Fleksitarianizm: ta książka pomoże ograniczyć spożycie mięsa. Rozmowa z autorką "Mniej mięsa"
Fot. materiały prasowe

Fleksitarianizm: ta książka pomoże ograniczyć spożycie mięsa. Rozmowa z autorką "Mniej mięsa"

Naszą przyszłością jest fleksitarianizm, przekonuje Sylwia Majcher, autorka książki "Mniej mięsa".

Dlaczego fleksitarianizm?

SYLWIA MAJCHER: Nie bez powodu jest uznawany za najzdrowszą dietę świata. Prowadzi do ograniczenia ilości produktów mięsnych w diecie i mobilizuje do przyjrzenia się nawykom żywieniowym. To najlepsze rozwiązanie dla wszystkich, którzy nie wyobrażają sobie całkowitej rezygnacji z mięsa. Co ważne, nie obowiązują żadne reguły – sami decydujemy, o ile mniej mięsa będziemy jeść i w jakim tempie wprowadzimy zmiany w jadłospisie. Można zacząć od jednego posiłku lub całego bezmięsnego dnia w tygodniu.

Mięsa jemy za dużo?

Często nawet nie zauważamy, że pojawia się w każdym posiłku. Już od śniadania – najwygodniejsza do przygotowania wydaje się kanapka z wędliną. Jeszcze przed pandemią wielu z nas kupowało takie kanapki w drodze do pracy. Kiedy sprawdzałam w kawiarniach, w których można je kupić, okazywało się, że większość jest z mięsem: kurczakiem czy indykiem. Obiad też wyobrażamy sobie jako mięso z dodatkiem sałatki. Kolacja podobnie. Z tego wszystkiego robi się ponad 60 kg mięsa, które statystyczny Polak zjada rocznie. Doszliśmy do tego przez lata – od czasów powojennych co roku ilość zjadanego przez nas mięsa rosła. 2019 to pierwszy rok, w którym zanotowaliśmy spadek o 2 procent.

Masz nadzieję, że fleksitarianizm może zmienić nasze podejście do jedzenia mięsa?

Tak, bo to dieta, która jest odpowiedzią na potrzebę środka. Jako społeczeństwo jesteśmy spolaryzowani już niemal w każdej sprawie. Także w sprawie diety. Jeśli jemy mięso, nie troszczymy się o środowisko i los zwierząt. Gdy go nie ma na naszych talerzach, to oznacza, jak powiedział niedawno minister rolnictwa, że uprawiamy ideologię. Nie ma miejsca na wyważone wnioski: doprowadziliśmy do nadmiaru, więc teraz spokojnie, z namysłem spróbujmy mięso ograniczyć.

Co w takiej zmianie jest najtrudniejsze?

Walka z przyzwyczajeniami. Zostaliśmy wychowani w tradycji posiłków mięsnych. Dla wielu osób nawet myśl, że można się najeść daniem warzywnym jest rewolucją. Ze szkolnych stołówek wynieśliśmy przekonanie, że warzywa nie są daniem głównym, tylko dodatkiem. Teraz musimy odwrócić proporcje i ustawić rośliny w roli głównej. I wcale nie trzeba mięsa niczym zastępować. To mit.

Najczęściej niepokoimy się o brak białka w diecie bezmięsnej.

Walczmy o równouprawnienie białka roślinnego, mówi Kamila Wrzesińska, dietetyczka kliniczna, z którą rozmawiam w swojej książce. W zdrowej diecie nie jest najważniejsze, czy jemy mięso, czy nie, ale czy jest właściwie skomponowana i czy w posiłkach dbamy o dostarczenie różnych składników odżywczych i witamin. Nie służą nam przetworzone przemysłowo produkty mięsne, ale niewłaściwie zaplanowana dieta roślinna również nie jest zdrowa. Ma też znaczenie, że często jemy w pośpiechu, nieuważnie. Na początku nie jest łatwo właściwie bilansować posiłki. Warto wtedy posłuchać organizmu – zazwyczaj daje najlepsze podpowiedzi. Jeśli czegoś mu brakuje, upomni się o to. Najważniejsze, by wybierać nieprzetworzone produkty, unikać monotonii i sięgać po sezonowe warzywa i owoce. Gdy potrzebujemy wsparcia, można skorzystać z podpowiedzi specjalisty czy książek z propozycjami dań.

Najważniejsze, by wybierać nieprzetworzone produkty, unikać monotonii i sięgać po sezonowe warzywa i owoce. Gdy potrzebujemy wsparcia, można skorzystać z podpowiedzi specjalisty czy książek z propozycjami dań.

W swojej książce podkreślasz, że samo mięso z dobrych źródeł nie jest niezdrowe. Problemy stwarza jego nadmiar.

Światowa Organizacja Zdrowia sugeruje, że powinniśmy jeść maksymalnie pół kilo mięsa tygodniowo. A jemy nawet półtora kilograma, czyli trzy razy więcej. Do tego wybieramy to kiepskiej jakości, bo jest tanie. Kiedy widzę udka kurczaka za 3 zł, to zastanawiam się, dlaczego kosztują mniej niż cebula. A lepiej kupić tę cebulę, nafaszerować pieczarkami i zjeść z kaszą. Nadmiar mięsa nas obciąża – powoduje problemy fizyczne oraz, co ciekawe, ma także wpływ na nasz nastrój.

Nadmiar mięsa w naszej diecie ma także konsekwencje ekologiczne.

Przemysłowa hodowla zwierząt ogromnie obciąża środowisko – jest odpowiedzialna za 14–18 proc. emisji gazów cieplarnianych, czyli tego, co najbardziej zanieczyszcza atmosferę. Tymczasem gdyby każdy z nas ograniczył spożycie mięsa o 90 g dziennie, udałoby się zmniejszyć emisję dwutlenku węgla o 2,2 gigaton, czyli 6,5 proc. światowej emisji. Odwróćmy proporcje: kupujmy dwa razy droższą wędlinę czy mięso, ale dwa razy mniej. Będziemy mieli pewność, że nie jemy tektury, ale mięso, które ma wartości odżywcze.

Odwróćmy proporcje: kupujmy dwa razy droższą wędlinę czy mięso, ale dwa razy mniej. Będziemy mieli pewność, że nie jemy tektury, ale mięso, które ma wartości odżywcze.

A może w ogóle za dużo jemy?

Coś w tym jest. Przetworzona żywność, niezdrowe przekąski nas nie odżywiają. Jedzenie powinno być naszym paliwem, a wzmacniane chemią syci na krótko i pobudza kolejne fale głodu. Nie zwracamy uwagi ani na kaloryczność, ani na odżywczość tego, co jemy. To wina luki w edukacji. Już w szkole podstawowej powinniśmy uczyć dzieci o zrównoważonej diecie. To by na pewno wiele zmieniło.

Twoje dzieci też są fleksitarianami?

Tak, jedzą obiad w szkole i w przedszkolu. I tam najczęściej podawane są posiłki mięsne. Podczas pandemii też czasami gotowałam im mięsne dania, np. ich ulubione z mojej książki spaghetti z warzywami korzeniowymi i indykiem. Z moich obserwacji wynika, że dzieci najczęściej mają takie zwyczaje żywieniowe jak ich rodzice. Moje piją kranówkę i lubią warzywa, bo są naszą codziennością. Ale uważam, że najlepiej trzymać się zasady: 80 proc. składników diety jest zdrowe i odżywcze. Wtedy bez wyrzutów możemy pozwolić sobie na odstępstwa.

Napisałaś, że sama jadasz mięso tylko poza domem. To uwalnia od kupowania go, przygotowywania i łagodzi obyczaje podczas towarzysko-rodzinnych spotkań.

Chciałabym, żeby wybrzmiało moje przesłanie: najważniejsze jest ograniczenie ilości mięsa w naszej diecie. Jak to zrobimy, jakimi metodami i o ile na początku, to już indywidualna sprawa. Cieszę się, że w Polsce mamy już milion wegetarian i wegan. Ale jeśli nie udaje nam się być tak konsekwentnymi, nie zniechęcajmy się i nie traktujmy tego jako porażki. Sama kiedy idę do kogoś na obiad i jestem częstowana mięsem, a wiem, że ktoś przygotował je z miłością, nie waham się. Pamiętam też, że jeśli nie zjem tego, co zostało przygotowane, może zostać wyrzucone.

Sama kiedy idę do kogoś na obiad i jestem częstowana mięsem, a wiem, że ktoś przygotował je z miłością, nie waham się. Pamiętam też, że jeśli nie zjem tego, co zostało przygotowane, może zostać wyrzucone.

A ciągle marnujemy dużo jedzenia.

Ostatni raport ONZ pokazuje, że globalnie wyrzucamy 20 proc. jedzenia. I ponad połowa marnuje się w naszych domach. Co ciekawe, nie ma znaczenia zasobność kraju – tyle samo wyrzucają społeczeństwa zamożne i biedniejsze. Gdybyśmy przyjrzeli się swoim zakupom, właściwie przechowywali pożywienie oraz dobrze planowali, jak wykorzystać zawartość lodówki, nie wydawalibyśmy więcej mimo wyboru lepszej jakości jedzenia.

Sylwia Majcher - edukatorka ekologiczna, dziennikarka, autorka książek, m.in. „Gotuję, nie marnuję. Kuchnia zero waste po polsku”. Angażuje się w edukacyjne akcje społeczne. Ukończyła Wydział Nauk o Żywieniu Człowieka i Konsumpcji SGGW w Warszawie.

Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 05/2021
Więcej na twojstyl.pl

Zobacz również