Mój Tata, Papcio Chmiel: Monika Lehman o Henryku Chmielewskim
Henryk Chmielewski, autor kultowego komiksu o Tytusie
Fot. AKPA

Mój Tata, Papcio Chmiel: Monika Lehman o Henryku Chmielewskim

Papcio Chmiel, czyli Henryk Chmielewski, autor kultowego komiksu o Tytusie de Zoo, to biała czupryna, szalony wąs, figlarny uśmiech. Oryginał, wielbiciel fioletu, dalekich podróży i pysznych obiadów. Artysta, który nie przepadał za innymi artystami, fan kobiet, ale niekoniecznie stabilizacji. Jak wspomina go córka, Monika Lehman?

EN_01397891_0006
Monika Lehman, córka Henryka Chmielewskiego
EAST NEWS

Tata mówił o sobie: 

“Papcio to dziwny osobnik. Włosy zmierzwione, jakby piorun strzelił, białe, roztrzepane, wąsy czarne. Przy desce kreślarskiej siedzi na huśtawce zawieszonej na dwóch linach, pędzle i piórka trzyma w kaburze od pistoletu.

Jak minister to on nie wygląda, choć na drzwiach zawiesił tabliczkę: „MINISTERSTWO HUMORU, STUDIO PAPCIA CHMIELA, DZIECI WPROWADZAĆ NA SMYCZY”.”

Twierdził, że takie wąsy mają twardzi i bezwzględni motocykliści. Poszerzały jego drobną szczękę i dodawały męskości. W latach 60. eksperymentował z brodą, ale mama kazała mu zgolić. Uwielbiał kolor fioletowy (taki miały koszulki Tytusa!, przyp. red.) - w 1966 roku przywiózł sobie z USA takie spodnie z rozszerzanymi nogawkami. Zakładał do nich koszule w paski i wzorki. Kiedy szedł ulicą, widać go było z daleka. Hipis? Niekoniecznie. Po prostu uważał, że mężczyźni nie muszą nosić szarych garniturów i gładko zaczesanych włosów. Uwielbiał przebierać się w mundury, nosił wojskowe panterki. Spodnie musiały mieć co najmniej 5 kieszeni, a kurtka - małe ukryte kieszonki. Lubił kolorowe swetry, które dla niego dziergałam. Sklepów odzieżowych nie znosił, ale przebieranki i stylizacje - jak najbardziej. Kiedy czasem zakładał marynarkę, musiała jej towarzyszyć kolorowa koszula i barwny krawat. Ani siebie ani swojego wizerunku nie traktował zbyt poważnie. Ale uczył nas, że ubraniem też opowiadamy innym o sobie. 

DOBRZE SIĘ ŚPI NA PLAŻY

Mówił: “Jesteś mała, krucha i delikatna, dlatego musisz być silna psychicznie i ze wszystkim sobie poradzić. Z tymi 156 centymetrami wzrostu nikt cię nie zauważy. Niech więc cię widzą przez to, co robisz i mówisz”. Kiedy jeździliśmy na wycieczki i wszyscy mieli małe plecaczki z prowiantem, tata dawał mi największy: “Będziesz moim osiołkiem. Musisz pokazać, że jesteś najsilniejsza w grupie i dasz radę z tym ciężarem”. Uczył, jak przetrwać bez pieniędzy i jedzenia, kiedy zostanę porzucona w puszczy.

“W te liście możesz smarkać, tymi się podcierać, tutaj masz jagody, a tu grzyby jadalne, tak się robi ognisko, a tak szałas”. Chciał ze mnie zrobić harcerkę (w czasie Powstania był w Szarych Szeregach, przyp. red.), chociaż według mamy miałam być damą.

Ona uczyła, żeby siedzieć tak, jak bym cały czas trzymała pod pachami gazety, a na głowie leżała mi książka. Jak dygać, rozmawiać z ludźmi. Ojciec - przeciwnie, woził nas do puszczy. Pytałam go: “Co robić w wakacje?” On: “Kupię ci bilet na pociąg, jedź nad morze”. Ja: “I co dalej?” On: “Dalej już sobie poradzisz”. Pojechałam, kupiłam wielkiego pomidora, jadłam go cały dzień. Przeszłam prawie cały Hel i dzwonię do taty. A on: “Co mi głowę zawracasz? Jesteś na wakacjach, odpoczywasz, ja odpoczywam od ciebie”. “Ale jak znajdę nocleg?” “A mało masz miejsca na plaży?” To już było po tym, jak mama wyjechała, czyli musiałam mieć ze 20 lat. Tata uważał, że każdy powinien mieć prawo jazdy. Zapisał mnie na kurs, kiedy tylko skończyłam 18 lat. W 1967 roku byłam tam jedyną kobietą! 

POBUDKA WSTAĆ!

Rodzice w końcu się rozstali. Mama wyjechała do Stanów, odwiedzić koleżankę, która uratowała jej życie w obozie w Ravensbruck i… już tam została. Poznała miłego pana, wyszła po raz drugi za mąż. Nie dziwię się temu rozstaniu - tacie podobały się chyba wszystkie kobiety.

Pytałam go kiedyś: “Tato, a od tej jestem ładniejsza czy brzydsza?” A on na to, że wszystkie kobiety są piękne, choć każda inaczej. “Jeszcze w życiu brzydkiej nie widziałem”. Adorowanie traktował jak sport.

Kiedy przyszedł mu do głowy dowcip, natychmiast szukał na ulicy dziewczyny, której mógłby go opowiedzieć. Jeździł motocyklem, zatrzymywał się przy przystanku i pytał: “A może gdzieś panią podwieźć?” Rzucał żarcik i wiózł, gdzie chciała. Dzisiaj pewnie dostałby parasolką po głowie. A w USA, gdzie mieszkam, poszedłby za to do więzienia. Ale to były lata zanim jeszcze feminizm zmienił nam podejście do wielu spraw. 

Mama była atrakcyjną kobietą, zauroczyła ojca urodą. Wspaniale gotowała, nie przegapił więc żadnego posiłku. Miała znakomite wyczucie kolorów, oceniała rysunki ojca: “Czy tu nie za ostro? A tu nie powinieneś dodać żółtego, żeby rozjaśnić?” To ona wysłała go po wojnie na ASP, a sama zajęła się krawiectwem, żeby mógł studiować. A dodatkowo w wolnych chwilach pozowała studentom do obrazów. Jej rodzina zginęła na wojnie. Kiedy się urodziliśmy, patrzyła na nas jak na święte obrazki. Powtarzała, że jesteśmy piękni i mądrzy, że nas kocha nad życie. Dom był w idealnym stanie, sama ogarniała wszystko, kiedy szliśmy do szkoły. Wychowywała mnie na księżniczkę - nie miałam pojęcia, że toaletę należy czasem szczotą wyszorować, a łóżko pościelić - wszystko było zrobione pod naszą nieobecność. Codziennie o 16.00 obiad z trzech dań, podany na pięknej porcelanie, stół udekorowany. Inne dzieci biegały z kluczem na szyli, jadły kanapki albo zupę u sąsiadki, my nigdy. Tata zbudował jej specjalną szafę - gdy ją otwierała, wyjeżdżała maszyna, nici, wszystko, co potrzebne do szycia. Tata sam robił meble do domu. Ekstrawaganckie półki na książki “na rurach”, podesty zamiast łóżek, do których można było schować wszystko. Na podeście kładło się gąbkę do spania. 

Tata wstawał o 4 rano, gimnastykował się, czytał, jadł śniadanie. O 6.30 biegał po mieszkaniu i krzyczał: “Pobudka wstać!”

Budzenie mamy: “Kochana córeczko, tak mi przykro, że już musisz wstać, ale trzeba. Jeszcze tylko 3 lata się przemęczysz i będziesz mogła spać, do której chcesz…” A tata? “Wyskakiwać z łóżka, do pracy, do szkoły, dyscyplina musi być! Nie będę dzieci na mięczaków wychowywać!” Wieczorem rodzice oglądali Hansa Klossa, a my musieliśmy iść spać. Cisza nocna o 21.00. Oczywiście razem z bratem (Artur Bartłomiej Chmielewski - dzisiaj inżynier w NASA, red) czytaliśmy z latarkami pod kołdrą. Ale nie mam do taty pretensji, że bywał ostry. Mama by nas wychowała na grzecznych, usłużnych i miłych. Tata uczył, że trzeba dawać sobie radę, być przebojowym, robić wszystko inaczej niż inni i jak nie zginąć w tłumie.

BYLE NIE ALL INCLUSIVE

Jak ktoś tak kolorowy jak on radził sobie w PRL-u? “Uciekał” na wyprawy. Wykorzystywał kontakty mamy - miała znajomego w Szwecji, ale to on jechał go odwiedzić, bo ona była przywiązana do domu i dzieci. Tam po raz pierwszy zobaczył, jak wygląda Zachód. Kiedyś zaciągnął się na statek handlowy. Gdzieś się dowiedział, że taki statek może mieć 12 pasażerów. Popłynął do Afryki. Wziął ze sobą szkicownik, kilka koszul non iron, bo się dowiedział, że tam za nimi przepadają. Te koszule wymieniał na hebanowe rzeźby. Był gawędziarzem - kiedy wracał z podróży, przychodzili do nas ludzie, mama podawała wspaniałe rzeczy do jedzenia, a tata opowiadał: “W Afryce jest tak, a w Ameryce tak”. Zawsze mówił, że wszystko trzeba samemu zobaczyć, bo to, co czytamy w książkach, ma się nijak do rzeczywistości. Że trzeba podróżować, zdobywać doświadczenia. Ale nie poważał wyjazdów, w czasie których mieszka się w eleganckich hotelach, jeździ taksówkami i całymi dniami leży na plaży. Kiedy zeszliśmy z promu “Batory” w Ameryce, powiedział: “Ty idziesz w tę stronę, ja w tę, spotykamy się za trzy godziny i opowiadamy sobie, co żeśmy widzieli”. Z Indii wrócił zmieniony. Powiedział: “Moniko, nigdy tam nie jedź. Czegoś takiego nie jesteś sobie w stanie wyobrazić. Głodujące dzieci, prostytucja, umierający na ulicach ludzie. Cieszę się, że tam byłem, ale Afryka to przy tym raj”. Co roku musiał zorganizować jakąś wyprawę. Jeśli nie udawało się na zachód, to przynajmniej do NRD. 

Z mamą i Bartkiem - nazywaliśmy brata raczej drugim imieniem - wakacje spędzaliśmy nad morzem. Wynajmowaliśmy pokój, mama miała kuchenkę, na której gotowała. Mieszkaliśmy tam dwa miesiące, bo tylko tam Bartek lepiej się czuł. Miał potworną alergię, nie wiadomo na co. Rany na skórze. Ojciec nas zawoził, posiedział dwa dni i wracał do pracy. Kilka razy pojechał z nami na Mazury, żeby nas nauczyć budować szałas, pływać kajakiem. Ale to były raczej krótkie wycieczki. 

TYLKO NIGDZIE SIĘ NIE ZAPISUJ

Tata nienawidził partii, więc awanse, które wiązały się z należeniem do niej ignorował. Przekonywał, żeby nie należeć do żadnej organizacji - politycznej ani religijnej. Że to, co dzisiaj przedstawiane jest jako wspaniałe, za kilka lat się skończy i będzie wstyd, że człowiek miał z tym do czynienia. Nigdzie się nie zapisywać, nie chodzić na żadne marsze, a jak będą zmuszać, załatwić sobie zwolnienie lekarskie. Żadne prace społeczne, żaden pierwszy maj. Starszym osobom pomagaliśmy, ale na własną rękę.

Czy w życiu liczy się sukces? Skąd! Tata twierdził, że trzeba dążyć do tego, żeby się realizować, uszczęśliwiać innych, żeby każdy dzień miał znaczenie. Sukces wydawał się drobnomieszczański. Wszystko, co złe, było drobnomieszczańskie. Szafa na wysoki połysk, ciemna, wypolerowana - symbol Dulskiej. Zachowanie przyjaciółek mamy też - że przychodzą, piją kawkę i gadają o głupotach. “Siedzą i ględzą, a mogłyby pójść do lasu na wycieczkę!”, mówił. Myślenie, że trzeba jeździć takim samochodem, a nie innym, wydawało mu się prymitywne. 

Przyjaźnił się z Wandą Chotomską. Była piękna, ciekawa i mówiła wierszykami. Trochę jak Osiecka. Ale do domu jej nie przyprowadzał.

Generalnie artyści ojca denerwowali. Nie uznawał sztuki abstrakcyjnej, tylko realizm. Dla niego ostatnim dobrym malarzem był Jan Matejko. Po nim wszyscy już dla ojca zwariowali.

Nie palił, nie pił ani kawy, ani alkoholu. A życie artystów polegało według niego na tym, że chodzą do kawiarni i tam w tym papierosowym dymie plotą głupoty. Temu też był przeciwny. 

Dalszy ciąg tekstu w czerwcowym wydaniu TS, do kupienia na www.czytelnia.pl

Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również