Zbyszek Cybulski: Przestań spać, zacznij żyć!
Fot. East News

Zbyszek Cybulski: Przestań spać, zacznij żyć!

Był największym gwiazdorem swoich czasów. Ale wielbiony przez widzów Zbyszek Cybulski, legendarny Maciek Chełmicki z "Popiołu i diamentu", pod koniec nie dostawał ról na miarę swojego talentu. "Był delikatny i emocjonalny, więc głęboko ten brak propozycji przeżywał" - mówi jego najlepszy przyjaciel, Alfred Andrys, mąż aktorki Elżbiety Barszczewskiej. 

Zbyszek Cybulski wszędzie wpadał na ostatnią chwilę i wskakiwał do pociągów tuż przed odjazdem. Tak samo było we Wrocławiu, 8 stycznia 1967 r., kiedy zginął. Pan był wtedy razem z nim. 

Alfred Andrys: Dzień wcześniej jedliśmy śniadanie w wytwórni filmowej, kiedy zadzwonił telefon do Zbyszka. Podszedł do aparatu, a po chwili odpowiedział: „Aj em dawing słuchawkę maj frend” i przekazał słuchawkę Stanisławowi Lenartowiczowi  (Cybulski zagrał w jego filmie „Giuseppe w Warszawie”), który znał język angielski. Zbyszek był przekonany, że to dzwoni Dygat i stroi sobie z niego żarty. W rzeczywistości telefonował producent ze Stanów Zjednoczonych. Chciał mu przekazać, że Zbyszek został wybrany spośród 150 aktorów z całego świata do roli Stanleya Kowalskiego w telewizyjnej adaptacji „Tramwaju zwanego pożądaniem” Tennessee Williamsa. Padła kwota: sto tysięcy dolarów. Czyli ponad milion złotych, wielkie pieniądze. Ten telefon uskrzydlił Zbyszka, bo w Polsce nie dostawał już wtedy zbyt wielu ciekawych propozycji. Po zdjęciach spotkaliśmy się wieczorem w Klubie Twórców. Byli tam już wcześniej Chęciński, Osiecka i wielu innych. Zbyszek na drugi dzień rano musiał być w Warszawie, bo wchodził na plan spektaklu Teatru Telewizji, ale po zamknięciu Klubu przenieśliśmy się do jeszcze mieszkania Ewy Warwas, ówczesnej partnerki Zbyszka. On i Ewa przez całą noc prowadzili poważne, trudne rozmowy, bo dziewczyna chciała wiedzieć, czy może liczyć na trwały związek. Zbyszek się miotał, więc kolejne pociągi do Warszawy uciekały. Aż został już tylko jeden. Ekspres „Odra” o 4.20 nad ranem. 

Pociąg ruszał już, kiedy pan i Zbyszek wpadliście na pusty peron. 

Po drodze weszliśmy jeszcze po nasze rzeczy do hotelu, a potem prosto na dworzec. Poganiany przez Zbyszka wskoczyłem do wagonu pierwszy. Zbyszkowi się nie udało, zsunął się między peron a schodek. Nie był już taki wysportowany i szczupły jak kiedyś, a poza tym miał na sobie długi, ciężki kożuch krępujący ruchy. Zaciągnąłem hamulec bezpieczeństwa, ale było już za późno...

O śmierci Cybulskiego powstało wiele mitów. Marlena Dietrich we wspomnieniach pisała, że to z nią jechał się wtedy zobaczyć. 

Ten „fakt” pani Dietrich wymyśliła budując swoją legendę. Ale rzeczywiście spotkali się rok wcześniej w Warszawie po jej koncercie. Zbyszek, jak wielu, był nią zafascynowany, poszedł z gratulacjami do jej garderoby. Umówili się na spotkanie w Paryżu. Ale kiedy był we Francji, Dietrich nie odbierała od niego telefonu. Wydzwaniał przez kilka dni, czekał, bez efektu. Inne plotki mówiły, że Zbyszek skacząc do pociągu był pijany. To bzdura. Zawarliśmy umowę, że gdy jesteśmy razem, to jeden drinkuje, a drugi ma tzw. dyżur. Tamtej nocy dyżur pełnił on. Zbyszek był solidny – jak się na coś umówił, to nie łamał danego słowa. 

Cybulski powiedział panu, że kiedy umrze, chce mieć skromny pogrzeb, a jednak była wielka celebra. Źródła podają, że pojawiło się 16 tys. osób. A jeszcze inne mówią, że ludzi było nawet dwukrotnie więcej. Do Katowic przyjechali partyjni dygnitarze i największe gwiazdy kina. Jednak mało kto wie, że pogrzeby odbyły się dwa. 

Był pogrzeb katolicki, zorganizowany na życzenie rodziny, prowadzili go biskupi, bo Cybulscy byli głęboko wierzący. Szczególnie mama, pani Ewa, z którą Zbyszek czuł się bardzo związany. Kiedy zginął, miał przy sobie modlitewnik oraz ryngraf – to były pamiątki, które dostał od rodziców, jego talizmany. Na świeckim, państwowym pogrzebie zjawiły się tłumy. Na cmentarzu był taki ścisk, że wiele osób wspinało się na drzewa. Wieczorem spotkaliśmy przy grobie Zbyszka, aby jeszcze raz, spokojnie, pożegnać go. Była Lucyna Winnicka, Kalina Jędrusik, Kazimierz Kutz i inni. Wypiliśmy po kieliszku, a Kutz przekazał mi resztę butelki mówiąc: „Weź polej go”.

Daniel Olbrychski wspominał, że w drodze powrotnej do Warszawy do swojego przedziału zaprosił go wiceminister kultury i sztuki i wzniósł toast: Zdrowie pana, drugiego Cybulskiego”. Na co aktor odpowiedział: „Drzewo w tym samym miejscu takie samo nie wyrośnie. Co dopiero człowiek”. Te słowa powtórzył potem w filmie Andrzeja Wajdy „Wszystko na sprzedaż”. 

Co prawda nie pada tam nazwisko Cybulskiego, ale to bardzo osobisty obraz o nagłym odejściu wielkiego aktora. Przed jego nakręceniem Andrzej Wajda poprosił mnie o spotkanie, chciał, żebym opowiedział o swoim przyjacielu. Wiele z tych wątków znalazło się potem w filmie. Ale pojawiły się też rzeczy nieprzewidziane w scenariuszu. Ten ryk Bogumiła Kobieli „zniknął, no nie ma go!”, był jak najbardziej autentyczny. On i Zbyszek znali się jeszcze ze studiów, a potem dzielili pokój w Sopocie. Występowali w gdańskim Teatrze Wybrzeże i wspólnie prowadzili studencki teatrzyk Bim-Bom. Choć różnili się bardzo, byli niemalże nierozłączni. 

Karierę filmową Cybulski zawdzięczał właśnie Andrzejowi Wajdzie. Debiutował u niego niewielką rolą w „Pokoleniu”, a trzy lata później, w 1958 r., zagrał Maćka Chełmickiego w „Popiele i diamencie”. 

Wajda miał niezwykłego nosa do aktorów, ale akurat w „Popiele…” Zbyszka nie chciał obsadzić. Trzydziestoletni aktor wydawał mu się za stary do roli młodego akowca. To Kuba Morgenstern, drugi reżyser, uparł się, że Maćka powinien zagrać Cybulski. I dopiął swego. Zbyszek uparł się, że nie będzie grał w historycznym stroju, tylko w swoich własnych ubraniach. Po premierze wszyscy mężczyźni chcieli wyglądać jak Cybulski, zakładali ciemne okulary, dżinsy i wojskowe kurtki. Na ulicach zaroiło się od jego naśladowców. Szczególnie w małych miasteczkach taki look to był ogromny szpan. Potem na cześć tego bohatera Zbyszek swojemu synowi dał na imię Maciek. 

„Popiół i diament” wywindował go do roli absolutnej gwiazdy. Nie było w Polsce równie popularnego aktora. Ale, paradoksalnie, kolejne propozycje wcale się nie posypały… 

Nie tylko w Polsce, był najbardziej rozpoznawalnym polski aktorem w Europie. Po filmie Wajdy był przygotowany do hołubienia i myślał, że teraz będzie tylko lepiej, a rzeczywistość mocno go rozczarowała. 

Ponoć reżyserzy zaczęli Cybulskiego unikać, bo ciągnęła się za nim fama aktora niesolidnego, który spóźnia się na plan i nie uczy tekstu. Prawda czy fałsz?

Trudno mi to ocenić, nie bywałem na planach filmów . Nie pamiętam, by na nasze spotkania nie przychodził o czasie.  Kiedy kręcił w Szczecinie „Całą naprzód” Stanisława Lenartowicza, po zdjęciach często przyjeżdżał  do Świnoujścia, gdzie pracowałem w wakacje jako kierownik domu wczasowego Wisus. Często gadaliśmy całą noc, a potem wsiadał w taksówkę i jechał prosto na plan. Nie chciał marnować czasu i często powtarzał przyjaciołom: „Przestań spać, zacznij żyć”.

Kiedy w „Jowicie” główną rolę dostał Daniel Olbrychski, Cybulski był bardzo zawiedziony. Czemu tak zależało mu na tym filmie? 

Brakowało mu czegoś znaczącego. Ale Marek Arens to młody lekkoatleta, więc Zbyszek nie mógł dostać tej roli. Zbliżał się już wtedy do czterdziestki, mocno przytył. Morgenstern zaproponował mu postać trenera, ale Zbyszek nie chciał się z tą decyzją pogodzić. Zapytał Kubę: „No dobrze, a czy Arens nie mógłby być żużlowcem?' Wtedy nie musiałby być taki wysportowany jak lekkoatleta. Żużlowcy jeżdżą w skórzanych kombinezonach, a on miał już wtedy kompleks swojej figury. Jego wielkim marzeniem była rola Wokulskiego w „Lalce” Wojciecha Hasa. Kiedy przyjechał do Krakowa, powiedział mi: „Słuchaj, przejdźmy się na spacer w okolice 17 stycznia, Has w tej okolicy mieszka i często wychodzi z psem. Udamy, że to przypadkowe spotkanie i ja mimochodem opowiem, jak wyobrażam sobie Wokulskiego”. Zapytałem: „Czemu do niego nie zadzwonisz?”, a on na to: „Boję się, że mi odmówi”. Więc poszliśmy na 17 stycznia, ale Has tego wieczoru nie wyszedł z psem i Zbyszek nigdy z nim o „Lalce” nie porozmawiał. Nie umiał zabiegać o role, ale bardzo przeżywał, że reżyserzy o nim zapomnieli. 

Był naczelnym amantem naszego kina. Mówiło się o nim „polski James Dean”. 

Wszyscy myśleli, że Zbyszek jest macho, ale on był bardzo delikatny, także w stosunku do kobiet. To bardziej on był atakowany. Nigdy nie wykorzystywał sławy, żeby zdobyć czyjeś względy. Oczywiście lubił adorację, ale niewinną. Zdarzało się, że gdy został z dziewczyną sam na sam, to recytował jej wiersze. Szczególnie lubił „Obłok w spodniach”, poemat Majakowskiego. Był wrażliwcem i romantykiem. Ale czasem potrafił zachować się jak naiwne dziecko. 

Gwiazdorski status Cybulskiego był paradoksalny. Wszyscy mówili o nim Zbyszek, nie Zbigniew czy choćby pan Zbyszek. Budził sympatię? 

On był antycelebrytą. Od środowiska aktorskiego wolał kontakt z „normalnymi” ludźmi. Uwielbiał np. jeździć na obozy studenckie i żeglarskie. Zbyszkowi zależało na tym, żeby ludzie go lubili. On był taki brat łata. Szalenie kontaktowy, gawędziarz, godzinami mógł prowadzić żarliwe dyskusje. Poza tym był niesamowicie honorowy. Kiedy podczas wizyty u naszej wspólnej przyjaciółki, wrocławskiej dziennikarki Eli Sitek, zbił zabytkową filiżankę z porcelany, to tak się tym przejął, że na drugi dzień stał pod jej drzwiami z wielkim bukietem kwiatów i prosił o wybaczenie. Kręcąc w Krakowie „Jowitę”, chętniej niż w Hotelu Francuskim lubił przebywać u mnie w akademiku. Miałem w pokoju piętrowe łóżko, więc wiele osób tam waletowało. Ale jeśli Zbyszek przychodził późno w nocy, to nie wchodził na górę, tylko na portierni zasypiał w fotelu i rano wychodzący na uczelnię studenci mogli przez szybę oglądać śpiącego Cybulskiego. Ochrzaniałem go za to, ale on mówił: „Nie chciałem cię obudzić, bo przecież musisz być wypoczęty na zajęciach”. 

Czemu wolał akademik? 

Bo we „Francuzie” ludzie często go nagabywali. Każdy chciał się z nim napić. Jeśli odmawiał, to stawali się agresywni i wyzywali zarzucając, że w głowie mu się poprzewracało. Dlatego bywało, że niestety wdawał się w awantury. Wtedy dzwoniła do mnie Basia Kwiatkowska-Lass, była żona Polańskiego, która też grała w „Jowicie” i prosiła: „Alfa przyjeżdżaj”. Byłem chyba jedyną osobą, która umiała go uspokoić. Zbyszek bał się tylko swojej mamy. 

Jakim był przyjacielem? 

Prawdziwym, bezinteresownym. Najlepiej pokazuje to pewne zdarzenie. Po nocnej imprezie poproszono mnie bym idąc do akademika odprowadził jedną z pań. Był przepiękny październikowy świt, piąta rano, mgła nad Krakowem, a moja znajoma gnała jak szalona i wyprzedziła mnie o kilkadziesiąt kroków. Po chwili na krakowskim Rynku zaczepił ją milicjant. Podbiegłem i mówię, że to moja znajoma i ma ją zostawić w spokoju, a on sięgnął po pałkę i mi przyłożył. Oddałem mu i wylądowałem na komisariacie. Kilka godzin później przyszedł komendant i mówi: „My was aktorów lubimy , a wy nas bijecie…”. Pomyślałem, że chyba pomylił cele, bo przecież jestem inżynierem, ale gdy wzięli mnie na przesłuchanie, zobaczyłem siedzącego na korytarzu komisariatu Zbyszka i już wiedziałem, że coś jest na rzeczy. Potem dowiedziałem się, jak Zbyszek mnie ratował przed komendantem: „Jeżeli zasłużył, to go ukażcie, ale później. On gra ważną rolę w filmie, my już zużyliśmy taśmę za trzy miliony złotych, więc teraz szukanie nowego aktora to katastrofa!”. No i zostałem wypuszczony. Problem polegał jednak na tym, że nie grałem żadnej roli, trzeba było coś wymyślić. Poświęcił się Marek Walczewski, który dla mnie zrezygnował z czterech dni zdjęciowych w roli faceta podobnego do świętego Franciszka – jak określał scenariusz. I o ile Marek rzeczywiście go przypominał, to ja ani trochę... 

O innych Cybulski też tak się troszczył? 

Lubił dawać dobre rady. Szczere, serdeczne. Igę Cembrzyńską ochrzanił, kiedy udawała, że nie zależy jej na zdjęciach do płyty. Zapytał ją: „To dla ciebie ważne?”. „Ważne” – odpowiedziała. „No to walcz, a nie kryguj się!”. Dla obcych też potrafił być dobroduszny. Czasem, kiedy spacerowaliśmy nad ranem po pustych ulicach, potrafił rzucić na ziemię ostatnie pieniądze, żeby znalazł je zamiatający cieć. Chował się do bramy, by obserwować jego reakcje, ale nie chciał, żeby mu dziękowano. Nie miał w sobie zawiści. Kiedyś oglądaliśmy w TVP przedstawienie z Łodzi, w którym zagrał młody, jeszcze nieznany aktor Krzysztof Chamiec, Zbyszek wysłał mu telegram z gratulacjami. Można by mnożyć wiele zdarzeń świadczących o jego bezinteresowności, wrażliwości, empatii i zwykłej czy może niezwykłej ludzkiej dobroci

Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 01/2017
Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również