natrafić autor. Kiedy dostrzegam w utworze mielizny, nie chce mi się dalej czytać. Po co marnować czas na słabą literaturę? W tym czasie można się dowiedzieć czegoś o człowieku i jego dziejach. 

Kogo pan w takim razie szanuje? 
Ukształtował mnie Bolesław Prus i jego Lalka. Kilka lat temu zostałem zaproszony do dyskusji „Co współcześni pisarze zawdzięczają Prusowi?”. Przygotowując się do wystąpienia, odkryłem, jak dużo tego jest. Prus znakomicie projektował sceny – każda ma punkt kulminacyjny, kończy się puentą. Jeżeli chodzi o literaturę gatunkową, mam dwóch mistrzów – Raymonda Chandlera i Fredericka Forsytha. Chandler jako twórca postaci detektywa Philipa Marlowe’a, rycerza bez skazy, który działa w dekadenckim świecie Hollywoodu i stara się go naprawić. Byłby postacią papierową i nudną, gdyby nie autoironia i poczucie humoru. Jeśli chodzi o Forsytha – Dzień szakala czytałem jako 13-latek i była to pierwsza książka, przy której zarwałem noc. 

Główni bohaterowie pana książek, Eberhard Mock i Edward Popielski, nie są idealni. Przyznaje pan też, że mają cechy i przyzwyczajenia autora. Co dokładnie? 
Z Popielskim chodzimy do tego samego fryzjera. (śmiech) Jest mi bliski z wielu powodów – ma na imię Edward, a to imię mojego 89-letniego ojca, którego chciałem w ten literacki sposób uhonorować. Nazwisko bohatera nawiązuje do koloru, który lubię – często ubieram się na szaro. Popielski, podobnie jak ja, jest filologiem klasycznym, studiował matematykę, którą uwielbiam. Mock studiów filologicznych nie skończył. Obydwaj są pedantyczni, przywiązani do szczegółu, dbają o powierzchowność. Też mam w sobie odrobinę próżności – często przeglądam się w lustrze i dbam, żeby moje buty były zawsze czyste. 

Obaj mają rozbuchane ego. A jak się czuje pańskie? 
Nie jestem przesadnie zadufany w sobie. Nie uważam się za wybitnego pisarza czy intelektualistę. Ale byłbym nieszczery, gdybym powiedział, że spotkania z czytelnikami są mi obojętne. Kiedy przychodzą z książkami do podpisania, prawią komplementy – to przyjemne. Narcystyczne myśli staram się jednak tłumić. Mówię sobie: „Nie jesteś nikim wyjątkowym”. Czuję się bardziej rzemieślnikiem niż artystą. Czasami przypominam sobie błędy i nieścisłości, które popełniłem w książkach, i to też pomaga ujarzmić ego. Ale nie chodzi o to, by się dręczyć i poniżać – staram się zachować równowagę i harmonię myśli. A ona opiera się na przekonaniu, że nie jestem najgorszym pisarzem, ale też daleko mi do tego, by być w literackim panteonie. 

Współczesny świat promuje tych, którzy podają się za najlepszych. 

Nurt kultury współczesnej, który można nazwać „Brawo ty!”, jest mi obcy, bo kojarzy  się z przechwalaniem, a ja jestem zwolennikiem skromności. Kiedy czytam wypowiedzi celebrytów na tematy polityczne, filozoficzne, każde, często czuję zażenowanie. Błahe przemyślenia, nieposkromione emocje, stereotypy niepoparte wiedzą czy oczytaniem. Dlatego sam unikam wypowiedzi publicznych na tematy „ogólne”. Zdaję sobie sprawę, ile wiedzy mi brakuje, żeby wygłosić opinię, która jest uzasadniona, oparta na statystyce i logice. Nie chcę się za siebie wstydzić. Wstyd też pomaga okiełznać ego. 

Lubi pan poukładany, uporządkowany świat. Planuje pan pracę i odpoczynek, nigdy się nie spóźnia... 
Chaos działa na mnie jak płachta na byka. Ilość nieporządku na świecie wzrasta, ale staram się z tym walczyć. Zaplanowanie czasu, punktualność, dotrzymywanie umów pozwalają okiełznać bałagan. Symbolem chaosu są dla mnie lotniska. Pozornie wszystko jest w porządku, ale wystarczy, że jeden lot wypadnie, inny się opóźni, i nagle mamy do czynienia z bezładem. Doświadczyłem tego parokrotnie i nigdy nie wyjeżdżam na wakacje poza Polskę. 

Bo to nie jest dla pana relaks? 
Tak. Na szczęście żona też nie jest miłośniczką podróży, więc wakacje spędzamy w Darłówku lub w domku w Wielkopolsce. Tam nie czekają nas zaskoczenia i niespodzianki, których nie znoszę. 

Nawet tych urodzinowych? 
Urodziny, imieniny są co roku – niespodzianki z tych okazji nie są zaskoczeniem! Ale gdyby ktoś mnie zaprosił na przyjęcie na moją cześć, o którym bym wcześniej nie wiedział, musiałbym udawać radość. (śmiech) Nie lubię niespodzianek, ale się do nich przygotowuję. Codziennie wyobrażam sobie, co nieprzyjemnego może mnie spotkać. Nie po to, by się zadręczać, ale żeby się oswoić. Kiedy już hipotetycznie wiem, jak się zachowam w każdej sytuacji, postępuję w sposób automatyczny. Robię tak od lat i dzięki temu reaguję mniej impulsywnie. 

Poproszę o przykład. 
Załóżmy, że idę załatwić sprawę w banku. Wyobrażam sobie, że będzie kolejka, a kiedy dotrę do okienka, urzędnik będzie mi proponował usługi, których nie chcę, językiem, którego nie rozumiem. Wyobraźmy sobie, że to nie nastąpiło, ale urzędnik poprosił mnie o dowód osobisty i okazało się, że go nie wziąłem. Jak reaguję? Ze spokojem. Przewidziałem co prawda inną sytuację, ale jestem już przygotowany na  dyskomfort. Trudno, przyjdę jutro. A jeśli spodziewam się dużej kolejki do kas w sklepie, zawczasu wymyślam problemy, które będę rozważał, stojąc w niej. 

Jakiej natury są to zagadnienia? 
Filozoficznej. Filozofuję amatorsko, ale myślenie o tego typu kwestiach sprawia mi przyjemność. Nie zdradzę, jakie to problemy, bo na pewno od razu by pani zapytała o rozwiązania, a ja nie chciałbym przedstawiać czegoś, co uważam za naiwne czy powierzchowne. 

Kiedyś pan mówił, że w przyszłości chciałby pisać książki filozoficzne. 
Może za parę lat? Kiedy już zdobędę wiedzę, będę miał jakieś nietrywialne przemyślenia i lepiej ugruntowane wnioski. Czasami myślenie nie pozwala mi spać. W głowie pojawia się problem, a dla mnie to jak zadanie do rozwiązania – nie zasnę, dopóki go nie rozwiążę. Wczoraj położyłem się o 23, a do 2 w nocy zastanawiałem się, czy życie ludzkie można interpretować jako wzajemną wymianę usług człowieka ze światem. 

Zapisuje pan problemy i rozwiązania? 
Raz na jakiś czas w folderze „Amatorskie filozofowanie”. Ale dużo musi się w mojej głowie wydarzyć, żebym coś zapisał. Właśnie wróciłem z urlopu – spędziłem miesiąc w leśnej scenerii, sam. Czytałem i rozmyślałem cały czas – z przerwami na znakomity serial Rzym – ale niczego nie zapisałem. 

Ceni pan sobie spokój.
Utożsamiam go ze szczęściem. Jestem spokojny, kiedy dostrzegam logikę w działaniach i sens w świecie, kiedy widzę cel, do którego dążę. Nie czuję wtedy dyskomfortu człowieka na rozstajnych drogach, który nie wie, jaką podjąć decyzję. Spokój to sytuacja, kiedy nie muszę podejmować decyzji pod wpływem presji. 

Spokój nie jest nudny? 
Spokój i nuda to dwie różne rzeczy. Można prowadzić życie urozmaicone i spokojne. Jako młody mężczyzna byłem bardziej impulsywny, ale starzejąc się, zyskujemy dystans do świata, nabieramy mądrości życiowej. Truizm, ale tak jest. U mnie polega to na tym, że nie podlegam już takim impulsom jak kiedyś. Wtedy je lubiłem, wyrywały mnie z jednostajności życia, ale dzisiaj bardziej doceniam przewidywalną monotonię niż miotanie się w wysokich rejestrach emocjonalnych. 

I nie tęskni pan za młodością? 
Nie. Widzę błędy, które wtedy popełniłem. Ale dzisiaj się nimi nie przejmuję – są lekcją, którą musiałem odrobić i wyciągnąć z niej wnioski. 

O ducha pan dba. A o ciało?  
Też. Biegam trzy razy w tygodniu po dziesięć kilometrów. Kilka lat temu pojechałem do Szwajcarii na półroczne stypendium. Trochę z nudów, a trochę z poczucia samotności postanowiłem wrócić do aktywności fizycznej. Codziennie organizowałem sobie intensywne marsze. Wróciłem zadowolony, lżejszy o 12 kilo, ciśnienie spadło, więc w domu kontynuowałem tę aktywność. Kiedy przestała mi wystarczać, zacząłem biegać. Okazało się, że mogę. Biegam samotnie, słuchając audycji radiowych, podcastów. Ostatnio audiobooka Historia filozofii Tatarkiewicza. Kiedy uczyłem się intensywnie angielskiego, słuchałem audycji angielskich, np. Philosophy bites (filozofia gryzie – red.), czyli krótkich, 20-minutowych wywiadów z filozofami. 

W ubiegłym, jubileuszowym dla pana roku (20 lat pracy literackiej, red.) postanowił pan napisać dwie książki. 
Chciałem uhonorować czytelników, bo oni są najważniejsi. Często dostawałem e-maile, że jedna książka rocznie to dla nich mało. Wielki komplement, ale też wyzwanie, bo wiem, ile pracy kosztuje napisanie jednej. Zastanawiałem się, czy sprostam. Jak ułożyć plan działań? W grudniu i styczniu pisałem powieść o Popielskim, która ukazała się w maju. W maju, czerwcu i lipcu pisałem powieść o Mocku. Ukazała się w październiku. Akcja dzieje się we Wrocławiu w 1920 roku. 

Właściwie dlaczego tak pana nęci to dwudziestolecie międzywojenne?  
Wiele elementów tego świata po prostu mi się podoba. Jestem  trochę retro, niedzisiejszy. Kiedy pracowałem na uczelni, codziennie wieczorem przymierzałem marynarkę do koszuli i do krawata, patrząc, czy ze sobą harmonizują. Na wydziałach humanistycznych niewielu wykładowców nosi krawaty i garnitury – ja zawsze. Nie lubię szybkiego przechodzenia na ty. To znak czasów dzisiejszych, ale ja wolę poczekać, aż kogoś poznam bliżej. Lubię dawną elegancję – zimą noszę kapelusz, rzadko czapkę. Podoba mi się sznyt przedwojennego polskiego inteligenta, który używał łaciny i miał rozległe horyzonty. To sprawia, że wybór epoki był właśnie taki. 

Kiedy pisze pan scenę okrutną, krew się leje, ktoś kogoś torturuje, to potem może iść ze znajomymi na kolację?  
Pisanie mnie nie obciąża. Zacytuję Jonathana Littella, który w swojej książce Łaskawe epatuje okrucieństwem. Zapytano go kiedyś, o czym myśli, kiedy pisze te sceny. Jego odpowiedź? „Jestem pisarzem, myślę o przecinkach”. Podpisuję się pod tym obydwiema rękami!  

Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również